Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ludzie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ludzie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 listopada 2013

Song to say goodbye.

Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że w życiu kieruję się kilkoma prostymi zasadami. Główną z nich będzie: nic nie jest na zawsze i nic na pewno. Dotyczy to zarówno rzeczy jak i ludzi. A o czym będzie dzisiejszy post? O tym jak sobie radziłam i radzę z życiem, co mnie denerwuje w innych ludziach i dlaczego po części jestem chyba robotem. Albo po prostu mam mózg socjopaty, ale nauczyłam się żyć i współgrać w społeczeństwie. 


Tak to czasem się nam wydaje, że ludzie, których poznaliśmy będą z nami na wieki. Też tak myślałam, ale dosyć szybko moje marzenia zderzyły się z brutalną rzeczywistością. Utrata pierwszej osoby, którą miałam za przyjaciółkę na całe życie uświadomiła mi, że nie ważne jak dobrze ktoś może mnie znać, na końcu i tak zostaję sama. Z różnych powodów. Ludzie się zmieniają. Albo inaczej. Nie zmieniają. My mamy o nich jakieś mylne wyobrażenia, które sprawiają, że nie widzimy ich prawdziwego 'ja'. Ludzie pozostają tacy sami, jedynie my zaczynamy dostrzegać prawdę, albo oni zaczynają pokazywać swoje oblicze. Nic nie jest na zawsze i nic na pewno. Nauczyłam się tej zasady i trzymam się jej do dzisiaj. Staram się nie przejmować i nie przywiązywać. Ludzie przychodzą i odchodzą. I nie ma w tym nic dziwnego ani strasznego. Takie jest życie. Ale co mnie osobiście irytuje, to jak niektórzy za wszelką cenę starają się utrzymać kogoś przy sobie. Nawet jeżeli takie rozwiązanie jest szkodliwe dla jednej lub obu stron. Nie rozumiem jak można pozwalać robić z siebie wycieraczkę dla kogoś. Niektórych bawi ranienie innych i wyżywanie się na kimś, kto jest do nich przywiązany. Ale od takich toksycznych ludzi trzeba się odciąć i nie pozwalać im rządzić każdą dziedziną naszego życia. Można być przyjaciółmi, ale gdy zaczynają się dziać takie rzeczy, to według mnie najbardziej rozsądnym rozwiązaniem jest rozejście się w dwie strony. Bo swoją drogą, co to za przyjaźń, w której ciągle ktoś cierpi i jest poniżany, kaleczony emocjonalnie i wyzyskiwany? Owszem, kłótnie i rzucanie krzesłami zdarza się nawet w najlepszych relacjach. Ale nie jest to ciągły stan. Przyjaźń wymaga zrozumienia i akceptacji, a gdy to się kończy, trudno mówić o przyjaźni. 
Inna zasada, której się trzymam, to że mówienie o sobie wszystkiego, uzewnętrznianie się jest jak podanie komuś naładowanego pistoletu i pozwolenie na to, by wymierzył go nam prosto w głowę. Kwestia zaufania i miłości do drugiej osoby polega na tym, że wierzymy, iż nie pociągnie ona za spust. Ale ludzie bywają różni. Dlatego staram się nie uzewnętrzniać przed innymi. Nawet przed najbliższymi. Nie umiałabym żyć ze świadomością jak ktoś mógłby taką wiedzę obrócić przeciwko mnie. Lubię mieć nad wszystkim kontrolę, nie lubię gdy ktoś ma ją nade mną. I jeżeli komuś mówię więcej niż powinnam, to znaczy, że naprawdę mu wierzę i ufam. Ale tak serio serio. Niewiele jest takich osób.
Mając takie przekonania i świadomość, że w życiu bywa różnie, nie boję się już ludzi, którzy znikają z mojego życia. Pozwalam im spokojnie odejść. Nie gonię za nikim. Nie płaczę i nie tęsknię po nocach. Zrozumiałam, że szczęście nie pochodzi od innych ludzi, tylko jest zależne od nas samych. Więc po co na siłę trzymać w swoim życiu kogokolwiek? Wzruszam ramionami, uśmiecham się i idę dalej. Nie ma sensu oglądać się za siebie. Co było między mną i innymi, to było. Staram się pamiętać te dobre chwile, nie zapominając o tych złych. Próbuję żyć każdym dniem, chwilą, jak umiem najlepiej. Doceniam ludzi, którzy są ze mną teraz, ale nie łudzę się, że będą na zawsze. Gdy przyjdzie dzień, gdy postanowią odejść, pozwolę im na to i podziękuję za wszystko czego mnie nauczyli. Bo każdy człowiek, który pojawia się w naszym życiu ma za zadanie czegoś nas nauczyć. Czy będzie to poprzez dobre czy złe doświadczenia, nie ważne. Ważne jakie my z tego wyciągniemy wnioski, jakie lekcje na przyszłość. 

I mniej więcej o tym wszystkim chciałam dzisiaj napisać. Pewnie niektórzy powiedzą, że ze mnie nieczuła osoba. Przyzwyczaiłam się do takich tekstów. Fakt, moje poglądy odbiegają nieco od tego co myślą inni ludzie. Ale będę się ich trzymać. Nie twierdzę, że moje metody są najlepsze, ale działają w moim przypadku i pozwalają uniknąć wiele bólu i cierpienia ze strony innych ludzi. A nie od dziś wiadomo, że 'piekło to inni ludzie'.   

sobota, 1 grudnia 2012

Złe książki i etykieta złego nastroju.

