Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 września 2013

Whatever happened to my rock'n'roll?




  
  
Dzisiaj będzie o muzyce, filmie, moich przemyśleniach i odczuciach. Miałam napisać tego posta wczoraj późnym wieczorem, ale nie mogłam się skoncentrować i poukładać natłoku myśli. Zacznę więc od początku. Szukałam różnych różności w internetach i na tumblu, i trafiłam na pewien film. Nie żałuję, że go obejrzałam, żałuję jedynie, że tak późno się za to wzięłam. 
Film nazywa się 'Sound City' i przedstawia historię legendarnego studio nagrań - TRAILER. Jest to film dokumentalny, więc specyfika gatunku występuje. Ale warto obejrzeć, jeżeli ktoś kocha muzykę tak bardzo jak ja, to na pewno doceni ten film. Ja dałam mu aż 9 filmwebowych gwiazdek. Nawet jeżeli muzyka z USA lat 70, 80 nie jest moim priorytetem. To jednak ten film opowiada historię muzyki w taki sposób, że nie da się jej nie polubić. Czuć, że film robiony jest przez człowieka, który żyje i oddycha muzyką. I to, że kiedyś muzyka była robiona od serca. Miała serce i duszę człowieka, który ją tworzył. Teraz ciężko to znaleźć, w erze digitalizacji i auto tune. Przez cały seans na zmianę się uśmiechałam i miałam ciarki na plecach, żeby zaraz później czuć zbierające się łzy w oczach. Ze wzruszenia i smutku. W trailerze przewija się utwór BRMC 'Whatever happened to my rock'n'roll?' i nie mogli wybrać lepszej piosenki. Bo dokładnie takie pytanie dzwoniło mi w głowie po obejrzeniu tego filmu. Co się stało? Coś brutalnie pożarło serce i duszę muzyki w dzisiejszych czasach. Studio Sound City nie przetrwało próby czasu. Zostało wyparte przez nowocześniejsze studia, gdzie digital robi wszystko za muzyka. Ale cóż z tego, że komputerowo można odtworzyć dźwięk perkusji, poprawić błędy gitarzysty czy basisty? To co powstaje nie ma duszy, nikt mi nie wmówi, że takie suche i puste nagranie będzie lepsze niż koncert na żywo. Niż nagrywanie płyty z uczuciem. Siedzenie całą noc w studio i dopracowywanie każdego dźwięku. Zebranie grupy ludzi z różnymi uczuciami i przejściami, by mogli stworzyć coś, co poruszy serce drugiego człowieka. Oczywiście z drugiej strony, nowe technologie potrafią być bardzo pomocne, jeżeli używa się ich odpowiednio. 

"Trent Reznor: Now that everyone is empowered with these tools to create stuff, has there been a lot more great shit coming out? Not really. You still have to have something to do with those tools. You should really try to have something to say."

Dokładnie tak. Przywilejem artysty jest możliwość podzielenia się swoimi uczuciami z innymi ludźmi poprzez dany utwór. Ale to musi być szczere, prawdziwe uczucie, a nie chęć zarobienia jak największej ilości pieniędzy. Dlatego nie lubię tego komercyjnego gówna jakim dziś raczą mnie programy muzyczne i radio. Nie kupuję tego. Nikt mi nie wmówi, że współcześni piosenkarze i piosenkarki (nie będę wytykać palcem kto dokładnie, bo to niegrzeczne) mają coś głębokiego do przekazania innym. Jestem wyczulona na artyzm, piękno, brudne piękno szczerego uczucia. A co widzę i słyszę jak włączę np.: Vivę (MTV nie wymieniam, bo zmieniło się w jeden wielki program nastoletnich ciąż i innych 'problemów' bananowej młodzieży). Widzę 'artystów', którzy umieją jedynie świecić gołymi tyłkami, cyckami, gołą klatą i piękną buźką po operacji photoshop, chirurg plastyczny i godziny spędzone u kosmetyczki. A co słyszę? Digital, elektronikę, papkę, pulpę dźwięków, które nie mają większego uroku. Takie łupu cupu, przy którym można jedynie dobrze bawić się w klubie. Nie chodzę na imprezy do klubów. Wolę rockowe koncerty. Pewnie są ludzie, którzy myślą zupełnie odwrotnie, ale tak już jest. Dla mnie muzyka ma znaczenie. Żyję i oddycham muzyką. Jest dla mnie źródłem inspiracji, siły do życia i przetrwania. Dlatego nie kupuję tego komercyjnego badziewia jakim mnie raczą dzisiejsze czasy. Owszem, czasami znajdzie się prawdziwą perełkę wśród morza kiczu. Bardzo rzadko, ale zdarza się. 