Wbrew tytułowi posta zacznę od złego nastroju. Każdy go czasem ma. Niektórzy częściej od innych. Ja ostatnio też cierpiałam na tę przypadłość. Można mieć zły dzień, tydzień, miesiąc, rok. Całe życie nawet a nikt z otoczenia się nie dowie, bo tak dobrze to ukrywasz. Ale są inne przypadki, które o lekkim zawahaniu humoru informują cały świat - trzaskają drzwiami, rzucają gniewne spojrzenia spod łba, prychają z ironią, odpowiadają opryskliwymi półsłówkami, wypisują emo tłity na tłiterze. Niech ten wpis będzie dla mnie przypomnieniem, a dla innych przestrogą na przyszłość, by nie szli tą drogą. 
Ostatnio miałam gorszy tydzień. Albo i dwa. Nie ważne już. Uczelniane sprawy mnie przybiły, zabiły, wykopały i zabiły jeszcze raz osinowym kołkiem prosto w serce. A potem kolejna osoba wbiła mi nóż w plecy, chociaż już miejsca nie mam na kolejne noże. I nagle wszyscy moi znajomi znajdują sobie wybranków serca, ale nigdy nie jestem to ja, więc trochę mnie to zabolało. Słuchałam smutnych piosenek, płakałam w poduszkę i udawałam, że nic się nie stało. Wstawałam rano, szłam na uczelnię, robiłam to, co miało być zrobione. A mogłabym przecież zgodnie z tym jak się czuję nie wstawać nawet z łóżka, because I lost my ability to can. Jednak życie nie jest takie różowe i chociaż w środku totalny rozpiździel, to wstać trzeba i żyć też trzeba. Nie można miętkim być, trza być twardym, nie miętkim. Wprawdzie straciłam ostatnią już nadzieję, że kiedykolwiek będę w związku (i nie będzie to Związek Radziecki - choć i do niego trudno mi trafić, bo wizy nie chcą mi dać). Ale świat się nie skończył. Popłakałam sobie i wyłam do księżyca, ale już się pozbierałam. Wzięłam książki i rozwiązuję zadania, żeby uczelnia znów mnie nie zabiła. Odizolowałam się od ludzi, bo przynoszą mi same problemy, oglądam znowu 'Queer as folk'. Gejowskie seriale są bardziej urzekające niż historie znajomych, urocze jak koreańskie dramy. I tu przechodzimy do etykiety złego nastroju. Każdemu może się zdarzyć, że jest mu smutno i źle, albo jest wkurwiony na wszystko. Normalna sprawa. Ale niech nie kara innych ludzi swoim złym nastrojem. Serio. Ludzie i bez tego mają sporo na głowie. Powinna być taka niepisana zasada, że złym nastrojem nie wolno się dzielić. Co innego z dobrym, pozytywy zawsze mile widziane. Gdy ci smutno, gdy ci źle, to nie pisz o tym na portalach społecznościowych, nie trzaskaj drzwiami, nie gnęb współlokatora. Zrób coś dla siebie i innych. Nie bądź jak dziecko nieświadome konsekwencji swoich działań. Świat zrozumie, że jest ci źle, ale będzie miał to gdzieś, naturalna kolej rzeczy. Więc zamiast dołować siebie i innych, zajmij się czymś. Wyjdź na spacer, rozładuj negatywne emocje. Lubisz rysować? To rysuj. Pisać? Pisz, ale nie emo tłity na tłiterze. Szydełkowanie ekstremalne cię uspokaja? To łap za szydełko. Nie wiesz jak się rozładować bez robienia krzywdy innym? Poćwicz. Trochę przysiadów, podskoków, pobiegaj. Nic nie trwa wiecznie, zły humor także. Nie da się go zawsze uniknąć, ale można go przeżyć bez krzywdzenia siebie i innych. No chyba, że masz sadystyczne zapędy i lubisz czasem zrobić komuś jakąś krzywdę. Ale to już materiał na inny wpis. Tak czy inaczej, ja swoje złe nastroje staram się przeżywać bez narażania innych na uszczerbek na zdrowiu (a wierzcie mi, jak mi źle to gryzę boleśnie i bez znieczulenia, albo pogrążam się w najciemniejsze otchłanie depresji sezonowych). 

A teraz trochę o złych książkach. Pewnie każdy słyszał o serii Stephanie Meyer. Tak, to ta od wampirów, które błyszczą się w słońcu. Nie lubię tej serii. Próbowałam z ciekawości ją przeczytać, ale styl autorki mnie odrzucił. Filmy obejrzałam, bo lubię się pośmiać i ponabijać. Co mnie zaskakuje i fascynuje zarazem, to jak tak złe książki/filmy mogą zarobić taką furę pieniędzy i zyskać rzesze psychofanów. Niesamowita sprawa. Wampiry temat oklepany, zakazana nastoletnia tragiczna miłość tym bardziej. Co więc sprawia, że ludzie to czytają i, o zgrozo, jeszcze im się to podoba? Styl autorki jest toporny. Fabuła przewidywalna. Bohaterowie są zwyczajnie nudni. Bo są bez skazy i zawsze im wszystko wychodzi, a nic nie jest wyjaśnione. Są bogaci, przystojni, dobro zawsze zwycięża, a wampiryzm to nie klątwa, tylko cudowny dar, który pożądany jest przez każdą nastolatkę. Kolejna zła książka, która ostatnio bardzo dobrze się sprzedaje, czyli '50 shades of Gray'. Szczerze? Dowiedziałam się o tym tworze na tumblru i zignorowałam ten fakt. Ale potem był wielki szum, że to taka niesamowita lektura i w ogóle. Nie czytałam. Dobra, czytałam fragmenty, bo stało na półce w Biedronce. Chciałam zobaczyć o co chodzi. Więc mamy tu do czynienia z fanficem wspomnianego wcześniej 'Zmierzchu' Meyerowej. Fanfic z pozmienianymi imionami, okolicznościami i dużą ilością sadomasochistycznego seksu. Tak przynajmniej to reklamują. Z tego co czytałam (recenzja w magazynie 'Książki' bardzo mi pomogła wyrobić sobie zdanie o tym tworze), styl jest jeszcze bardziej paździerzowy niż u Meyerowej, fabuła jeszcze bardziej oklepana, a bohaterowie spłaszczeni do granic możliwości. I scen seksu jest trochę, ale bardzo słabe. Podejrzewam, że lepsze sado-maso czytałam w niektórych slash ficach na fanfiction.net. I fascynujące, jak w takiej książce nie ma użytego słowa 'penis' czy też 'cipa'. Wszystko rozgrywa się w sferze 'tam'. Dotknął mnie 'tam'. Z innych kwiatków zacytuję fajne zdanie powieści: "Moja wewnętrzna bogini wymachuje pomponami cheerleaderki.". Seriously? Toż to brzmi gorzej niż pseudo fanfice z blogów o Harrym Potterze (wiem, czytałam je. kiedyś nawet sama pisałam, za co mi wstyd, ale już wiem, by takich rzeczy nie robić). I na koniec do tej niechlubnej listy dodam jeszcze mojego ulubionego myśliciela, pisarza, filozofa XXI wieku - Paolo Coelho. Uwielbiam go. W sensie, uwielbiam się z niego nabijać. Okej, w gimnazjum jak każda dziewczyna czytałam jego głębokie filozoficzne utwory z wypiekami na twarzy i uznawałam je za prawdę objawioną. Ale dorosłam. I wiem, że frazy typu "Żyjesz, to znaczy, że żyjesz" nie są ani odkrywcze ani głębokie. Cała twórczość tego autora, to jak dla mnie jedno wielkie klepanie tego samego w kółko. Branie oczywistych oczywistości, ubieranie je w ładne słówka i tworzenie pięknych aforyzmów. Jego książki to zbiory aforyzmów. Styl ma, warsztat też, wie jak poskładać to wszystko w książkę, którą ludzie kupią i będą się zachwycać. Ale nie ma w tym filozofii. Nie ma nic ponad te puste słowa. Dlatego jego książki są dobre na czasy Sturm und Drang w gimnazjum, jak ktoś później się nimi zachwyca, to krzywo na niego patrzę. Ale niech mu tam będzie, czytaj co chcesz. Tylko jakim cudem takie grafomańskie książki zdobywają fanów i przynoszą miliony dolarów? Na przykładzie Meyerowej i '50 shades of Gray' mam wrażenie, że wystarczy swoje ubogie fanfice przełożyć na angielski, dodać trochę chłamu, motywów dla każdego atrakcyjnych i już, za granicę i wydawać! Niesamowita sprawa. Nigdy nie zrozumiem jak ludzie mogą wydawać pieniądze na tak złe książki, podczas gdy jest tyle ciekawych tytułów. Może są zbyt ambitne? Gdy autor skłania czytelnika do myślenia, to już jest dla niektórych za dużo. 


I znów mam okazję, by wstawić Reedusa C:
 

piątek, 23 listopada 2012

Woman like a man.



Ostatnio natrafiłam na sporo blogowych wpisów na temat kobiecości i męskości i problemów z tym związanych. Różnie ludzie piszą, nie wnikam już co ma kto w głowie. Sama do tego tematu podchodziłam parę razy pisząc o mimozach obu płci i genderfuckerach. I znowu wracam. Jeszcze rano chciałam, żeby mój nowy wpis na blogu był stricte osobisty i odnosił się tylko do smutnych przypadków z mojego życia, ale może uda mi się to wszystko połączyć w jeden zgrabny post. Dla niezorientowanych w temacie, polecam trochę lektury.
1. O facetach 

Jak już to wszystko przeczytacie, będziecie mieli niezły szum w głowie. Ja miałam. Bo w sumie, o co tu się w ogóle rozchodzi i w czym problem? Jak dla mnie te dywagacje na temat co kto robić powinien a czego nie, to jedna wielka burza w szklance wody. Chciałam jakoś inteligentnie i w miarę krótko przedstawić swoje stanowisko w tej sprawie, co z tego wyjdzie, nie mam pojęcia.

Po pierwsze, nie lubię już od początku założenia, że są rzeczy tylko kobiece i tylko męskie, ale o tym już pisałam. Nie lubię też, gdy ktoś mówi innym co mają robić. I tak trochę sobie pofilozofuję na temat postów z punktów numer jeden i dwa. 