Ale wracając do 'Sound City'. Naprawdę piękny film. Przypomniał mi jak bardzo kocham muzykę. I ci wszyscy utalentowani ludzie zebrani na jednym planie filmowym! Te wszystkie zespoły, Nirvana, Queens of Stone Age, Fleetwood Mac, nawet BRMC się pojawili w creditsach. Bo oni zostali po tej lepszej uduchowionej stronie muzyki (czym zdobyli moje serce, ale o nich był wcześniejszy post). I zobaczyć ich jak grają razem w jednym studio. Paul McCartney i Dave Grohl, spełnienie marzeń tego drugiego. Radość z grania widać i słychać w każdym dźwięku, każdym gitarowym riffie, każdym przejściu na perkusji. Coś pięknego. Jeżeli się kocha muzykę tak jak ja. I ten film jest źródłem naprawdę dobrych cytatów o muzyce i życiu w ogóle. 

"In this age of technology where you can simulate and manipulate everything. How do we retain that human element?" 

Piękne słowa. I może mój post będzie bardzo stronniczy, ale cóż. Jak dla mnie ten film był idealny. Czuję, że nie jeden raz do niego jeszcze wrócę. Gdy będę się czuć przygnębiona, smutna, będzie mi brakowało motywacji do czegokolwiek. Wtedy sobie przypomnę wszystko, co kocham. 

"I fell in love with the sweet sensation
I gave my heart to a simple chord
I gave my soul to a new religion
Whatever happened to you
Whatever happened to our rock'n'roll" 

sobota, 21 września 2013

Music Box #3

Myślę, że większość osób ma swój jeden jedyny ukochany zespół, który uwielbia ponad wszystkie inne. Dzisiaj będzie o moim 'the one and only'. Najbliższy mojemu sercu. Co ciekawe, znałam ich na długo zanim zaczęłam być totalnym psychofanem. Ale dopiero pewnego ciężkiego poranka po imprezie ich muzyka dotarła do najciemniejszych zakamarków mojej duszy i rozerwała serce na strzępy, tylko po to, by chwilę później je poskładać w coś zupełnie nowego. Panie i panowie, oto Black Rebel Motorcycle Club. W skrócie BRMC. Po francusku Le Club Noir des Rebelles Motocyclistes. 