Faceci, których opisano jako 'bezradne męskie nóżki'. 
No cóż, jest w tym sporo racji. Bo i sporo takich osobników zdarza mi się spotkać na co dzień. Już nie mam nic do tego jak kto się ubiera, rurki, nie rurki, dżiny nie prane od roku, sukienki i szpilki, whatever. Ale niech nie będzie bezradny. Ten facet znaczy się. Nie lubię mimoz, znów to powtórzę. "Frazą-kluczem jest “radzenie sobie”. Frazą-kluczem są “niedojdy”." Tu się zgodzę. Nic tak nie irytuje, jak życiowe dupy wołowe. A facet będący życiową dupą wołową wywołuje więcej emocji, bo jednak trochę kulawo to wypada. Jak kobieta jest dupą wołową, to trochę mniej razi, chociaż nadal irytuje. Nie wnikam co dla kogo jest ideałem faceta i czym jest 'prawdziwy facet'. Różni ludzie mają tu różne zdania, a co do mnie, to wolę jednak, gdy facet umie sobie dać radę w życiu i mam pewność, że nie zginie (i nie pociągnie za sobą na dno innych). Nie lubię bezradnych męskich nóżek w najgorszym tego słowa znaczeniu, czyli tych wiecznych chłopców, którzy uważają, że wszystko im się w życiu należy ot tak, nigdy nie muszą pracować na to, co dostają, nie poradzą sobie z jakimś ambitniejszym zadaniem, przerastającym ich możliwości. Nie mówię, że każdy od razu musi wiedzieć jak złożyć biurko z IKEI (dla mnie też to był problem, ale po wielu próbach i błędach, w końcu się udało), ale trochę siły, woli i wytrwałości by się przydało. Siły charakteru. I tu ładnie przejdę do moich personalnych zwierzeń, dlaczego nie wyszło mi z niektórymi facetami. Bo brakowało im tej zaradności, charakteru, byli mimozami i nie umiałam z kimś takim współpracować. Nie lubię, gdy ktoś nie umie podjąć decyzji w najprostszych sprawach typu "idę nie idę". 

Kobiety, które mają być księżniczkami jęczybułami na ziarnku grochu.
Szczerze powiedziawszy, nie do końca zrozumiałam o co chodzi autorce tego posta. Według niej kobiety powinny być wrednymi zołzami, bo inaczej facet stanie się zbyt zniewieściały w związku. Niech nie je miodu, niech żuje pszczoły. Tak czy inaczej, przyczepię się, bo osobiście mnie to zabolało. "Być może kobiety się ogarną. Kobiety! Gdzie jesteście? Bo ja widzę jakieś modernistyczne babochłopy!". Pewnie w oczach autorki tego posta jestem takim modernistycznym babochłopem. Tak, mam ścięte włosy na krótko. Bo mi tak wygodnie, nie lubię tracić czasu rano w łazience, wkurzają mnie kłaki plączące się w kolczyki i szalik. Tak, lubię rzucić mięchem na prawo i lewo, gdy coś mnie zdenerwuje. Nie robię tego, żeby dodać sobie punktów lansu, po prostu jestem wkurwiona, a nic tak nie oddaje irytacji jak warczące, soczyste, charczące 'rrrrrr' w wyrazie 'kurrrrrrwa!'. Lubię wypić w męskim i damskim gronie. Jak trzeba to i w mordę komuś przylać. Zamek w drzwiach założyłam, komputer naprawiłam, biurko z IKEI złożyłam. O ja biedna, taka niekobieca, nikt mnie nigdy nie zechce pewnie. 

Generalnie rzecz biorąc, najwięcej zgadzam się z postami z punktów trzy i cztery. Przedstawiają racjonalne stanowisko. I to co się liczy w związku, czyli partnerstwo, a nie to co kto komu jest winien z racji posiadanych genitaliów. Nie czuję się pokrzywdzona, gdy po wspólnym posiłku, ktoś chce podzielić koszty po połowie. Miło mi, gdy ktoś odpali mi papierosa, przepuści w drzwiach. Ale nie żebym specjalnie tego wymagała. Przecież sama mogę to zrobić i nic się nie stanie. Bądźmy dla siebie wszyscy nawzajem mili, bądźmy ludźmi, a nie stereotypami przywiązanymi do konkretnej płci. 

"Siły charakteru wymagam zarówno od mężczyzn, jak i od kobiet."

O to zdanie dokładnie podsumowuje moje refleksje. Te na chwilę obecną i to co miałam w głowie rano. Siła charakteru. Bardzo ważna rzecz, czy jesteś kobietą czy mężczyzną. Trzeba mieć sporo siły, żeby przeżyć w tym świecie. Nie ma lekko, nikt nie mówił, że będzie. Jest jak jest. Chciałam tylko powiedzieć, że zauważyłam jedną prawidłowość w moim życiu. A mianowicie zrywam kontakty z ludźmi, z którymi nie chcę mieć do czynienia, z różnych powodów. Czasem ktoś był mi naprawdę bliski, ale nasze drogi się rozeszły, bo zobaczyłam jaki jest w rzeczywistości. Albo trudne sytuacje, w których wybory są proste i jednocześnie trudne pokazały, że nie zawsze można liczyć na kogoś, kto wcześniej rękami i nogami się zapierał, że mnie nie zostawi. I tak to w życiu bywa, nic nie jest na zawsze i nic na pewno. I czasem trzeba mieć w sobie trochę siły, żeby zauważyć i zrozumieć, że od niektórych ludzi lepiej odejść. Bo bardziej ranią niż pomagają. Trzeba mieć siłę, by odejść. Zostawić przeszłość za sobą i do niej nie wracać. I to by było na tyle moich przemyśleń. Było by ich pewnie więcej, gdybym nie była tak zmęczona i nie miała w planach nauki na poprawę kolokwium. Tak czy inaczej, temat męskości/kobiecości to zawsze dobra wymówka, by wstawić na bloga Reedusa w makijażu:

niedziela, 14 października 2012

Genderfucker.