Czuję, że muszę zacząć od nazwy zespołu. Czemu taka długa i skąd się wzięła? Otóż drodzy państwo, jako prawdziwy psychofan muszę znać wszystkie szczegóły, całą biografię zespołu i inne ciekawostki. Nazwa wzięła się z filmu 'Wild One' z Marlonem Brando, gdzie należał on do gangu motocyklowego pod takim właśnie tytułem. Początkowo chcieli przyjąć nazwę innego filmowego gangu, ale była już zajęta. The Beatles znaczy się. I tak zostało przy BRMC. I jeżeli o mnie chodzi, to nie ma dla nich lepszej i bardziej adekwatnej nazwy. Czarne ciuchy są. Rebelskie nastawienie do świata i rzeczywistości jest. Motóry też są. A klub jak to klub, na początku było same męskie towarzystwo (z poprzednim perkusistą Nickiem Jago), teraz jest towarzystwo mieszane, ale Leah Shapiro na perkusji wymiata lepiej niż jakikolwiek facet. Skoro już jestem przy członkach zespołu, to wypadałoby wymienić resztę. Moi bogowie gitary, czyli Robert Levon Been (gitara, gitara basowa i wokal) oraz Peter Hayes (gitara, okazjonalnie harmonijka, wokal i niezwykła umiejętność połączenia tego wszystkiego plus palenie szluga na koncertach, jak śpiewa to fajek idzie między struny na główce gryfu, to jest skill). Z innych ciekawych ciekawostek, to Robert jest synem Michaela Beena, lidera zespołu The Call. I jak był mały to bawił się w chowanego z Davidem Bowie. A kto jest liderem w BRMC? Myślę, że tworzą tak zgrany zespół, taką rodzinę, że każdy na swój sposób i w danej okoliczności jest liderem.
No to mogę przejść do muzyki teraz. Zacznę od mojej ulubionej piosenki, która wywołuje ciary na całym ciele i ma tak piękną linię melodyczną, co zostaje w głowie na wieki - Beat the devil's tattoo, dodatkowo ten wykon z koncertu jest moim fav. Bo Robert się rozkręcił pod koniec i jak gra, to z całym serduchem i duszą na ramieniu. I gitarą na ramieniu, nie wiem dlaczego, ale uwielbiam jak modli się do gitary, unosi ją pod samą szyję i szarpie te struny, jakby od tego jego życie zależało. A teraz song, który sprawia, że mam chęć ubrać się w rockową stylówę i iść na ich koncert jak najszybciej, a także song, który muszę włączyć na fulla i poskakać po pokoju za każdym razem, gdy przytrafi mi się posłuchać radia i ubolewam nad tym jakie badziewie teraz puszczają w tymże radiu - Whatever happened to my rock'n'roll. I song, którym zawsze kończą koncerty, a Robert idzie pod barierki do publiczności (co mnie utwierdza w przekonaniu, że jak będą mieć koncert w Polsce, to będę się bić o to, by być pod barierkami) - Spread your love. Song, który ma lekko folkowe brzmienie, jak to moja mama powiedziała, ale jest super (i będę rzucać nagraniami z tego koncertu, bo był the best, a ich najbardziej się docenia na koncertach) - Ain't no easy way out. I song, który już zawsze będzie mi się kojarzył z pewnym filmem (w zasadzie to był taki artystyczny pornolek, ale nevermind) - Love burns. A to jest mój song do powrotów do rodzinnego domu, siedzę w pociągu, gapię się na widoki za oknem, nucę pod nosem "Who knows if I'll see you again?", ewentualnie idę po torach w moich rockowych bootsach, a na plecach niosę gitarę, kiedyś się może nauczę to grać - Shuffle your feet. Teraz sobie uświadomiłam ile oni mają piosenek z 'love' w tytule, a te songi wcale nie są takie radosne jakby się mogło wydawać - We're all in love. Song, który pomaga mi zapomnieć o tych niespełnionych miłościach - Took out a loan. A to z kolei wbrew tytułowi ma niewiele wspólnego z pewnym niemieckim miastem - Berlin (ale za to w refrenie Pete tak cudnie śpiewa "uhhh somebody"). A skoro jestem przy temacie, to jedna z najseksowniejszych piosenek, jakie dane mi było usłyszeć. A ta wersja live jest mega mega mega! - 666 conducer (uwielbiam to "you're a sex sex sex conducer, how do you do the things you do sir?", no i Robert, który wlazł se na wzmacniacz i modli się do gitary). A teraz dwie piosenki, które potrafią wyrwać mnie z marazmu życiowego i wiecznych nawrotów depresji - Lien on your dreams i Conscience killer. Wspomniałam wcześniej kim był ojciec Roberta. Nie mówiłam jednak, że pomagał BRMC w trasach koncertowych i w czasie jednego koncertu zmarł, zawał serca, nie do uratowania. I jestem pełna podziwu, że BRMC postanowili nie odwoływać koncertu, zagrali, ale to był najsmutniejszy koncert jaki widziałam, a tyle rozpaczy w głosie Roberta podczas śpiewu sprawiało, że mnie samej chciało się płakać. Rzecz z całą historią związana, BRMC postanowili w ramach swoistego hołdu dla Michaela Beena nagrać cover jego piosenki. I wyszło im pięknie - Let the day begin. A jak już jestem przy piosenkach z ostatniej płyty (która ma trochę inne brzmienie, czuć tam smutek, czuć ból i wszystkie 7 etapów żałoby), to nie może zabraknąć Hate the taste i Rival. Mogłabym te piosenki wymieniać cały dzień. Ale rzucę jeszcze tylko kilka, jak ten utwór, który mnie hipnotyzuje i sprawia, że uśmiecham się złowieszczo, bo mam w głowie niecne plany - Shadow on the run. Albo Mercy, które zawsze powoduje u mnie melancholijny nastrój i sprawia, że myślę o sprawach z przeszłości, które mogłam rozwiązać inaczej.
I koniec mojej piosenkowej wyliczanki. To są moje ulubione kawałki, chociaż znając moją sklerozę, to pewnie i tak coś pominęłam. Dlaczego akurat ten zespół tak bardzo zgrywa się z moją duszą? Nie mam pojęcia. Może to zasługa ludzi w nim grających, ich historii, tego jak grają. A przelewają w swoje utwory całe swoje serca, dusze, wszystkie emocje. I odkryłam jak bardzo to wszystko pasuje i do mnie. Potrafią być buntowniczy, źli na cały świat, wkurzeni, albo smutni i depresyjni, ale to nie wyklucza poczucia humoru, dosyć przewrotnego, jak to wykonanie - Girls just want to have fun. Bywają też uroczy i słodcy do bólu zębów. Tak jak tu. W pewnym momencie zazdrościłam tej małej dziewczynce, że spotkała Roberta grającego na lotnisku. I to mi przypomina, że muszę się nauczyć grać 'Wild one' na gitarze. Kto wie. I ostatni już link, jaki podam. Ostatnia część z serii krótkich filmików nawiązujących do ich ostatniej płyty - this. Jak dla mnie kwintesencja zespołu. Są motóry, jest jazda w nieznane, wiatr we włosach, poczucie wolności i wiecznej wędrówki w poszukiwaniu sensu. I piękna recytacja równie pięknego wiersza. BRMC skradli mi serce i już żaden inny zespół nie będzie w stanie tego powtórzyć. Moja psychofaza na nich sprawia, że czytam każdy wywiad (także te po rosyjsku, a co, w końcu wmawiam sobie, że tak się uczę języka), oglądam niemalże każde video z koncertów i marzę o tym, by mieć ich wszystkie płyty (póki co mam jedną, ciężko je dostać). I marzy mi się pójście na ich koncert jak będą w Polsce. Będę stać pod barierkami, tego możecie być pewni. Na koniec jedno z moich ulubionych ich zdjęć (a jest ich sporo i gdybym chciała wstawić wszystkie, to ten post byłby dwa razy dłuższy). 