Zebrało mi się na opisywanie story of life. Znowu. Jakoś tak przypadkowo, ale refleksje mnie naszły i postanowiłam się nimi podzielić. Może ktoś ma podobnie? Zacznę od pewnych podziałów, które są istotne do zrozumienia sensu tego tekstu. Każdy wie, że istnieje coś takiego jak płeć biologiczna. Ale oprócz tego jest też płeć społeczno-kulturowa. Niektórzy mówią też o płci mózgu. I do tego dokłada się jeszcze orientację seksualną i to wszystko łączy się w jedną wielką galaktykę siedzącą w każdym człowieku. 
A ja odkąd tylko pamiętam jestem genderfuckerem. Nie mylić z transseksualizmem. Genderfucker akceptuje swoją płeć biologiczną, ale nie zgadza się z normami płci społeczno-kulturowej. Nie lubi podziału zajęć i rzeczy na męskie i kobiece. Ma to gdzieś. Głupie ograniczenia w umysłach ludzi, którzy nie pozwalają, by kobiety interesowały się męskimi sprawami, a faceci łazili w szpilkach i sukienkach, gdy najdzie ich na to ochota. Od dzieciństwa łamałam te zasady. W zerówce szlajałam się z chłopakami, bo z nimi było ciekawiej. Nudziły mnie dziewczyńskie zabawy w dom, lalki i wzdychanie do starszych chłopaków z szóstej klasy. Wolałam łazić po płotach i drzewach, rozdzierać sobie portki i kaleczyć kolana oraz łokcie, rzucać się szyszkami w lesie, bawić w Indian, budować promy kosmiczne z klocków LEGO. Wszystko co nie przystoi porządnej dziewczynce. Mówią, że jestem chłopczycą, cokolwiek by to miało znaczyć. Ale jak się ma takich idoli w dzieciństwie jak Pippi, Indiana Jones, Lara Croft, to trudno pasować do norm społeczno-kulturowej płci. Nie przepadam za łzawymi filmami romantycznymi. Wolę filmy akcji, gdzie jest pełno pościgów, wybuchów, strzelanin i lania po mordzie. W podstawówce sama skutecznie praktykowałam owo lańsko po mordzie na kolegach, którzy mnie zdenerwowali. Oj tak. Koledzy w podstawówce się mnie czasem bali. W gimnazjum mnie ignorowali, a w liceum byłam dla nich najlepszym kumplem. Teraz na studiach ciężko mi określić te relacje, bo na uczelni stykam się z minimalną ilością facetów, ale podejrzewam, że nadal byłabym kumplem. Z jednej strony to dobrze, z drugiej ma to swoje minusy. Ale jakoś z tym żyję. Czasami zdarza mi się jednak pokazać tę swoją nieco zagubioną dziewczyńską stronę. Żeby nie było zbyt nudno.
A jaka jest puenta tej całej historii? Ano taka, że nie lubię norm płci społeczno-kulturowej i uważam, że to głupie dzielić rzeczy na typowo męskie i kobiece. Jak dziewczynka nie lubi różowego, to nie ma co jej wmawiać, że koniecznie musi polubić, bo tak trzeba. Że musi być damą w opałach, że powinna czekać na księcia z bajki, który ją uratuje. Bollocks! Niech zrobi linę z prześcieradeł i ucieka z tej wieży jak najdalej i niech robi to, co jej w duszy gra. Chce naprawiać samochody? A proszę bardzo. Woli jednak odprawiać kuchenne rewolucje? Też dobrze. Chciałaby biegać z karabinem na poligonie? Niech biega i niech nikt jej nie wmawia, że będzie przez to gorsza. To samo tyczy się facetów. Przypomniała mi się pewna sytuacja. Stoję w kolejce w Biedrze, za mną jakaś babunia z wnuczkiem. Wnuczek znalazł jakąś zabawkę, jakaś popierdółka w jaskrawych kolorach. Spodobało mu się i chciał, żeby babcia mu to kupiła, ale ta stanowczo powiedziała nie, bo to 'zabawka dla dziewczynek, a ty jesteś chłopcem'. Uwierzcie mi, miałam chęć przemówić tej kobiecie do rozumu, ale musiałam zająć się płaceniem za zakupy i nie było czasu. Skoro dzieciak chciał zabawkę, to co z tego, że jest niby 'dziewczyńska'? Niech ma. Jak chłopak chce pobawić się w perfekcyjną panią domu, to czemu mu tego zabraniać? Morał tego posta taki, że ograniczenia i podziały na męskie i kobiece są głupie. Można się z tym nie zgadzać, jak kto woli. Ja tam byłam, jestem i będę genderfuckerem. Nawet jeżeli czasem naraża mnie to na ostracyzm społeczny i wyzwiska typu 'babochłop', 'stara lesba' i inne. Swoją drogą ciekawe, jak kobieta ma krótkie włosy i wyrąbane na szpilki, obcasy, sukieneczki, to od razu lesba. Wypadałoby tu wspomnieć, że istnieją naprawdę kobiece lesbijki i te trochę bardziej męskie, więc... 
Ostatnia refleksja: kobietom chyba nieco łatwiej jest genderfuckerować niż facetom. Faceci mają większe ego, które bardziej boli i za bardzo boją się reakcji otoczenia. I pewnie ktoś mi wypomni post o mimozach i że sama pisałam, że nie lubię przesadnie kobiecych facetów. Jest jeden fant, nie lubię pozerów i mimoz. A mimoza to ktoś, kto nie wie czego chce od życia i stale liczy na nieustające współczucie otoczenia nad swoim marnym i tragicznym losem. To jest ta różnica. Niech będzie już kobiecym facetem, ale niech ma tę pewność siebie, która sprawia, że nie ważne kim jesteś i jak wyglądasz - przyciągasz do siebie ludzi i świecisz jasnym światłem w największym mroku. Trochę poetycko mi to zabrzmiało. Well.
Ale kończę już tego posta, bo czeka mnie sporo zadań z gramatyki rosyjskiej, a to nic prostego. Peace out.