 Photo credit:
www.katiedervin.com

wtorek, 17 września 2013

Music Box #2

Dziś będzie o zespole bardzo bliskim mej blues rockowej duszy. Są ludzie, którzy umieją grać na gitarze i jest Dan Auerbach. Są ludzie, którzy umieją grać na perkusji i jest Patrick Carney. Są zespoły, które są fajne, ale szybko się o nich zapomina. I jest też The Black Keys.


Ze śmieszniejszych rzeczy, jak kiedyś to zdjęcie w miniaturze zobaczyłam, to przeczytałam 'sexplosion!'. Też pasuje. Uwielbiam ich. Uwielbiam teksty piosenek, linię melodyczną, brzmienie gitary i perkusji, wokal Dana. I że pasują niemal na każdą okazję. Ich ostatnia płyta 'El Camino' jest nieco bardziej radosna i rozrywkowa niż te wcześniejsze. Na imprezach balkonowych świetnie się bawiliśmy przy Lonely Boy (pan z teledysku jest świetny, taki urzekająco pocieszny), Gold on the ceiling (uwielbiam takie montażowe teledyski, gdzie część jest materiałem z koncertów, zza kulis i takie tam cuda). Świetnie się do tych piosenek tańczy po całym pokoju, aż do momentu, gdy jakiś sąsiad paździoch zacznie gwizdać pod balkonem i później stoi pod drzwiami 15 minut wołając "Ziomek! Bajerę mam!". Wtedy już jest koniec imprezy. Ale moją ulubioną ich piosenką już na zawsze zostanie Little black submarines. Ma bardzo ciekawy klimat, dosyć smutno i ponuro, a solo na gitarze rozrywa duszę. Przynajmniej moją. I mniej więcej w wersji akustycznej ten song umiem zagrać na gitarze, z czego jestem dumna. (I czasem cicho się śmieję, bo w tym songu słyszę 'House of the rising sun' i 'Stairway to heaven'). Z kolei tutaj jest przykład świetnego zgrania piosenki z teledyskiem stylizowanym na trailer filmu, kino według Tarantino i pewnie dlatego mi się to wszystko podoba - Howlin' for you. Bez kitu, obejrzałabym taki film, jeżeli tylko The Black Keys mieliby ścieżkę dźwiękową. Ale i na koncertach chłopaki dają czadu. Jak tu z moim kolejnym ulubionym kawałkiem - Your touch. Albo też Tighten up. 
Ale oprócz imprez balkonowych, lubię ich posłuchać także w innych okolicznościach. Świetni są jako tło muzyczne, gdy się jest w czarnej rozpaczy i pije się do lustra (tutaj muszę wspomnieć o solowej płycie Dana, którą kiedyś przesłuchałam całą w trakcie takiego smutnego wieczoru przy piwie, oj ile płaczu było przy tym - bardzo dobra płyta). Tak więc, do piwa, wina, whiskey tudzież innego trunku polecam Sinister kid. Albo też Hell of a season. Ten utwór mi się szczególnie kojarzy z pewną osobą i dlatego jest dla mnie dwa razy bardziej ponury. Świetnie też się ich słucha przy takiej jesiennej pogodzie jak teraz. Deszcz cały dzień, zimno, kawa i papierosy. Things ain't like they used to be. I pewnie bym tak mogła wymieniać ich piosenki do jutra, co by mi się przypomniało, ale każdy album miał w sobie coś wyjątkowego. Tak czy inaczej, uwielbiam The Black Keys, pewnie każdy, kto urodził się z bluesem we krwi, ich polubi. 

 

czwartek, 22 sierpnia 2013

Music Box #1

Na początku myślałam, żeby posty o muzyce tytułować "Ścisz ten jazgot!". Ale potem okazało się, że mojej mamie podobają się rzeczy, których słucham i jedynie sąsiedzi mają czasem z tym jakiś problem. Ale nie mówią mi tego wprost, wolą skarżyć się mojej mamie, która ich zbywa wzruszeniem ramion, bo naprawdę lubi moją muzykę. Jak wspólnie uznałyśmy, dobrej muzyki nie puszczają w radiu. Tak czy inaczej, zaczynam dzielenie się swoją playlistą do wkurzania sąsiadów. Na początek zespół, który ma smutne teksty piosenek i bardzo radosne melodie. Ale mają też songi będące czystą radością. 

 Panie i panowie, oto The Hoosiers!