A na koniec mój idol Norman Reedus w bardzo genderfuckerowej sesji zdjęciowej.
 Tak dla równowagi z Rooney Marą jako Pippi.

 

sobota, 6 października 2012

Jestę hipsterę


Inspiracją do napisania tego posta był fakt, że moja mama kupiła mi kapelusz, który bardzo mi się podobał i zawsze chciałam taki mieć. Problem jest taki, że gdy wyjdę w nim na miasto, to od razu słyszę za sobą teksty "Ale hipster". Bo noszenie kapeluszy jest hipsterskie. Jakoś muszę z tym żyć. Tak więc dzisiaj będzie o hipsterach. Któż by o nich nie słyszał? Większość słyszała, większość kojarzy, ale nie każdy wie o co tu chodzi. Przyznaję się, że sama do końca nie wiem, ale postaram się zebrać trochę refleksji i je spisać. Tak dla potomności.

 Zaczynając od wikipedii: Wyznacznikiem stylu hipsterów jest deklarowana niezależność wobec głównego nurtu kultury masowej (tzw. "mainstreamu") i ironiczny stosunek do niego oraz akcentowanie swojej oryginalności i indywidualności.
Jak wygląda hipster? Różnie, ale pojawiają się jakieś wzorce. Hipster musi być chudy (dlatego już się na hipstera nie nadaję, mam za dużo tu i ówdzie), żeby móc się wcisnąć w spodnie rurki i żeby flanelowe kraciaste koszule leżały na nim idealnie, a nawet by ironicznie powiewały przy każdym ruchu. Szale, kilometrowe szaliki i inne szmaty zawiązane na szyi też mile widziane. Koniecznie okulary na pół twarzy i koniecznie Ray Bany. Buty to oczywiście Converse czy inne Vansy, nie mogą wyglądać na nowe, musi być na nich warstwa hipsterskiego kurzu i brudu, bo to jest alternatywne. Hipsterzy lubią alternatywność, brzydzą się mainstreamem. Fryzura hipstera jest czesana wiatrem i to najczęściej halnym, więc ciężko ją opisać jednym słowem. Żeby móc odróżnić hipstera od bezdomnego trzeba zwracać uwagę na szczegóły i dodatki. Hipsterzy kochają wszystko z małym 'i' na przedzie. Iphony, ipody, ipady i wszelkie takie tałatajstwa od Apple. Kolejne ważne słowo w słowniku każdego hipstera to vintage. Ciuchy muszą być vintage. Stylówa musi być vintage. Ach, no i fotografia! Koniecznie! Bo hipster musi dokumentować swoje hipsterskie poczynania i obowiązkowo wrzucać je na Instagram oraz Twittera. Bycie hipsterem nie jest proste, trzeba zawsze dbać o stylówę. Trzeba się wyróżniać. Słuchać zespołów, których nikt inny nie zna i słuchać ich wcześniej niż wszyscy inni. Od hipstera usłyszysz zdanie: "Lubiłem zespół x zanim nagrali piosenkę y i stali się popularni!". Muzyka jest istotna. Tak samo jak i literatura, film oraz inne sztuki. Bo hipster nie może się interesować byle czym lub tym co wszyscy. O nie. Hipster zna filmy niezależnych holenderskich reżyserów i czyta książki undergroundowych boliwijskich autorów. W oryginale. Hipsterzy lubią hipsterskie zdjęcia i obrazki, na których koniecznie musi być w tle niezmierzona przestrzeń kosmosu i głęboki tekst napisany helveticą. Bo hipsterzy to stworzenia tak niezbadane i głębokie jak kosmos, tak bardzo odbiegające od szarej nudnej rzeczywistości pospolitych zjadaczy mainstreamu. Męscy hipsterzy lubią mieć brody, bo golenie się jest dla plebsu. Żeńskie hipsterki lubią pozować do zdjęć tyłem z rozwianym włosem, w koszulach do połowy uda i ewentualnie w zakolanówkach w kosmiczne kolory. Hipsterzy niezrozumiani, wyrzutki społeczeństwa, którym gardzą. 