Z tymi miłymi panami zapoznała mnie koleżanka, kiedyś szukałam piosenek z teledyskami w specyficznym klimacie. I podesłała mi Cops and robbers. I zakochałam się od pierwszego przesłuchania. Uwielbiam głos wokalisty, potrafi takie nuty śpiewać, jakich ja nigdy nie zaśpiewam. I teledyski mają naprawdę w moich klimatach. I bezbłędne stylówy. I jak się naoglądałam wywiadów i ich wideoblogów, to już kompletnie przepadłam. Tak pozytywnie porąbanych ludzi to ze świecą można szukać i ciężko znaleźć. Kolejny song, który razem z Potworkiem śpiewamy (czy też raczej wyjemy) na moich balkonowych imprezach, to Choices. Tutaj teledysk wygrywa internety. I nie ma nic lepszego niż strzelanie boom boomów z jednego kieliszka i darcie się na pół osiedla "stap giwin mi czojseeeeees!". A potem wyjście po północy na plac zabaw, żeby pohuśtać się na huśtawce lub pokręcić na karuzeli. Ten zespół jest idealny jeżeli chodzi o muzykę spontanicznej radości, zawsze poprawiają mi nastrój. I ten ich song Bumpy Ride był i nadal jest songiem moich tegorocznych wakacji. Bo gdzie ja nie byłam w tym roku. Zaczynając od Lwowa, kończąc na randomowej imprezie urodzinowej barmanki z naszej knajpy. Taki bumpy ride miałam. Jak oglądam ten teledysk, to nie mogę się nie uśmiechnąć. Widzę tam pełno scen z własnego życia. Obecnych wakacji i tych co kiedyś były. Łażenie ze znajomymi po torach, wygłupianie się w miejscach publicznych i pełno zabawy. Takiej na luzie kompletnym, wychodzisz z domu i nigdy nie wiesz, gdzie cię poniesie. A teraz song, który kocham najbardziej i ciężko mi powiedzieć dlaczego. Po prostu Worst Case Scenario. I tutaj hairstyle wokalisty zainspirował mnie do obcięcia włosów w podobnym stylu. Teraz mam takiego czochra na głowie i jestem zadowolona, bo pan fryzjer wiedział o co mi chodzi, nawet jak sama nie umiałam mu tego wyjaśnić. I dla odmiany teraz trochę 'mroczniejszych' piosenek z ich dyskografii. Przede wszystkim Killer, chyba nie muszę mówić jak bardzo kocham linię basową w tym utworze. I całą historię w nim przedstawioną. Idealne do słuchania o 3 w nocy, na balkonie, przy pełni księżyca. A jak mi smutno i źle, to słucham sobie The Trick to Life. Ewentualnie Run Rabbit Run. Z takich smętów jest jeszcze Everything goes dark. Tego nawet próbowałam się nauczyć grać na gitarze, ale mój skill jest jeszcze za mały. Kiedyś się nauczę. Póki co umiem jedynie zaśpiewać. Ale żeby zakończyć optymistycznie, to zakończę drugą w kolejności ulubioną piosenką, czyli Unlikely Hero. Tutaj w teledysku widzę pewne nawiązania do Star Treka i pewnie dlatego, tak mi się podoba. No i jest cholernie chwytliwe. 

I to pewnie nawet nie jest połowa piosenek, którymi chciałam się podzielić, ale nie będę już zasypywać linkami. Jak komuś się spodoba, to się spodoba, chociaż większość ludzi, których znam, ten zespół irytuje. Mnie akurat się przypodobali, bo lubię czasem posłuchać czegoś lekkiego i radosnego. Swoją drogą, jak się spodobali, to polecam obejrzeć ich wideoblogi, a zwłaszcza to (żeby się przekonać, jakie z nich czopsy i wołki zbożowe) oraz this (żeby się dowiedzieć, skąd wzięłam swe powiedzonko "mjuzik! inspirejszyn!" oraz że ukradli moje kroki taneczne). Hoosiersi mają jeszcze kilka naprawdę świetnych nagrań live z koncertów i z radia, ale to już zainteresowanym podrzucę. To by było na tyle, kolejny Music Box już wkrótce, będzie ulubiony zespół mojego sąsiada paździocha, który na milicję chciał dzwonić. Ale to już historia na innego posta. 

środa, 7 sierpnia 2013

Po co ci ta muzyka?


Tak jak w tytule. Często miałam do czynienia z ludźmi, którzy nie rozumieli jak można mieć taką psychofazę na muzykę, zespoły, ludzi z zespołów. Jak można kupować oryginalne płyty i cieszyć się z tego, że zagracają miejsce na półce. Jak można katować jedną piosenkę słuchając jej 500 razy pod rząd. Jak można wydawać tyle pieniędzy na bilety na koncerty, znosić trudy podróży, tylko po to, żeby zobaczyć na żywo swoich ulubionych wykonawców. Po co mi ta muzyka? To będzie pierwszy post z serii, dlaczego muzyka uratowała mi życie i to nie raz. 

Kiedyś nie byłam aż takim wielkim fanem. Raczej średnio uświadomiona byłam w tym co ludzie słuchają. Słuchałam tego co wszyscy, każdy ma dziwne okresy, był u mnie i taki, że słuchałam polskiego hip-hopu, techno, reggae. Nawet i szanty się znalazły. A to już wina mojego brata. Dzięki niemu zaczęłam słuchać Dżemu. A od siostry ukradłam Happysad, Linkin Park, Simple Plan i kilka innych zespołów. I tak się słuchało bez większego zrozumienia. Dopiero pod koniec gimnazjum zaczęłam świadomie wybierać tego, czego słucham. Miałam wtedy dosyć ciężki okres w życiu, taki naprawdę ciężki. Powiedziałabym nawet, że depresyjny, ale nikt mnie wtedy nie diagnozował. Tak czy inaczej na uporanie się z trudami rzeczywistości nie miałam już sił. Dopóki nie znalazłam Coldplay. Od nich się zaczęło. Ja wiem, wszyscy mówią, że jak słuchasz Coldplay, to wpadniesz w jeszcze większego doła niż masz. Ale u mnie działało to inaczej. Jakoś podnosiło na duchu. Nawet jak mnie smucili, to wtedy spadałam na samo dno czarnej rozpaczy, ale na drugi dzień wszystko było już o wiele lepsze. Dotknęłam dna i się odbiłam. Tak samo z Simple Plan. Do dziś mam do tych zespołów spory sentyment. Aktualnie moją playlistą rządzą 3 inne zespoły, o których napiszę w kolejnej notce. Kiedy to nastąpi, nie mam pojęcia, krucho u mnie z organizacją i czasem. Tak czy inaczej. Muzyka uratowała mi życie. Nie wyobrażam sobie dnia bez przesłuchania kilkunastu piosenek. To jest tak, że czasem po prostu nie chce się już z nikim rozmawiać, powtarzać w kółko co cię boli. Niekiedy nawet nie potrafię ubrać w słowa tego, co mi dolega. Ale muzyka rozumie. Nie ocenia, nie odrzuca, po prostu jest zawsze przy mnie. Trzeba mieć jakąś odskocznię od życia, ja ją mam w muzyce. I w paru innych rzeczach, ale o tym kiedy indziej. 

A żeby jeszcze bardziej się wczuć i odprężyć, odkurzyłam gitarę klasyczną, która należała do mojego brata. Zawsze chciałam umieć na czymś grać, pomyślałam sobie, że czemu nie. Wszystko jest ciekawsze niż pisanie pracy licencjackiej na studia, których nie znosisz. I tak od jakiegoś czasu moje ulubione zajęcie to zdzieranie palców do krwi na strunach i potem odpoczynek, leżenie z gitarą na łóżku i słuchanie moich 3 zespołów. Jak będę już większym wymiataczem, to zacznę zbierać na akustyka. Na elektrycznej gra elita, do której nigdy należeć nie będę raczej, bo za późno się wzięłam za naukę.

Tak więc na pytanie po co mi ta muzyka, mogę odpowiedzieć - żeby przeżyć każdy kolejny dzień. Żeby w ogóle żyć. Trochę zapomnienia w świecie absurdu i chaosu.