Tyle jeżeli chodzi o ironiczny opis. A tak na serio, to nie wiem co hipsterzy z pełną świadomością swoich czynów chcą osiągnąć. Silą się na oryginalność i kończy się to tak, że wszyscy są tacy sami. I niech mi ktoś powie po co mieć pierdylion bajerów od Apple? Bycie hipsterem jest chyba naprawdę kosztowne. Czy hipsterstwo jest desperackim poszukiwaniem własnej tożsamości i akceptacji bogatych dzieci Instagramu? Próbą zwrócenia na siebie uwagi rodziców, którzy nigdy nie mają czasu dla swoich pociech, bo są zajęci zarabianiem pieniędzy na ich wszystkie Apple bzdety? Nie mam pojęcia, może ktoś kiedyś mi to wyjaśni. A jakie ja mam podejście do hipsterstwa? No cóż. Szczerze, wyróżniam różne aspekty problemu. Można hipstersko się ubierać, można myśleć hipstersko albo mieć hipsterskie zachowanie. Czasami podobają mi się hipsterskie stylówy, jeżeli są dobrane z jakimś minimalnym wyznacznikiem gustu i trochę dalej im do kiczu niż bliżej. Można ubrać się jak hipster i nie wyglądać jak debil. Jeżeli tylko się nie pogina półnago po lesie z rogami jelenia, to jest okej. Albo jeżeli się nie siedzi w kuchennym garku z maską królika na łbie. Ale swetry są okej. Kamizelki są okej. Czasem nawet wąskie spodnie są okej u facetów, jeżeli nie prześwitują im klejnoty rodowe. Fryzury czesane wiatrem ujdą. Chyba że zmienią się na fryzury czesane odkurzaczem. Wtedy jest trochę gorzej. Hipsterskie myślenie? Czasami mi się zdarzy powiedzieć, że słuchałam czegoś zanim stało się to popularne. Ale nie chwalę się tym na wszystkie strony, cieszę się, że inni ludzie zaczynają słuchać mniej popularnej muzyki, czy oglądają mniej znane filmy, czytają inne niż dotychczas książki. Ale nie lubię jak ktoś się wywyższa tylko dlatego, że zna coś, czego inni nie znają. Albo udaje, że zna. Hipsterskie zachowanie? Twittera mam, ale z niego nie korzystam, bo nie jest mi potrzebny. Czasem tylko creepuję moich idoli serialowo-filmowych. Z bogatych dzieci Instagramu się śmieję. Nie stać mnie na pierdoły od Apple, zresztą nie są mi potrzebne. Tani lans. Lubię czasem znaleźć coś fajnego w second handzie i sobie kupić, bo będzie mi pasowało na stylówę "tu-wstaw-dowolną-postać-z-filmu-lub-serialu". Więc jak? Jestę hipsterę, czy jednak nie?

I jeszcze trochę wikipedii, bo bardzo ciekawe podsumowanie ma:  Według Allena Ginsberga hipster to: bardzo rimbaudowski typ, sam nic nie tworzy, nie pisze, tak naprawdę to nie wie za dużo o literaturze poza tym, co wyczyta w niezależnych magazynach, ale o tym z kolei wie wszystko. Natomiast Krzysztof Varga translatując słowa A. Ginsberga przytacza następującą definicję hipstera: zna wszystkich, których znać należy, sam nic nie tworzy, wie tylko to, o czym pisze się w modnych magazynach[


A na koniec mój ulubiony hipster ze stylówy, Matt Smith! 



  

niedziela, 16 września 2012

But I'm an introvert!


Dzisiaj trochę spokojniej. Wczoraj byłam głodna i zła. Bo jak Słowianin jest głodny, to jest zły. A jak jest zły, to hejtuje wszystko i wszystkich. Z sobą na czele. I innymi. Mniejsza o to, mam nadzieję, że nikt się na mnie śmiertelnie nie obraził, bo tego bloga trzeba czytać z przymrużeniem oka. Ogólnie lepiej się żyje, gdy się traktuje wszystko z lekkim dystansem i uśmiechem, ale to temat na inny wpis. Dzisiaj podróżując na syntezatorze razem z rudym kotem, przemierzając tak bezmiary internetu, trafiłam na poradnik jak traktować introwertyków. Sama jestem introwertykiem, więc pomyślałam, czemu by o tym nie napisać. Zatem do dzieła. W punktach.

1. Respektuj ich potrzebę prywatności.
To bardzo ważne. Każdy ma potrzebę prywatności, ale introwertycy mają jeszcze większą. Nie lubimy jak ktoś wpada nam do pokoju bez pukania, bez zapowiedzi. Albo wpycha się bezczelnie w nasze sprawy, nawet w dobrej intencji. Z nami trzeba delikatnie, bo nie lubimy się uzewnętrzniać przed byle kim i byle jak. Chowamy wszystko do środka, do siebie, co na zdrowie nam nie wychodzi, ale tak już mamy. 

2. Nigdy nie zawstydzaj ich publicznie. 
Nie musisz, bo my sami siebie najlepiej zawstydzamy i robimy wiochę. No, seriously. Tutaj dużo rozpisywać się nie trzeba, nikt nie lubi publicznego przypału, a introwertycy nie lubią jeszcze bardziej. Wydaje mi się, że to główna zasada, ktoś czegoś nie lubi, a introwertyk nie lubi tego jeszcze bardziej.

3. Pozwól im najpierw poobserwować, kiedy znajdą się w nowej sytuacji.  
Bo jesteśmy tacy, że najpierw obserwujemy, myślimy, a dopiero potem mówimy i działamy. Nie wymagaj od introwertyka, żeby od razu złapał bluesa. Niech sobie trochę pokontempluje i osądzi, czy chce brać w czymś udział, czy też nie. Będzie ci za to bardzo wdzięczny.

4. Daj im czas na przemyślenie kwestii. Nie wymagaj nieustannych odpowiedzi.  
Bardzo mocno związane z poprzednim punktem. Kwestia najpierw myślę, potem działam.

5. Nie przerywaj im.  
Bo jak już zaczniemy mówić, oczywiście po dokładnym przeanalizowaniu tematu, to nie lubimy, gdy nam się przerywa. Zwykle tracimy wtedy wątek, chęć do dalszej rozmowy, czujemy się zignorowani i koniec. Przestajemy mówić, a ktoś myśli, że się obraziliśmy. Trochę tak, ale bardziej jest nam przykro. 

6. Powiadom ich wcześniej o możliwych zmianach w ich życiu.  
Zmiany są złe i dobre. Bywa różnie. Ale jak się już z kimś umówisz na coś, to lepiej dotrzymywać słowa i terminów. Nienawidzę jak ktoś mi w ostatniej chwili mówi, że jednak się nie spotkamy, że jednak nie zrobi czegoś tam, że plan nie wyjdzie i tak dalej. 

7. Uprzedzaj ich z piętnastominutowym wyprzedzeniem nim zawołasz na obiad lub poprosisz o zajęcie się czymś, by mogli spokojnie dokończyć to, co aktualnie robią.  
Bo nikt nie lubi rzucać pracy w połowie i zajmować się czymś innym, a potem znów wracać do przerwanego zajęcia. Wtedy się już po prostu nie wie, gdzie się skończyło, zaczęło i czy wszechświat nadal istnieje. Zwłaszcza nie lubię jak ktoś mi przerywa prace artystyczne. Gdy jestem w połowie rysunku albo pisaniny. Ciężko mi potem znowu wrócić do tego świata.

8. Udzielaj im reprymendy na osobności.  
Ten punkt wiąże się z punktem numer 2. Ale to chyba większość tak ma, że woli skargi i zażalenia rozpatrywać bez niepotrzebnych świadków.

9. Ucz ich nowych rzeczy, kiedy jesteście sami, a nie przy innych. 
Tego punktu trochę nie rozumiem, szczerze powiedziawszy. Może chodzi o to, że ciężko się skoncentrować, gdy dwadzieścia osób patrzy ci na ręce. Coś w tym stylu. A jak ktoś na dodatek jest introwertykiem, to już w ogóle. 

10. Umożliw im znalezienie jednego najlepszego przyjaciela z podobnymi zainteresowaniami i zdolnościami; wspieraj tę relację, nawet jeśli przyjaciel się przeprowadza.  
Kolejny trochę dziwny punkt, ale pewnie ma to jakiś sens. Pozwól introwertykowi mieć swój świat i swoje kredki, i jak znajdzie sobie kogoś pasującego do tego świata, to nie próbuj tego zmieniać. 

11. Nie naciskaj ich, aby mieli mnóstwo znajomych.  
Bo nie każdy jest ekstrawertykiem i dobrze się czuje w większym gronie. Introwertykowi wystarczy parę osób, które zna bardzo dobrze, z którymi już się oswoił (bardzo dobre słowo, oswoić, nawiązania do 'Małego Księcia' anyone?). I będzie szczęśliwy. Nie musi wychodzić w każdy łikend na wielkie imprezy z głośną muzyką, mnóstwem alkoholu i przypadkowych znajomości. Introwertyk woli posiedzieć w samotności, naładować baterie. To jest główna różnica, ekstrawertyk ładuje baterie socjalizując się z ludźmi, a introwertyk ładuje baterie izolując się od ludzi. Przebywanie z ludźmi go wyczerpuje. 

12. Respektuj ich introwertyzm. Nie próbuj przerabiać ich na ekstrawertyków.  
Bo tego już się zmienić nie da. Introwertyk pozostanie nim zawsze i wszędzie. Owszem, może czasem wyjść na większą imprezę, może przebywać z kimś całą dobę i w ogóle, ale po jakimś czasie stanie się nie do wytrzymania. Będzie narzekał, stanie się gnuśny i złośliwy. Wiem to po samej sobie. Gdy zbyt długo przebywam z ludźmi, nawet z tymi, których bardzo lubię, to staję się wredną, złośliwą mendą. Kąsam jadowicie i wiem o tym, ale nic z tym zrobić nie mogę. Potrzebuję chwili dla siebie. Choćbym kogoś kochała wielką miłością i tak bym prędzej czy później musiała mieć dzień wolnego od tej osoby. Żeby się zregenerować i móc funkcjonować dalej.

Zatem bądźcie wyrozumiali dla introwertyków w swoim otoczeniu, bo gdy nie są zmęczeni ludźmi, to naprawdę wspaniali kompani. Tylko czasem potrzebują chwili świętego spokoju. 

I przydałby mi się taki oto kubek, na chwile, gdy chcę pobyć trochę sama z książką: