Pokazywanie postów oznaczonych etykietą story of life. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą story of life. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 lipca 2016

Medical update #7

Witam wszystkich! Jeszcze żyję, chociaż po tak długiej nieobecności na blogu można było pomyśleć, że ufo mnie porwało i już nigdy tu nie zawitam. A jednak. 

Od czego tu zacząć... Nawet nie wiem. Może lekką obietnicą, że postaram się tu częściej wpadać i pisać jakieś różne różności. Jeżeli to jeszcze ktokolwiek czyta. To może parę aktualizacji z życia:
- studiuję psychologię we Wrocławiu, sesje zdaję bardzo ładnie bez poprawek i po wakacjach zaczynam 3 rok tej przygody
- na tym kierunku poznałam naprawdę mega cool ludzi, ze świecą szukać takich świrów kompatybilnych ze mną, dziękuję im z całego serca za wszystko co dla mnie zrobili
- w tym roku byłam na Pyrkonie z ekipą i było świetnie, za rok być może też się wybierzemy 
- mam parę śmiesznych anegdotek ze swojego życia w Breslau, ale to może na jakiś osobny wpis pójdzie
- co się podziało w przeciągu tych 2 lat od kiedy blogowałam aktywnie? no trochę się podziało, trochę relacji z ludźmi się pozmieniało na dobre i na złe
- generalnie niektórzy uznali, że jestem dla nich zbyt wielkim mentalnym gimbusem i niedojrzałym, ekscytującym się byle pierdołą dzieckiem, tak więc nie chcą ze mną rozmawiać XD (tak musiałam tu wstawić XD bo nic innego lepiej tego nie opisze.)
- dla równowagi moje ludki z Breslau przyjęli mnie taką jaką jestem i chwała im za to
- już mam parę pomysłów na kolejne wpisy takie bardziej tematyczne, bo ten aktualny to próba powrotu do pisania bloga, czy udana, czas pokaże
- chyba potrzebuję tego blogowego ekshibicjonizmu, darcia japy w pustkę internetu, bo jak tego nie robię, to moje nałogi i demony przejmują kontrolę. 

I to tyle, będę pewnie pisać, choćby dla samej siebie (tak wiem, mam też papierowy dziennik, ale tam lecą teksty nsfw). 

I tak na zakończenie moja bratnia dusza, mój ajriszowy wamp i trashcan (potrzebuję takiej koszulki z odwróconym krzyżem by dopełniła mojego wizerunku, tak jest.)



czwartek, 18 września 2014

Medical update #6

Życie płynie powoli swoim tempem. Aktualnie zajmuję się lenistwem i martwieniem o wszystko co tylko jest możliwe. Z dobrych rzeczy znalazłam mieszkanie we Wrocławiu, kawałek od uczelni i najgorsze będzie dla mnie jednak jeżdżenie na 9 piętro windą. Panicznie boję się tych starych wind, które wyglądają jakby miały mnie zabić w każdej chwili. Ale wątpię czy będzie mi się chciało śmigać po schodach taki kawał, więc przyjdzie czas na wyleczenie się z tego strachu. Czego jeszcze się boję? Miasta i ludzi. A raczej poznawania miasta i ludzi. Z moją wybitnie słabą orientacją w terenie pewnie przez pierwsze 2 tygodnie będę błądzić po okolicy. A co do ludzi, no cóż. Każde wejście w nowe otoczenie jest dla mnie małym dramatem, ale może znajdzie się parę osób, z którymi będzie się dało pogadać. Czas pokaże. 

Póki co wciąż jestem na starych śmieciach, ale nie sama. Młodsza siostra zaczęła edukację w liceum i mieszka teraz ze mną. A ja próbuję być dobrą starszą siostrą i jej pomagać jak tylko mogę. Czasu zostało mi niewiele, ale może uda mi się ją trochę podszkolić w zakresie sztuki kulinarnej i ogólnej wiedzy o życiu. Nie żebym była jakimś mistrzem jeżeli o gotowanie chodzi, ale coś tam wiem i ciągle się szkolę sama (a moim obecnym marzeniem jest przybicie piątki z Gordonem Ramsayem). Naoglądałam się chyba za dużo Hell's Kitchen i kuchnia tv, bo nabrałam takiej chęci na robienie rewolucji w kuchni, że to aż do mnie niepodobne. Biegam za specjalnymi przyprawami, łączę różne smaki i kombinuję ile się da, żeby wyszło w miarę tanio (studencki budżet). Oczywiście wszystko nadal w duchu wegetariańskim. 

Mój kalendarzowy planer powoli się zapełnia. Tu wyjazdy, tam przyjazdy. Powrót do krainy studiowania po prostu. Już czuję w kościach ten brak czasu na cokolwiek. Dlatego teraz nadrabiam oglądanie filmów i seriali. Na przemian z książkami, które są nieco bardziej czasochłonne (muszę znów poćwiczyć szybkie czytanie, bo wypadłam z wprawy). Jeżeli chodzi o muzykę, to mogę i muszę polecić moje nowe odkrycie, czyli Hoziera. Póki co moje ulubione to Arsonist's Lullabye, które ma tak niesamowity klimat, że nie ważne ile razy słucham, nadal mam gęsią skórkę. Drugi song, który odbieram dosyć personalnie ze względu na tematykę to Take me to church. Ciężko mi się oglądało video do tego utworu. 

I to by było na tyle w moim małym lajf apdejcie. Na koniec zdjęcie mojego idola z 'Criminal Minds', które pięknie obrazuje jakie życie mnie czeka od października (zwłaszcza, że jednym z pierwszych obowiązkowych przedmiotów będzie dla mnie genetyka, aw yeah). 
A no i obcięłam włosy! Właśnie tak na krótko, bardzo krótko jak się okazało. Taki rytuał mój, że jak coś się dzieje w moim życiu, kolejny rozdział zaczynam, to ścinam włosy.

 

środa, 30 lipca 2014

Medical update #5

W tym wpisie będzie dużo wszystkiego po trochu i niekoniecznie po kolei. Ale tak to ze mną jest, żyję w wiecznym chaosie, więc niczego innego się nie można po mnie spodziewać. Ale zaczynając od najważniejszego:

- Dostałam się na psychologię do Wrocławia. Warszawa jak widać nadal mnie nienawidzi, ale to nic. Chyba już wolę Breslau. Pojechałam złożyć papiery i załatwić formalności, zostałam bardzo dobrze ugoszczona u przyjaciółek, które zaoferowały mi nocleg i towarzystwo. Nie udało mi się zwiedzić miasta, ale tyle ile zobaczyłam wystarczyło, żebym poczuła się tam naprawdę dobrze i mogę bez żadnych wyrzutów sumienia spakować swoje graty i się wyprowadzić. Co zapewne nastąpi już niedługo, jeszcze nie wiem gdzie i jak będę mieszkać, ale coś się pewnie wymyśli. 

- Aktualnie przebywam jeszcze nadal w swoim mieszkaniu w Kielcach i cieszę się, gdy ktoś o mnie jeszcze pamięta i zdarzy mu się mnie odwiedzić. Oferuję nawet nocleg, posiłki i całodobową rozrywkę, jako, że ze mnie jest niezły numer jak się dowiedziałam. Swoją drogą zawsze mnie wzrusza, gdy ktoś mówi, że mnie nie sposób zapomnieć. Cieszę się, że trafiam ludziom do pamięci, nawet jeżeli jest to poprzez robienie najdziwniejszych głupot, których nikt inny nie byłby w stanie zrobić. Dzisiaj nawet usłyszałam od dobrej koleżanki, że już zazdrości tym ludziom, których poznam we Wrocławiu. No cóż, mam taką nadzieję, że ktoś mnie tam jeszcze polubi i nie będę się źle czuć na tych studiach. I że spotkam świrów takich jak ja. 

- Ostatnio słucham dużo MS MR i The Neighbourhood i zaczytuję się w komiksowych przygodach Johna Constantine, co skutkuje dziwnymi pisaninami i ciekawymi snami. A jako, że nie mam więcej do dodania na temat swojego life update, to podzielę się ostatnią pisaniną, która powstała pod wpływem i na szybko, ale ponoć jest dosyć udana. Enjoy:


"Light up a cigarette. Breath in this toxic smoke. Breath out all your worries and troubles. Smoke them all away. Cast your demons away. By this simple act of self loathing and destructive sadness. Why would you do something like this? You’re a mental person. Yes of course you are. But if you know that does it make you sane or not? Anyway. Maybe you’re crazy but who is not. We’re all mad here. Ain’t we? In our strange ways. You’re scared of the future so you pick up another bottle of beer and drink it all without thinking. Light morning hangover never bothers you. You are the master of self destructive behavior. Who knows maybe in the darkest corners of your tormented soul you like it. Love it. Just love to hate yourself. It’s a way of living this hell. Believe in nothing because you’ve seen it all. Heaven and hell. And every shade of gray in between. There’s nothing to brag about. It’s just the way it is, you say. So you light another cigarette and laugh bitterly. We all deserve to die. Just some more than the others. You should be dead. But instead you’re alive and flirting with death. Hoping she’ll find her way to take you. Dreaming you’ll live forever. Living like there’s no tomorrow. Oh you, you bastard. Basically a good person but life twisted you every possible way. Are you a villain now? You reply with ‘Every villain is a hero in his own mind’. You’re an anti-hero. And you love it. So smoke as you please. Drink yourself to sleep. And wake up tomorrow to fight all the demons. Like you do every fucking day"

 

wtorek, 8 lipca 2014

Medical update #4


Witam wszystkich, jeszcze żyję, chociaż już ledwo ledwo. Ale first things first:


- Marzenia czasami się spełniają. Byłam na pierwszym dniu tegorocznego Open'era i zobaczyłam oraz posłuchałam na żywo The Black Keys! Stąd właśnie cały dzień jazdy busami/pociągami/autobusami i życie na kredyt. Ale się udało i jestem mega szczęśliwa. Siedzenie pod barierkami przez parę godzin też mnie nie zniechęciło. Na otwarcie udało mi się być całkiem blisko, jedynie 2 osoby od samych barierek, potem tłum ruszył w mosha i mnie wciągnął. A wtedy żeby przeżyć musiałam odsunąć się nieco do tyłu, ale nadal udawało mi się coś widzieć na scenie. Wyskakałam się i wyśpiewałam za wszystkie czasy, moje buty nieco ucierpiały, zgubiłam przypinkę z torebki i miałam mnóstwo siniaków na drugi dzień, ale było warto. Muszę przyznać, że byłam szczerze zaskoczona tym ile ludzi przyszło i się bawiło (co jak co, ale Polaczki wiedzą jak się bawić na koncertach, tyle skakania, klaskania, śpiewania nawet starszych piosenek). Sam Dan Wasyl (jak teraz nazywam Dana Auerbacha) był pozytywnie zaskoczony i na bisie zagrał dodatkowo jeszcze jeden song. I dawał cudowne wariacje solówek na gitarcy. I wrócą w lutym na własny koncert, więc już od dziś zbieram kasę na bilety. A jak było można się przekonać chociaż troszeczkę, bo na jutubie zdarzają się dobre nagrania. Cieszyłam się jak dziecko, gdy Dan powiedział, że publika tu była lepsza niż ta w Glastonbury. Tak jest, to był zdecydowanie jeden z lepszych dni w moim życiu. Warto było tyle czekać, tyle wycierpieć, żeby to wszystko przeżyć. Chociaż muszę przyznać, że żałuję, iż nie miałam karnetu na całe 4 dni, bo na Opku było co robić, czego słuchać i co oglądać. No nic, może w przyszłym roku się uda. 




- Jeżeli chodzi o studia, złożyłam papiery na Wrocławski i Warszawski juni, wyniki będą 9 i 11 lipca, więc się dowiem, czy gdzieś mnie chcą i czy uda mi się studiować. Mam nadzieję, że dostanę się do Warszawy, bo to by mi lepiej pasowało, ale jak przyjmą mnie do Wrocławia, to też nie będę narzekać. We Wrocku mam sporo dobrych ludzi. A wszędzie lepiej niż tu, gdzie obecnie gniję. 

- Od jutra znów będę człowiekiem pracującym, wybywam na roboty do mojego brata i jego biznesu gastronomicznego. Tym razem nie będę pomocą kuchenną (chyba, że coś się zmieni), będę standardowym przynieś/wynieś/pozamiataj i pilnuj zmywaka. Ale to mi akurat nie przeszkadza, zrobię wszystko, żeby tylko trochę grosza wpadło do kieszeni (bilety na koncerty i płyty same się nie kupią). 

- A z pozostałych dobrych rzeczy, to 15 lipca jadę z Magdą do Wawy na koncert Ellie Goulding, bo udało nam się wygrać darmowe bilety. Takie nasze mongolskie szczęście, nie znam jeszcze wszystkich piosenek tak dobrze, jak bym chciała, ale to się nadrobi. Mam nadzieję, że Polaczki pokażą klasę i będą się bawić jak powinni. 

- Co do serialowego świata, Magda wciągnęła mnie w 'Plotkarę'. Nie moje klimaty trochę, ale daję radę, nawet sama wychodzę z inicjatywą oglądania. Czasem przydają się takie odmóżdżające seriale pełne dram bogaczy z Upper East Side. Można się pośmiać z tych problemów pierwszego świata. Inny serial, który ukradł moje serce całkowicie, to 'Constantine'. Komiksu nie znam całego, filmową ekranizację się widziało, ale serial jest całkiem fajny. No i main hero ma cudowny brytyjski akcent, za każdym razem, gdy mówi "My love" (co brzmi jak 'maj loff'), nie mogę przestać się uśmiechać. So beautiful. Czekam na kolejne odcinki, bo pilot zaostrzył mój apetyt.

I to by było na tyle newsów z mojego życia, jeżeli ktoś jeszcze jest nim zainteresowany. Na koniec mój kochany Dan Wasyl (na żywo prezentuje się najlepiej, już nie mogę się doczekać kolejnego koncertu w lutym, tym razem barierki będą moje, choćbym miała stać od 5 rano i bić się o miejsce).

piątek, 30 maja 2014

Medical update #3

Witam po długiej nieobecności blogowej. W życiu niby dużo się dzieje, niewiele się zmienia, albo na odwrót. Tak czy inaczej znalazłam chwilę, żeby przysiąść i napisać cokolwiek na blogu. 

- Zdałam wreszcie prawo jazdy. Za drugim podejściem, bo na pierwszym zeżarł mnie stres i zrobiłam głupotę. A mogłam zdać, bo egzaminatorka była dosyć miła i wyrozumiała. Za drugim razem trafiłam na największą mendę wśród egzaminatorów, ale dałam sobie radę. Wkurzyłam się, pokłóciłam i jeździłam taka wkurzona, okazało się, że dobrze mi poszło. Więc fak jea, udało mi się zakończyć przygodę z prawem jazdy. Zostało mi już tylko odebrać ten kawałek plastiku, który kosztował mnie tyle nerwów i pieniędzy. A potem już tylko pożyczyć od kogoś samochód i pojechać na road tripa.

- Jestem już po poprawie matury. Z matmy mi nie poszło, to wiem już teraz i raczej się nie poprawiłam, ale co tam. Z biologii rozszerzonej poszło mi dosyć dobrze, ale zobaczymy jak przyjdą wyniki. Może nie będzie tak źle jak na rozpoczęcie konsekwentnej nauki tydzień przed egzaminem. Zawsze wszystko odkładam na ostatnią chwilę, nigdy się chyba nie nauczę. Taki tygodniowy maraton na kawie, braku snu i w okopach z książek nie robi dobrze na psychikę. Ale już mam to za sobą, więc nie narzekam. 

- Zostaje mi jeszcze dokładnie przemyśleć sprawę studiowania. Za granicę już nie pojadę, chociaż chęci były wielkie, to rzeczywistość szybko je rozwiała. Tak więc będę studiować w kochanej Polszy, ale co i gdzie, tego jeszcze nie udało mi się do końca ustalić. Prawdopodobnie psychologię, prawdopodobnie w Warszawie, ale to już zależy od wyników z matury i szczęścia. A tego nigdy nie mam zbyt wiele, więc muszę się przygotować na każdą ewentualność. Może powoli wyjdę na prostą, po tych 3 latach spędzonych na szukaniu własnej drogi i walce z demonami.

- Dwa w jednym, ostatnio wkręciłam się bardzo w oglądanie jak jeden ziomuś gra w gry podobnie jak ja, czyli jak ostatni debil :'D No a akurat teraz wyszła jedna gra, w którą chciałabym bardzo pograć, ale nie mogę (brak dobrego sprzętu i kasy). Zostaje mi więc obejrzeć sobie, jak PewDiePie pogrywa w Watch Dogs.

- Przeżywam swoistą Marvel phase od nowa. Wszystko przez kreskówkowych Avengersów, których oglądanie daje mi mega fun. Jest to zasługa polskiego dubbingu, który wygrywa wszystko (serio, Tony Stark mówiący o gimbazie, moje powiedzonka typu: "Świeżak, nie dygaj". No coś pięknego). A do tego nowi X-Meni w kinie, których wczoraj zdążyłam obejrzeć i się zachwycić totalnie (Quicksilver i bieganina po Pentagonie, latający Magneto, traumatyczny reunion Charlesa i Erika). Dopełnieniem tego wszystkiego jest nowa odsłona komiksowego Hawkeye. Jestem na bieżąco i muszę przyznać, że klimat jest świetny, neo-noir, życiowe problemy człowieka zmęczonego życiem w ogóle, kreska dosyć oszczędna, ale wyrazista. I przeżywam wiele emocji, bo akurat czekam na nowy rozdział, a ostatni zakończył się wielkim cliffhangerem. 

- Kącik muzyczny, nowa płyta The Black Keys 'Turn Blue' jest cudowna. To aktualnie mój ulubiony ich krążek, zaraz obok 'El Camino'. Gdy usłyszałam pierwsze piosenki przed premierą, to nieco się zasmuciłam, bo trochę zmienili styl. Ale w ostatecznym rozrachunku na dobre im to wyszło. Słychać tu dużo Pink Floydów, ale to wciąż TBK. 

Co tu jeszcze mogę dodać... Po całym tym maratonie matura/prawo jazdy czeka na mnie stos książek do przeczytania, milion filmów i seriali do obejrzenia, góra sprzątania i wiele więcej. Muszę sobie wyznaczyć kolejne drobne cele do realizacji, bo bez nich jestem zombie, wstaję rano i nie wiem co ze sobą zrobić, pałętam się po mieszkaniu i nic nie robię. Może wreszcie mnie tknie i wrócę do pisania/rysowania. Tyle inspiracji wokół i z każdego dnia mogę wyciągnąć, ale gorzej jest już z przelaniem ich na papier. 

Na koniec wstawiam piękny obraz tego jak wyglądało moje życie ostatnio w wykonaniu Clinta Bartona aka Hakweye (aka my spirit animal).


poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Medical update #2

Ostatnio trochę zaniedbuję bloga. Zbieram się do napisania czegoś mądrego i rzucam pomysł w trakcie realizacji. Albo inne randomowe sytuacje życiowe mnie odrywają od laptopa i nijak idzie cokolwiek napisać. A cóż takiego mi się przytrafiało w ostatnich tygodniach? 

- Koncert zespołu Beyond The Rules, gdzie mój kolega z liceum jest wokalistą. Było naprawdę fajnie, chociaż niektórzy ludzie chyba nie wiedzieli co się robi na koncertach. Trzeba skakać, zwłaszcza jak idą piękne solówki na gitarcach i basie, a psychodeliczne intra (jak to w progresywnym rocku) trzeba gustownie przebujać z zamkniętymi oczami, czując muzykę każdym skrawkiem skóry. Ja i moi ludzie poskakaliśmy za wszystkich, a po koncercie jeszcze się trochę pobujaliśmy z naszym rockmanem (nie ma nic lepszego niż łażenie po mieście w środku nocy, a cała ekipa w skórzanych kurtkach, so badass). Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie ukradła setlisty ze sceny. Liczę na to, że kiedyś będą sławni i zarobię miliony sprzedając tę setlistę.

-  Randomowe wypady do kina. Nie ważne, że na całonocny maraton, albo ostatni seans danego filmu. Jak nam odbije, to jesteśmy w stanie takie głupoty robić (na dokładkę po całonocnym maratonie filmowym pojechałyśmy do koleżanki na urodziny, zombie walk po prostu). I wreszcie obejrzałyśmy drugą część Kapitana Ameryki. I zakochałam się na nowo w Sebastianie Stanie (a znałam go już z 'Once upon a time', gdzie grał Szalonego Kapelusznika, więc miłość ma była bezwarunkowa i bezgraniczna). I teraz mam całą filmografię do obejrzenia. Poświęcenie moje jest takie, że zgodziłam się obejrzeć 'Gossip Girl', chociaż jeszcze miesiąc temu odgradzałabym się rękami i nogami, byleby tego nie oglądać. Ale czego się nie robi z miłości. 

- Ostatnie dwie niedziele z rzędu spędziłam w kościele. Do tej pory nie wiem jak dałam radę, moja wola przetrwania jest silna jak widać. Raz, bo byłam świadkiem na bierzmowaniu mojej młodszej siostry, a drugi, wczorajszy, bo był chrzest bratanicy. I wielki zjazd rodzinny, z którego szczęśliwie udało mi się uciec zanim atmosfera zrobiła się zbyt rodzinna. Już mi wystarczy hejtów i braku zrozumienia. I tak wykazałam się dużą tolerancją na wszystkie żarty, żarciki o wegetarianach oraz homofobiczne komentarze. Cóż mogę poradzić, że dalsza rodzina jest dosyć konserwatywna i uparta w swoich poglądach. Ale to już za mną, teraz mogę spokojnie odpocząć z dala od tego zgiełku i hałasu. Wprawdzie przede mną jest jeszcze egzamin państwowy na prawo jazdy (na który muszę się umówić) i poprawa matury, ale to już najmniejsze z problemów, które nie dają spać po nocach. 

I to był taki mój lajf apdejt, jak widać trochę się dzieje, niewiele się zmienia. Żyję jak jakiś cygan, przenoszę się z miejsca na miejsce, dzisiaj tu, jutro tam, ale dom jest tam, gdzie szczoteczka do zębów, a tę wożę zawsze ze sobą. 


Na zakończenie mój stary-nowy idol i sesja w wannie, każdy taką powinien mieć: 

 

wtorek, 11 marca 2014

Medical update #1

Nastały piękne, ciepłe i słoneczne dni. A mój pokój ma to do siebie, że pierwsze promienie wschodzącego słońca świecą mi prosto w oczy, co sprawia, że wstaję o 6 lub 7 rano. Mogłabym spać do południa nawet, ale nie potrafię. Z drugiej strony może to i lepiej, człowiek wstanie wcześniej to i więcej rzeczy ogarnie w ciągu dnia. Ten post będzie w sumie o niczym, taki mały update tego co się dzieje w moim życiu aktualnie.

- Gramy na gitarcach. Częściej lub rzadziej, zależy czy mamy na drugi dzień wstać wcześnie rano i rozbijać się po mieście cudzym samochodem. Jazdy idą raz lepiej, raz gorzej. Czasem miewam mental breakdown, ale da się przeżyć. Co nas wkurza, to, że nasz lokator nagle też uznał, że chce grać na gitarze. Okej. Ale zupełnie nie ma słuchu i tego muzycznego feelingu. Więc jego granie na antyku klasyku (gdzie założył metalowe struny, mimo moich ostrzeżeń, teraz czekam aż mi pierdyknie gryf albo struny chlasną po twarzy) jest jedną wielką traumą dla mnie do słuchania. I jestem zła, bo zanim zdobył własne wiosło, to pożyczał mojego klasyka i kompletnie go rozstroił (szczęście, że strun nie zerwał). Bywa tak, że mamy konkursy na to, kto głośniej zagra. Oczywiście wygrywam z moim elektrykiem na fulla. No cóż, są takie małe rzeczy, które inni olewają, ale ja odbieram bardzo osobiście i mnie wkurzają. Katowanie biednej gitary jest jedną z tych rzeczy. Niby grać każdy może, ale cóż jak się nie ma słuchu i feelingu, i się uczy gry na pamięć, zero improwizacji i zrozumienia. Są też inne kwestie tej sprawy, o których muszę powiedzieć, żeby nie było, że się niesłusznie czepiam. No ale jak mam się nie czepiać, jeżeli on dyskredytuje moją wiedzę na temat muzyki i nie tylko moją, w naszym sklepie muzycznym też mu powiedziano, że na tę gitarę strun metalowych się nie powinno zakładać. Ale co tam, poszedł do szkoły muzycznej i jakiś uczniak mu założył. Bo po co się słuchać kogoś kto siedzi w temacie albo jest profesjonalnym muzykiem.

- Od jakichś dwóch tygodni jesteśmy na diecie wegetariańskiej. Jak do tego doszło? W sumie zupełnie spontanicznie. Zawsze chciałyśmy spróbować i znalazłyśmy sporo motywacji. I muszę powiedzieć, że nigdy w życiu nie czułam się lepiej. Wegetariańskie jedzenie jest mega smaczne, wymaga dużo kreatywności i cierpliwości, więc wpasowuje się idealnie w moje kuchenne kanony. Ludzie z otoczenia nie zawsze rozumieją, że za przejściem na taki styl żywienia nie muszą koniecznie stać filmiki o katowanych zwierzętach, chociaż przyznam, to było kolejnym mocnym impulsem. Po prostu chciałam się zdrowiej odżywiać, a skoro mięso nie jest niezbędne do przeżycia (I know shit, aminokwasy egzogenne, które muszą być dostarczane organizmowi pochodzą w całości z roślin), to czemu by nie zostać wege. Co ciekawe, nasze zakupy teraz są znacznie tańsze niż kiedy jadłyśmy mięso. Mnóstwo uwagi zwracamy na etykiety i tabelki na opakowaniach. Stajemy się powoli takimi lekkimi świrami na punkcie zdrowego odżywiania. Ale to jest dobra obsesja. Jedyne czego nie rozumiem, to ludzie, którzy przepraszają za jedzenie mięsa w naszej obecności. Jakby mnie to obchodziło, chcesz to jedz. Nikt nikogo do niczego nie zmusza. A jak rodzina przyjęła mój wegetarianizm? Co najbardziej mnie zaskoczyło, to mój tata, który zupełnie lajtowo podszedł do sprawy, wzruszył ramionami, dał mi pomarańczę i się ucieszył, że więcej żarcia dla niego. I cieszy się, że dobrze się odżywiam. Za to moja mama nadal żyje w przekonaniu, że kurczak to nie mięso i czasem mogłabym sobie zjeść jakieś kotlety lub wątróbki. Nie powiem, mój 2 dniowy pobyt w rodzinnym domu był mięsną pokusą, ale silna wola pozwoliła mi wytrwać. No i po pierwszym tygodniu bez mięsa, już nie ciągnie mnie do kotletów. Serio, serio. 

- Wiedziałam, że zakup czarnych spodni poprawi jakość mojego życia. Dwie pary już mam (w tym jedną iście Robertową, czarne szatany z wywietrznikami na kolana, nawet nie wiecie jak mnie radują te spodnie!). Poluję na dobre promocje i kupię sobie jeszcze tak ze trzy pary. Bo czemu by nie. A dzisiaj jak się uda to upoluję sobie jakąś skórzaną kurtkę na promocji. Wtedy moja rebelsowa stylówa będzie kompletna. Wprawdzie czarna szamponetka już się powoli całkiem zmyła z moich włosów (mam ombre srombre w reverse wersji, jaśniejsze na górze i ciemne na dole), ale co tam. Nie mogę też ich obciąć do maja, więc aktualnie moja dzika szopa na głowie zaczyna wymykać się spod kontroli. Ale tak to jest, jak się żyje wedle zasady "a po co się czesać". 

- Słoneczne popołudnia spędzane na balkonie w towarzystwie kawy, papierosów i muzyki wywołują u mnie różne mieszane uczucia. Jest radość, smutek, melancholia i tęsknota. Brakuje mi ludzi z liceum, których ciągle wspominam w rozmowach. Pamiętam jak o tej porze chodziliśmy do knajpy, omawialiśmy plany na przyszłość, piliśmy piwo w plenerze i żyliśmy pełnią życia. Sprawy nie ułatwiają ciągłe przypomnienia o tych czasach w postaci hintów do "The Breakfast Club" w co drugim filmie i serialu, albo takie piosenki. Wszyscy się wynieśli gdzieś daleko i żyją, a ja zostałam tutaj i żyję przeszłością. A co będzie w przyszłości, tego jeszcze nie wiem. Mam nadzieję, że też się wyniosę wreszcie i zacznę spełniać swoje marzenia. A zanim to nastąpi, to jeszcze gdzieś się spotkamy i powspominamy. Spędzimy popołudnie, wieczór i noc w starym stylu. Street cats.  

I na tym kończę ten mały update. Obejrzałam trochę fajnych rzeczy, którymi się podzielę w najbliższych postach. A nową tradycją blogową na koniec posta dam foto Rebelsów, które pasuje do okazji. W tym przypadku będzie to 'stare dzieje, słoneczna pogoda, wiosna/lato, plenery, gitary, trochę radości i melancholii'. Takie tam. 

 

sobota, 22 lutego 2014

Sezon na arafatki i gitary.

Znalazłam jedyny skuteczny antydepresant na smutne życie. Całość kosztowała mnie 280 zeta plus 3 złocisze za wymianę struny (i trochę awkward momentu w sklepie muzycznym, bo jak się okazało jeden pan mnie zapamiętał i myślał, że znowu przyszłam z jakimś wiosłem z czasów PRLu, ale nie tym razem). Nie żałuję ani jednej wydanej złotówki. Bo wreszcie mam swoją własną elektryczną gitarę z piecykiem (który mój ojciec nazwał 'kucharkiem', nie wiem skąd mu się to wzięło). A wygląda ona tak:


Zdjęcie mało artystyczne, ale nie jestem profesjonalnym fotografem. Jedynie wannabe pisarzem i początkującym, nazwijmy to, muzykiem. Kiedyś sądziłam, że dane mi będzie jedynie rozumieć artyzm słów i obrazów, ale od niedawna potrafię zrozumieć także i 3 minutową ścianę dźwięku (bez wokalu, samo gitarowo-basowo-perkusyjne brzmienie, psychedelic rock do mnie przemówił). I tak jak kiedyś zabrałam się za rysowanie i pisanie, tak teraz wzięłam się za grę na gitarze. Jedno wiosło już miałam w posiadaniu, klasyka, ale marzył mi się elektryk, więc mam co chciałam. Dodatkowo Magda pożyczyła akustyka, którego udało nam się nastroić, więc w sumie obecnie na mieszkaniu mamy 3 w pełni sprawne gitary. Nic tylko robić wieczorami jam sessions.

A mój elektryk może i nie jest niczym specjalnym, ale w pełni mi wystarcza. Gitara z duszą. Znalazłam ją w najdalszym zakątku mojego miasta, zapomniana, pełna zadrapań i siniaków, zupełnie jak ja. Poczułam z nią więź od pierwszego dotknięcia strun i rozcięcia sobie o nie palców. Wyleczyłam ją i uratowałam, teraz ona ratuje mnie każdego dnia. Gdy ciężar egzystencji przytłacza zbyt mocno, to siadam i gram to co znam, albo próbuję improwizować z lepszym lub gorszym skutkiem. 

To w kwestii gitar. A araszmaty? Cóż, trochę ich mam, a ostatnie zdjęcia z trasy koncertowej Rebelsów rozwiały moje wątpliwości czy je zakładać. Mój fashion sense idealnie wyraża Pete, więc araszmaty on. Dzisiaj wyjątkowo idę w miasto do naszej knajpy spotkać się po latach z paroma ludźmi, więc taka stylówa będzie jak znalazł. Na zakończenie piękne zdjęcie pięknego Petera. Sezon na araszmaty i gitary uważam za otwarty.

 

poniedziałek, 17 lutego 2014

Hell of a week.




Miniony tydzień należał do jednych z najgorszych w moim życiu. Jak nie do najgorszych. Wszystko zaczęło się od jednej totalnie bezsennej nocy, gdzie nic nie pomagało, więc razem z kuzynką (to była wspólna bezsenność) zaczęłyśmy oglądać seriale o 5 nad ranem. Kolejne dni upływały na epic failach w każdej dziedzinie życia. Ja z przeziębieniem walczyłam dodatkowo. Jakby tego było mało, dostałam informację, że moja babcia jest w ciężkim stanie w szpitalu. Akurat wtedy, gdy pasywnie-agresywnie unikałam odbierania telefonów z domu, bo rodzice odwiedzili mnie dzień wcześniej tylko po to, by wyładować na mnie swoje frustracje. Nie wiem ile razy płakałam w poduszkę w tym tygodniu, ale było tego naprawdę sporo. Chyba jakiś nawrót tej nieleczonej depresji mam aktualnie, bo brak sensu życia objawia się bardziej niż zwykle. Pół biedy jak człowiek ma jakieś emocje określone, jest mu radośnie albo smutno. Najgorzej jak nawet tego nie ma, jest jedna wielka pustka, czarna dziura, do której wpadają wszystkie uczucia i zostaje się absolutnie z niczym. Może jedynie z chęcią zniknięcia z tego świata, wcześniejszego wylogowania się z życia. Wiem, że miałam ograniczyć nałogi, ale jedyne ukojenie znajdowałam w tanim winiaczu z Biedry i oglądaniu koncertów na jutubie. A 11 lutego to tłumaczę swoje picie wina urodzinami mojego ukochanego Petera Hayesa z BRMC. Żałuję, że nie mieszkam teraz we Francji, bo Rebelsi mają tam swoją trasę koncertową i grają dużo songów ze starych płyt, które były so cool.

Tak czy inaczej, przetrwałam ten tydzień. Było mi niesamowicie ciężko, nic nie ułatwiało sprawy. Zwłaszcza rozpoczęcie jazd po mieście. Instruktora mam cierpliwego i spokojnego, ale czasem jakiś demon nade mną panował i robiłam takie błędy, że w kodeksie karnym nie ma na nie określenia. Wydawałoby się, że po 5 godzinach jazd dzisiaj powinno mi iść lepiej, ale nadal jakieś szatany we mnie siedzą, a samochód gaśnie i nie chce ruszyć z miejsca. Może będzie lepiej. Przynajmniej wreszcie zaczęłyśmy się uczyć do testu teoretycznego. Za całą resztę rzeczy do nauki także się zebrałyśmy mniej lub bardziej. Nawet wczoraj ćwiczyłyśmy z Mel B. (Wydaje mi się, że brzmię jak Gollum/Smeagol, więc wyjaśniam, że gdy używam liczby mnogiej, to chodzi mi o mnie i moją kuzynkę, która dzieli ciężkie trudy życia ze mną.)

Po trudnych rozmowach z rodzicami zastanawiam się poważnie nad pójściem do psychologa i psychiatry w celu wyzbycia się chociaż części swoich demonów. Wątpię, czy podziała jak należy, ale spróbować można. Może miłe antydepresanty, leki na uspokojenie i sen pozwolą mi lepiej zapomnieć o tym Weltschmerzu, który wciąż do mnie wraca. Póki co stosuję muzykoterapię i spełniam swoje małe randomowe marzenia. Jak kupienie męskiego antyperspirantu Old Spice Wolfthorn. Bo ma niesamowicie fajny zapach, jak żelki Haribo. I przymierzam się do kupienia używanego elektryka z piecykiem. Muszę umówić się na obejrzenie tej gitarki i zadecyduję. Wprawdzie moim cichym i większym marzeniem jest posiadanie Epiphona, ale takie przyjemności kosztują wiele. Najtańszego znalazłam za ponad 500 złotych, ale lepsze idą już w tysiącach. No nic, może kiedyś.

14 lutego nie obchodziłam walentynek, tylko jakieś święto wina. Gdzieś w internetach wyczytałam, że akurat tego dnia przypada, a że moje miłości wszystkie umarły nieodwzajemnione, to równie dobrze można było się napić. Ale żeby odciąć się już od tego piekielnego tygodnia smęcenia o życiu, w życiu i na temat życia, mam dla Was czytających małą zabawę. Wysilcie swoją wyobraźnię i jeżeli Wam się chce, to możecie mi napisać z kim mnie widzicie w parze. Jakiego partnera/partnerkę powinnam mieć, gdybym mogła. Z pewnością ktoś wpadnie na jakiś genialny pomysł. Tymczasem wybywam, niedługo może napiszę jak tam nowa gitara i nowe seriale. A na jutrzejszą jazdę po mieście zakładam na szyję różaniec.

niedziela, 19 stycznia 2014

Mister Spock, what do?

Kreatywnie spędzam styczniowe dni. Miałam maraton rozszerzonych wersji "Władcy Pierścieni", przypominam sobie też wersję książkową i zakochuję się na nowo w mitologii Tolkiena. Początkowo planowałam ten post uczynić postem o tytule 'dlaczego kocham fantasy', ale na to przyjdzie odpowiednia pora. Co innego mam w głowie aktualnie. Staram się każdego dnia przysiąść na trochę do biologii, nudniejsze tematy mam już prawie w całości za sobą i względnie opanowane, niedługo przejdę do mojej ukochanej anatomii, więc jest dobrze. Za matmę zbiorę się w lutym, żeby teraz sobie w głowie nie mieszać zbytnio. 

Ostatnio mój hejt do ludzkości rośnie z każdym dniem. Wszystko za sprawą pewnego gimbusa, który niestety pojawia się na mieszkaniu i psuje wszystkim krew. Ja wiem, że ludzie bywają i są głupi, ale że aż tak. Są dni, gdy lokatorzy powinni mi być wdzięczni za to, jak bardzo się powstrzymuję od bycia rozszalałym psychopatą. Oszczędzam się do wbijania noży w martwe przedmioty zamiast w żywych ludzi. Ale kto wie jak długo.

Inna kwestia, która obecnie nie daje mi spać po nocach, to studia. A właściwie, co i gdzie studiować. Potworek ostatnio u mnie będąc powiedziała o studiach w UK. I nie powiem, ta opcja zawładnęła moją wybujałą wyobraźnią. Uznałam, że to byłaby dla mnie idealna szansa na poprawę swojego marnego żywotu. Napisałam maila do tej zacnej uczelni, czekam na odpowiedź. W międzyczasie zastanawiam się jak to wszystko wyjdzie w praniu, czy gra jest warta świeczki i inne takie, takie. Ogólnie rzecz biorąc zamartwiam się i umartwiam. Spock, what do? What do? 

Dziś było krótko. Mam nadzieję, że na temat. Jakiś. Nie mam high lifestyle, więc mało się u mnie dzieje rzeczy wartych opisania. 

niedziela, 5 stycznia 2014

2014 czy jakoś tak.

Zaczął się kolejny rok udręki i cierpienia. Chciałam być optymistycznie nastawiona do życia, ale się nie da. Nie wtedy, gdy jest się takim biedakiem jak ja. Dopijając resztki alkoholi z sylwestra, oglądając serial o innych biedakach ("2 broke girls" i chyba poświęcę temu któregoś posta, bo ten szoł na to zasługuje), mając zatargi z sąsiadem z dołu, problemy z rachunkami i ogólnie z pieniędzmi, o rodzinie to już nawet wolę nie wspominać... Gdy tak wygląda życie, to ciężko mieć optymistyczne myśli. Wiem, nadal mam lepiej niż większość ludzi na świecie, więc moje problemy życiowe można zakwalifikować jako 'white people problems' albo 'first world problems'. Ale nie o to chodzi. Bo dla każdego co innego jest końcem świata. A jak ja mówię, że jest słabo, to jest nawet jeszcze gorzej. 
 
Dlatego nie mam zamiaru robić żadnych postanowień na nowy rok 2014. Bo i tak się nie sprawdzają, bo to tylko takie miłe oszukiwanie samego siebie przez pierwszy miesiąc, góra dwa jak ktoś jest wytrwały. Mnie się nie udało nawet dwóch dni przetrwać w postanowieniach. Miałam odciąć się od nałogów. Dzisiaj jest pierwszy dzień od początku roku, gdy nie piję wieczorem żadnego drina/piwa. Można więc to nazwać jakimś postępem. Fajki skończę wraz z ostatnią zakupioną paczką, która ma cenę jeszcze z zeszłego roku. Potem już za bardzo będzie mnie boleć portfel, żeby palić. Akcyza uratuje mnie od nałogów i wypełni jeden cel w dalszym życiu. Właściwie nie wiem o czym miał być ten post, bo każdy bloger, którego śledzę i czytam zrobił jakąś listę postanowień/celów do realizacji. A ja? Nie będę robić żadnej listy i to wcale nie dlatego, że mam buntownicze, rokenrolowe serce. Po prostu brak mi motywacji nawet do tego. A życie jest zbyt nieprzewidywalne na plany. Tego się nauczyłam, jednego dnia kończysz ostatni egzamin maturalny, a drugiego potrąca cię samochód i lądujesz w szpitalu. Więc nie ma co się zbytnio do wszystkiego przywiązywać. 
 
Jednak, żeby nie było tak pesymistycznie, to powiem, że mam parę oczekiwań wobec siebie. I ten rok będzie dobrym momentem, by zacząć je spełniać, wypełniać, zmieniać co trzeba. Postaram się trzymać realistycznego scenariusza, bo wiem jak kończą się moje wymyślne fantazje. Dosyć słabo. Zacznę od treściwego sprzątnięcia swojego pokoju. Uporządkowania ogólnego mieszkania (ten czajnik i patelnię trzeba było wymienić już lata temu). Przestanę szukać usprawiedliwień i wymówek dla własnego ekstremalnego lenistwa. Matura sama się nie poprawi. Pieniądze magicznym sposobem same nie wpłyną na konto. Tak samo nadmiar tłuszczu nie zniknie od samego patrzenia na ćwiczenia z jutuba. Fajnie by było kiedyś pojechać na road trip z piosenkami BRMC na full głośnikach, ale do tego potrzeba prawa jazdy. Miło by było wreszcie wydać ten obiecany zbiór opowiadań, których jeszcze nawet nie zaczęłam pisać. To są te względnie realistyczne cele do zrealizowania. Bo z tym, że umrę sama i zostanę pożarta przez moje 42 przygarnięte koty już się pogodziłam. 
 
I to by było na tyle mojego noworocznego biadolenia. Mam nadzieję, że nie wpędziłam nikogo w taką samą otchłań, w której żyję już jakiś czas. Miejcie ambitne plany i marzenia, póki życie nie przypomni wam kim jesteście i gdzie się znajdujecie.
 
Może jutro będzie lepiej. 

niedziela, 29 grudnia 2013

Red eyes and tears.

Większość osób pisze/pisało o świętach, świątecznej magii, nastroju, objadaniu się smakołykami i cudownych prezentach. Mnie święta przyniosły jedynie tytułowe spuchnięte i czerwone oczy od dwóch dni płaczu. W tym jeden dzień wypadł akurat w moje urodziny (urodzić się 26 grudnia to jest niezły ponury żart). A zapowiadało się całkiem niewinnie i nic nie wskazywało na to, że akurat w te święta rodzina postanowi rzucić mi wyzwanie cierpliwości, którego nie wytrzymałam. 
Było trochę rozmów, dużo hejtu na mnie, nie wytrzymałam psychicznie (nie wytrzymuję już od dłuższego czasu, ale są takie momenty, gdy już kompletnie nie daję rady). Jak się rozpłakałam, to nie byłam w stanie skleić jednego zdania. A miałam dużo odpowiedzi i ripost, ale przez łzy ciężko się wysłowić. I tak siedziałam całkowicie rozbita, trzęsąca się i sama, bo jak mi źle, to muszę być sama. Ale rodzina odebrała to jako jakąś tanią zagrywkę i brak zrozumienia/szacunku. Jak wcześniej próbowali mnie pocieszać, tak później zaczęli mnie atakować, nazywać królową dramatu i życiową ofiarą. Najwidoczniej nią jestem. No cóż, przepraszam. Z depresji nie da się wyjść w jeden wieczór. Tym bardziej jeżeli jej przyczyną są ludzie, z którymi musiałam wtedy przebywać pod jednym dachem. 


Co to za święta bez kwasów przy wigilijnym stole. Zawsze tak było odkąd pamiętam. I pewnie zawsze będzie, jak to w dysfunkcyjnej rodzinie. Mam nadzieję, że reszta ludzi miała lepsze święta ode mnie. Urodziny minęły mi cicho i szybko. Pogrążyłam się w lekturze książek, które dostałam w prezencie, w milczeniu zniosłam odśpiewane 'sto lat' i nieszczere życzenia. W głowie miałam ciągle frazę "I hate myself and I want to die". Nadal tak mam. Codziennie, czasem jedynie zagłuszam ten głos robiąc głupoty lub znajdując sobie jakieś ambitne zajęcie. Tak czy inaczej, wróciłam na chwilę na mieszkanie, wyrwałam się z tych toksyn. Ostatnie 2 dni przepracowałam u mojego brata w knajpce z lokalnym świętokrzyskim żarciem. Byłam typowym przynieś, wynieś, pozamiataj, najwięcej się narobiłam pomagając w kuchni i na zmywaku. Niby tylko 2 dni roboty, ale padam na twarz, bo od 10 do 20, plus 2 godziny sprzątania sali, to jednak jest trochę i więcej. Są jednak plusy, zarobiłam trochę monet. Przydadzą się na organizację sylwestra. Może chociaż sylwester będzie udany i okaże się dobrym wstępem do nowego roku. Będzie 5 osób na mieszkaniu, robimy party w stylu lat 80, będą przebieranki i dużo śmiechu. Tego mi trzeba. Jak wszystko się uda, to zdam relację. Jak odpocznę jeszcze jakieś parę dni po tym wszystkim, bo brak snu i pożywnego jedzenia poczynił spustoszenie w moim życiu. Miałam zrobić podsumowanie roku 2013, ale nie ma co tu dużo podsumowywać. Były wzloty i upadki, więcej upadków. Ogólnie rzecz biorąc było słabo. 

A dzisiejszego posta sponsoruje Sam Winchester, bo idealnie odzwierciedla mój stan:

 
 

sobota, 7 grudnia 2013

Brothers&Sisters.

Święta się zbliżają, a to oznacza zjazdy rodzinne i wiele innych mniej lub bardziej przyjemnych rzeczy. A skoro takie okazje, to postanowiłam napisać posta związanego pośrednio z tematem rodziny. A konkretnie kwestia posiadania rodzeństwa. Nikt mi nie wmówi, że nie ma różnic między ludźmi, którzy są jedynakami a tymi, co posiadają brata lub siostrę. Jest wiele różnic, które można wyczuć. 
Nie mówię, że ktoś jest lepszy czy gorszy, po prostu chciałam się podzielić swoimi doświadczeniami. Znam trochę jedynaków i nie ważne ile mają kuzynów/kuzynek i tak różnią się od ludzi z rodzeństwem. Może dla mnie jest to łatwiejsze do wyłapania, bo sama mam 2 braci i 2 siostry, jestem średnim dzieckiem, znam uroki bycia starszą siostrą i młodszą jednocześnie. Ale o tym później. Zacznę od jedynaków, których znam. Na swoje szczęście nie znam jedynaków, którzy są totalnie rozpieszczeni przez rodziców. Ale i tak jedynacy są dosyć kłopotliwi dla mnie. Nie mają takiego wyczucia do ludzi, nie łapią cichych tonów w rozmowach, są nieco egoistyczni (ale nie jest to do końca zdrowy oświecony egoizm). Czasem ciężko się z nimi dogadać, nie lubią iść na kompromisy. Chociaż podejrzewam, że bycie jedynakiem ma sporo zalet. Rodzice koncentrują na tobie całą uwagę i fundusze. Chociaż to potrafi być też destrukcyjne. 
A wady i zalety posiadania rodzeństwa? Tu się mogę rozpisać. Zaczynając od zalet. Bracia i siostry to przyjaciele na całe życie. Takie więzy, które ciężko przerwać, możemy się do siebie nie odzywać, możemy się kłócić, tłuc po łbach, wyjechać na różne krańce świata, ale jak się spotkamy, to i tak się pogodzimy i jest dobrze. Oczywiście jeżeli relacje między rodzeństwem są zdrowe, bo jak się chce kogoś znienawidzić, to i więzy krwi tego nie obronią. Ale ze swojej strony mogę powiedzieć, że starsze rodzeństwo było dla mnie źródłem wsparcia i miłości, więc nie mogę narzekać. W podstawówce nikt mi nie dokuczał, bo broniła mnie siostra. Brat nauczył mnie, że jak się przewrócę, to nie powinnam płakać, a jak ktoś mnie uderzy, to zwyczajnie mam mu oddać i się nie mazać. Wychowali mnie na twardziela. Za młodu byłam taką trochę irytującą młodszą siostrą. Ciągle łaziłam za starszym rodzeństwem i chciałam żeby spędzali ze mną czas. Ale wyszło mi to na dobre, bo jak brat już nie chciał mi czytać bajki, to sama nauczyłam się czytać zanim nawet poszłam do zerówki. Czasem dochodziło do rękoczynów, nigdy nie zapomnę jak rozbiłam bratu talerz na głowie, albo jak zaatakowałam siostrę łańcuszkiem z koralików. Ale konflikty między rodzeństwem są potrzebne. Rozwiązywanie ich uczy trudnej sztuki kompromisu, która bardzo się przydaje w dorosłym życiu. Mam też młodszą siostrę, więc wiem jak czuło się moje starsze rodzeństwo. Na początku się nienawidzi tego, że przestało się być najmłodszym, nie zbiera się najwięcej uwagi rodziców i otoczenia. Ale z czasem człowiek zaczyna doceniać to, że staje się dla kogoś przykładem, wzorem do naśladowania, całkiem nieświadomie. I próbuje być lepszym człowiekiem. Staje się odpowiedzialny za młodszego w rodzinie. Szybciej się wtedy dorasta i mądrzeje. No i nic tak nie cieszy, jak te chwile, gdy cały świat zawodzi, siedzi człowiek i płacze, a tu przyjdzie młodsza siostra i cię uściska i powie, że będzie dobrze. Coś pięknego i magicznego. Rodzeństwo pomaga rozwijać inteligencję emocjonalną. Dorastając wśród braci i sióstr, nie ma się problemów ze zrozumieniem innych ludzi, jest się nieco bardziej tolerancyjnym wobec innych. Szybciej nabiera empatii i zrozumienia jak działają relacje międzyludzkie. 
Ale żeby nie było tak miło, posiadanie rodzeństwa to też sporo minusów. Przede wszystkim człowiek jest pozbawiony prywatności. Rodzeństwo, zwłaszcza młodsze, zawsze znajdzie sposób, żeby przegrzebać nasze prywatne rzeczy, dowiedzieć się wszystkiego i wykorzystać tę wiedzę. Przestrzeń osobista także przestaje mieć znaczenie. Z jednej strony to niby dobrze, ale z drugiej, nie każdy jest na to przygotowany, że ktoś może naruszyć granice jego przestrzeni osobistej i nie widzieć w tym żadnego problemu, bo żył w takim stanie od wielu lat. A już dzielenie łóżka z bratem/siostrą na wyjazdach czy innych okazjach. Nie ważne czy spałam ze starszą czy z młodszą siostrą, zawsze to ja zostawałam bez kołdry i na brzegu łóżka. Dlatego teraz uwielbiam spać sama na swoim wielkim łóżku i ogólnie trudno mi je z kimkolwiek dzielić (no ale jeżeli przyszłoby mi je dzielić z rodzeństwem, to bym się zgodziła tak czy siak). Inna sprawa to rywalizacja między rodzeństwem. Szczególnie, gdy jest się średnim dzieckiem. Najwięcej uwagi zawsze dostaje najmłodszy. Od najstarszego najwięcej się wymaga. A jak się jest pośrodku? To wtedy próbuje się odróżniać od reszty za wszelką cenę. Szuka się swojej ścieżki życiowej dwa razy intensywniej niż inni. Próbuje się wszystkiego, byle tylko odnaleźć siebie. No i jeżeli nie jest się dzieckiem możnych rodziców, to szuka się jakichkolwiek środków, by spełniać swoje pasje i marzenia. Idzie się pod prąd i swoją drogą. 

Może i bym mogła się bardziej rozpisać, ale na chwilę obecną nic więcej już mi nie przychodzi do głowy. Możecie opisać mi swoje historie związane z rodzeństwem tudzież jego brakiem. Ja wiem jedno, mimo wszystkich wad, nie zamieniłabym swojego obecnego życia na jakiekolwiek inne. Lubię swoje starsze i młodsze rodzeństwo. I nie wyobrażam sobie, żeby mogło być inaczej. 

Na koniec zdjęcie Ylvisowych braci, które świetnie opisuje jak wyglądają gorsze chwile między rodzeństwem (i zapowiedź, że w którymś z kolejnych postów zajmę się tematem norweskich komików.) 


sobota, 30 listopada 2013

Song to say goodbye.

Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że w życiu kieruję się kilkoma prostymi zasadami. Główną z nich będzie: nic nie jest na zawsze i nic na pewno. Dotyczy to zarówno rzeczy jak i ludzi. A o czym będzie dzisiejszy post? O tym jak sobie radziłam i radzę z życiem, co mnie denerwuje w innych ludziach i dlaczego po części jestem chyba robotem. Albo po prostu mam mózg socjopaty, ale nauczyłam się żyć i współgrać w społeczeństwie. 


Tak to czasem się nam wydaje, że ludzie, których poznaliśmy będą z nami na wieki. Też tak myślałam, ale dosyć szybko moje marzenia zderzyły się z brutalną rzeczywistością. Utrata pierwszej osoby, którą miałam za przyjaciółkę na całe życie uświadomiła mi, że nie ważne jak dobrze ktoś może mnie znać, na końcu i tak zostaję sama. Z różnych powodów. Ludzie się zmieniają. Albo inaczej. Nie zmieniają. My mamy o nich jakieś mylne wyobrażenia, które sprawiają, że nie widzimy ich prawdziwego 'ja'. Ludzie pozostają tacy sami, jedynie my zaczynamy dostrzegać prawdę, albo oni zaczynają pokazywać swoje oblicze. Nic nie jest na zawsze i nic na pewno. Nauczyłam się tej zasady i trzymam się jej do dzisiaj. Staram się nie przejmować i nie przywiązywać. Ludzie przychodzą i odchodzą. I nie ma w tym nic dziwnego ani strasznego. Takie jest życie. Ale co mnie osobiście irytuje, to jak niektórzy za wszelką cenę starają się utrzymać kogoś przy sobie. Nawet jeżeli takie rozwiązanie jest szkodliwe dla jednej lub obu stron. Nie rozumiem jak można pozwalać robić z siebie wycieraczkę dla kogoś. Niektórych bawi ranienie innych i wyżywanie się na kimś, kto jest do nich przywiązany. Ale od takich toksycznych ludzi trzeba się odciąć i nie pozwalać im rządzić każdą dziedziną naszego życia. Można być przyjaciółmi, ale gdy zaczynają się dziać takie rzeczy, to według mnie najbardziej rozsądnym rozwiązaniem jest rozejście się w dwie strony. Bo swoją drogą, co to za przyjaźń, w której ciągle ktoś cierpi i jest poniżany, kaleczony emocjonalnie i wyzyskiwany? Owszem, kłótnie i rzucanie krzesłami zdarza się nawet w najlepszych relacjach. Ale nie jest to ciągły stan. Przyjaźń wymaga zrozumienia i akceptacji, a gdy to się kończy, trudno mówić o przyjaźni. 
Inna zasada, której się trzymam, to że mówienie o sobie wszystkiego, uzewnętrznianie się jest jak podanie komuś naładowanego pistoletu i pozwolenie na to, by wymierzył go nam prosto w głowę. Kwestia zaufania i miłości do drugiej osoby polega na tym, że wierzymy, iż nie pociągnie ona za spust. Ale ludzie bywają różni. Dlatego staram się nie uzewnętrzniać przed innymi. Nawet przed najbliższymi. Nie umiałabym żyć ze świadomością jak ktoś mógłby taką wiedzę obrócić przeciwko mnie. Lubię mieć nad wszystkim kontrolę, nie lubię gdy ktoś ma ją nade mną. I jeżeli komuś mówię więcej niż powinnam, to znaczy, że naprawdę mu wierzę i ufam. Ale tak serio serio. Niewiele jest takich osób.
Mając takie przekonania i świadomość, że w życiu bywa różnie, nie boję się już ludzi, którzy znikają z mojego życia. Pozwalam im spokojnie odejść. Nie gonię za nikim. Nie płaczę i nie tęsknię po nocach. Zrozumiałam, że szczęście nie pochodzi od innych ludzi, tylko jest zależne od nas samych. Więc po co na siłę trzymać w swoim życiu kogokolwiek? Wzruszam ramionami, uśmiecham się i idę dalej. Nie ma sensu oglądać się za siebie. Co było między mną i innymi, to było. Staram się pamiętać te dobre chwile, nie zapominając o tych złych. Próbuję żyć każdym dniem, chwilą, jak umiem najlepiej. Doceniam ludzi, którzy są ze mną teraz, ale nie łudzę się, że będą na zawsze. Gdy przyjdzie dzień, gdy postanowią odejść, pozwolę im na to i podziękuję za wszystko czego mnie nauczyli. Bo każdy człowiek, który pojawia się w naszym życiu ma za zadanie czegoś nas nauczyć. Czy będzie to poprzez dobre czy złe doświadczenia, nie ważne. Ważne jakie my z tego wyciągniemy wnioski, jakie lekcje na przyszłość. 

I mniej więcej o tym wszystkim chciałam dzisiaj napisać. Pewnie niektórzy powiedzą, że ze mnie nieczuła osoba. Przyzwyczaiłam się do takich tekstów. Fakt, moje poglądy odbiegają nieco od tego co myślą inni ludzie. Ale będę się ich trzymać. Nie twierdzę, że moje metody są najlepsze, ale działają w moim przypadku i pozwalają uniknąć wiele bólu i cierpienia ze strony innych ludzi. A nie od dziś wiadomo, że 'piekło to inni ludzie'.   

poniedziałek, 18 listopada 2013

Hero of the story.




Rzuć wszystko. A potem się podnieś. I podnieś to, co najważniejsze dla ciebie. 

Tak właśnie zrobiłam. Rzucam studia na 3 roku, bo nie mogę się dłużej tak męczyć. Nie planuję wiązać swojej przyszłości z filologią rosyjską. Z byciem tłumaczem. Ja wiem, że to 3 rok i mogłabym dokończyć. Mogłabym, ale tego nie zrobię, bo tak naprawdę to bym nie mogła. Ludzie mówią swoje, ale nikt nie wie co się dzieje w mojej głowie i na mojej uczelni. Nie wiedzą jak to jest czuć każdego dnia, że marnuje się czas na pierdoły. Gdy otoczenie jest bardziej nieprzyjazne niż australijska dzicz (gdzie wszystko może cię zabić, ale jak to ktoś powiedział, aligatory są milsze od ludzi, nie udają przyjaciół, od razu cię zjadają). Już raz w życiu przechodziłam przez takie piekło, nie polecam i nie chcę robić tego drugi raz. Moja głupota w tym była, że dałam się wepchnąć na te studia, że postanowiłam zostać, zamiast od razu odejść. Ale lepiej późno niż wcale i nigdy nie jest za późno na zmiany na lepsze. 

Jeszcze parę formalności zostało mi do zrobienia. Złożyć podanie o urlop dziekański, bo chcę zachować na rok legitymację studencką. Głównie zniżki na wszystko. W szczególności na środki transportu. Pociągi i takie tam. Rodziców już poinformowałam o zmianie swoich planów na życie. Przyjęli to dosyć spokojnie. Bo powiedziałam, że mam plan. Rzucić w cholerę, to co mnie dołuje i sprowadza z powrotem niewyleczoną depresję. Teraz mam czas na kucie do poprawy matury. Znalezienie roboty, żeby zapłacić za 2 pierwsze lata studiowania w Wawie (kochane zmiany ustaw i zwłaszcza ta dotycząca punktów ECTS). Nie boję się przyznać do błędu. Zrypałam sprawę mocno i to już w liceum. Wszystko przez mój brak zdecydowania i bierność. Ale nigdy więcej. Potrzebowałam jedynie spaść w otchłań rozpaczy, stoczyć się na samo dno, by się przekonać co jest tak naprawdę dla mnie istotne. Co się liczy, ma znaczenie. I o co chcę walczyć. A co mam rzucić za siebie, zapomnieć, pogrzebać, spalić. 

Więc to taki plot twist w moim życiu. Zmieniłam scenarzystę, bo słaby scenariusz był jak do tej pory. Teraz będzie lepiej. I już nie przejmuję się tym co sądzą inni. Niektórzy mówią, że straciłam rozum. Ja sądzę, że dopiero teraz go zyskałam. Idealnym podsumowaniem mego odniesienia do ludzi, którzy mnie nie rozumieją jest ten gif:

 
PS: Jako, że teraz będę mieć trochę więcej czasu, spodziewajcie się więcej postów. Na różne tematy. Jak będzie postępować moja walka ze światem, co się czytało, co się oglądało, czego się słuchało i w ogóle. 

O jeszcze jedna mądrość. Jako, że jestem villainem. "Every villain is a hero in his own mind". 

czwartek, 10 października 2013

I hate people when they're not polite.

Każdy kolejny dzień spędzony na uczelni sprawa, ze powoli budzi się we mnie psychopatyczny morderca. "Naród wspaniały, tylko ludzie kurwy". Myślałam, że najgorsze piekło mam już za sobą, gdy opuściłam mury gimnazjum, ale jak widać nagrzeszyłam wystarczająco dużo, by znowu znaleźć się w tym samym piekle. Dopiero drugi tydzień, a ja wypalam szluga za szlugiem z nerwów i powtarzam w kółko: otaczają mnie kretyni. Co gorsza ci debile będą mnie jeszcze otaczać przez pewien dłuższy czas, a ja już skreślam każdy dzień przybliżający mnie do upragnionej wolności. Codziennie po wstaniu z łóżka obiecuję sobie, że dzisiaj nikogo nie zabiję. Nie wiem jak długo jeszcze wytrzymam, ale muszę. Zawsze myślałam, że warto być miłym, dobrym i uczciwym człowiekiem. No cóż. Nie warto. W sytuacji, gdy ludzie to prawdziwe skurwysyny gotowe pożreć cię żywcem, nie warto. Przez ostatnie dwa lata nauczyłam się, że bycie miłym nie jest warte złamanego grosza. Nikt nie pamięta drobnych uprzejmości, są dla ciebie mili jedynie, gdy czegoś potrzebują. Gdy im to zapewnisz, to kończy się bajka. Żyją na zasadzie "daj, daj, daj!". Nie obchodzi ich czy ty masz jakieś uczucia, może masz coś lepszego do roboty, może zwyczajnie, po ludzku czegoś nie wiesz. 
Przestałam być miła dla ludzi. Teraz okazuję jedynie chłodną obojętność. Odcinam się od tej zbieraniny. Nie daję się wciągnąć w ich gierki. Jestem, ale jednocześnie mnie nie ma. Jeszcze tylko ten rok akademicki. Robić swoje. Nie przejmować się. Ludzie to kurwy. Przynajmniej tutaj. If you're going through hell, keep going. 
Samotność w tłumie to przykra rzecz, która znów mnie spotkała. Duszę się, jestem w klatce, z której nie mogę wyjść. Najgorsze, że właściwie sama wlazłam w tę klatkę. I sama muszę się z niej wydostać. Życzcie mi powodzenia. 

Może jutro nikogo nie zabiję.

 

czwartek, 3 października 2013

News from the front.

Chyba będę pisać ten post w myślnikach. Mam dużo w głowie i na głowie, i nie bardzo wiem jak to wszystko ogarnąć. Zaczął się rok akademicki, niektórzy dają poradniki jak studiować, ja bym mogła napisać jak NIE studiować. Moje dotychczasowe zmagania z uczelnią świetnie opisuje song, będący tytułem tego wpisu - bam!

- Dopiero dwa dni spędzone na uczelni, a ja już mam jej serdecznie dosyć. Po pierwsze, przenieśli mój wydział na koniec świata. Jedyne adekwatne nazwy na tę lokalizację to: kurwidołek, łagier, kołchoz. Taki dżołk dobry, jako że studiuję filologię rosyjską. Ale serio, żeby na korytarzach nie było ławek, nie było bufetu, ksero, nawet automatu z kawą. I na każdym winklu wieje jak to w kieleckim, tylko z 5 razy gorzej. Dojechać do tego łagru też jest ciężko, ode mnie trwa to jakieś 40 minut. Wrócić też nie jest prosto. I już widzę jak będzie mi się chciało tam gnać w zimę na zajęcia o 8 rano. Tak jest. Druga rzecz, ludzie z roku, o których nawet nie chce mi się pisać. 

- Words of wisdom dla tych, którzy dopiero się wybierają na studia: idźcie na to, co chcecie, a nie co wam wciskają rodzice, koledzy, znajomi itp. Gdybym była mądrzejsza i odważniejsza, to nie musiałabym teraz siedzieć w tym łagrze, robiłabym licencjat z psychologii i magistra z kryminologii zaczęła. 

- Uczcie się do matury i zdajcie ją jak najlepiej. Serio. Nie odpuszczajcie sobie. Inaczej będziecie musieli ją poprawiać tak jak ja. To nie jest fajne uczucie. 

- Jak już zaczniecie studiować, to nie dajcie się wrobić w profesję starosty na roku. Nie chcecie brać odpowiedzialności za bandę debili, uwierzcie mi na słowo.

- Historie z życia niskich ludzi. Ciężko jest utrzymać mroczny i złowrogi wizerunek, gdy ma się metr sześćdziesiąt i trzeba prosić ludzi w sklepie, żeby podali ci rzeczy z wysokiej półki. Wiem, że niby nic strasznego, ale czasami denerwuje mnie mój wzrost. 

- Mam problemy z zaufaniem do ludzi, którzy nie piją kawy. 

- Zaczęłam robić lyrics booka. Ot tak, wypisuję sobie słowa piosenek i rysuję do nich różne bazgroły. Idealne zajęcie, żeby się odstresować po dniu spędzonym w kurwidołku.

- Jestem z siebie dumna, bo nauczyłam się grać Complicated situation. Sąsiedzi mnie za to nie lubią. Jak usłyszą, że wyjmuję gitarę, to już z dołu lecą przekleństwa. Niech się cieszą, że nie mam harmonijki albo klawiszy. Wtedy byłabym jeszcze bardziej upierdliwa. I nauczyłabym się grać Feel it now. (Specjalnie linkuję ten wykon, połączony z katarynkową piosenką, bo Peter i Robert są tu cudownie uroczy.)

- Brakuje mi moich ludzi z liceum. Z nimi zawsze mogłam wyjść do knajpy i świetnie się bawić łażąc po mieście. Na studiach czuję się totalnym outlawem, ale w tym negatywnym sensie. Bo zawsze odstawałam od norm społecznych i byłam za marginesem, ale przynajmniej miałam obok siebie ludzi, którzy też się tak wyróżniali. Moja własna bohema artystyczna. 

- "People think being alone makes you lonely, but I don’t think that’s true. Being surrounded by the wrong people is the loneliest thing in the world."

Jeżeli miałabym określić mój żywot w jednym obrazku, to byłoby to coś w tym stylu:


(Czyli piję za dużo kawy i za dużo palę. Ale ciężko nie czynić inaczej, gdy otaczają mnie kretyni i uczelniany kurwidołek wykańcza psychicznie i fizycznie.)

- "The price of being a sheep is boredom. The price of being a wolf is loneliness" (Dopiero ostatnio w pełni zrozumiałam sens tego cytatu.)

- Znowu oglądam stanowczo zbyt wiele seriali. Zaczęłam w wakacje kilka nowych serii i teraz uświadomiłam sobie, że nie wiem kiedy będę mieć czas to wszystko obejrzeć.

- Dopadła mnie akademicka depresja i uznałam, że czas coś zrobić z włosami. Ścinać ich już nie będę, bo mają odpowiednią długość, żeby codziennie po wysuszeniu być odą do fryzu Petera Hayesa. Takie czesane halnym, free spirit, free bird, southern rock, shoegaze. Uznałam więc, że przefarbuję je szamponetą na czarno, żeby tribute był pełny. Like, seriously, po wyjściu z domu na kieleckie wichry, mój fryz nie różni się zbytnio od Peterowego, więc zostanę czarnym szatanem. 


(No i umiem zagrać 'Complicated situation'! Jeszcze innych songów się nauczę, jak czas pozwoli. Everyday a little bit more miss Hayes I will be. Depresja akademicka to straszna rzecz. Mówiłam, że zamówiłam sobie archiwalne numery Teraz Rock, gdzie były jakiekolwiek wzmianki o BRMC? No to mówię. I uwidziałam sobie takie fajne buty. I niedługo muszę doładować kartę wiejską. I tak właśnie przepadną moje ostatnie pieniądze.)

piątek, 27 września 2013

50 przypadkowych faktów.

Miał być jakiś ambitniejszy post, ale uznałam, że czemu by nie pobawić się w takie głupoty jak 50 random facts. Trochę internetowego ekshibicjonizmu (jakbym cokolwiek innego robiła na tym blogu). Więc zaczynamy. 

1. Sprzedałabym duszę czarnemu szatanowi za to, żeby znaleźć się na koncercie BRMC. Pod samą sceną. I żeby ich spotkać przed/po koncercie, dostać autografy, pogadać o życiu, zapalić szluga z Peterem Hayesem. Like, seriously, I fucking love this band. 

2. Uwielbiam jeść płatki chocapic z zimnym mlekiem. Nie ważne, czy na śniadanie, obiad, kolację, po prostu uwielbiam.

3. Potrafię godzinami gadać o książkach, filmach, serialach, aktorach, reżyserach i wszystkim co z tym związane. 

4. Mój mózg działa na zasadzie: albo całkowita obsesja, albo kompletny brak zainteresowania daną rzeczą.

5. Mówię, że może i nie jestem ładna, ale za to mam zajebisty gust muzyczny. 

6. Nie znoszę gimbazy. I nie chodzi mi tu o ludność gimnazjum. Gimbaza to stan umysłu. Można mieć mentalność gimbazjusza będąc na studiach. Z czym mam niestety do czynienia na swoim kierunku, irytujące jest, gdy chcesz załatwić jakieś sprawy z ludźmi, którzy teoretycznie powinni być już dorośli i odpowiedzialni, a są wyrośniętymi dziećmi.

7. Wkurza mnie, gdy napiszę komuś wiadomość, postaram się, dzielę się emocjami i wszystkim, a ten ktoś mi odpisze "spoko", albo "ok". Jeżeli nie chcesz rozmawiać, albo masz mnie dosyć, to po prostu mi to powiedz, ja się zamknę i tyle.

8. Nie znoszę butów na wysokim obcasie. I ogólnie przesadnie damskich butów. Wszystkie szpileczki, balerinki i inne gówna nie mają prawa bytu w moim życiu. Uwielbiam za to combat bootsy, glany, trampki, trapery, wszystko, w czym można przejść '500 miles' i nie mieć problemów z obtartymi i bolącymi stopami. O, to są buty dla mnie:


9. W zimę zawsze chodzę w badassowym płaszczu. Najlepiej czarnym, chociaż mam też jesienny brązowy płaszcz, który aktualnie jest w użyciu. Kurtki nie są dla mnie.

10. Kiedyś chciałabym mieć swój własny motor. I przejechać na nim przez pół świata. Albo należeć do gangu motocyklowego. Takie tam marzenia.

11. Kawa jest dla mnie rzeczą świętą. Dzień bez kawy jest dniem straconym. Potrafię wypić morze kawy. Nie ważne, czy czarną siekierę, z mlekiem, wypasione cappuccino. 

12. Jeżeli polubię jakiegoś aktora, to muszę obejrzeć wszystkie filmy/seriale z jego udziałem. Nie ważne jak bardzo będą głupie. (Najgłupsze co do tej pory obejrzałam, to "The Irrefutable Truth About Demons" z Karlem Urbanem. Serio, nowozelandzka kinematografia, to coś niesamowitego.)

13. Lubię siedzieć sama w domu. Ale lubię też towarzystwo ludzi, ale tylko chwilowo. Zaraz zaczynają mnie męczyć i muszę od nich odpocząć.

14. Moim marzeniem jest zostać profilerem. Póki co powoli idę w tym kierunku, co z tego wyniknie, who knows.

15. Uwielbiam swoje włosy i niebieskie oczy. Chyba jedyne co się udało matce naturze we mnie. 

16. Z reguły jestem dosyć spokojnym rocznikiem, ale gdy komuś uda się mnie zdenerwować, to staję się najbardziej wkurwionym człowiekiem świata. Rzucam mięsem na prawo i lewo, i nie waham się użyć przemocy fizycznej.

17. Do szczęścia nie potrzeba mi wiele. Wystarczy kawa, dobra książka/film/serial/muzyka i odcięcie się od rzeczywistości. 

18. Kiedyś bardzo przejmowałam się opinią innych ludzi. Ale po jakimś czasie zmądrzałam i kolokwialnie rzecz biorąc, mam wyjebane na opinie innych. 

19. Jestem średnim dzieckiem, mam 2 starszych braci, starszą siostrę i młodszą siostrę. Z tego powodu bardzo szybko musiałam nauczyć się zaradności i samodzielności. A z rodzeństwem mam dobre relacje, zdarzało się kłócić w młodości, ale teraz jesteśmy już dorośli (prawie wszyscy) i możemy na siebie liczyć. 

20. Swoich bliskich przyjaciół traktuję na równi z rodziną. Jestem w stanie zrobić dla nich niemalże wszystko.

21. Mam gitarę klasyczną i przez wakacje próbowałam nauczyć się na niej grać. Trochę nawet umiem, nic wielkiego, ale lubię sobie czasem usiąść i pograć "Wonderwall" albo "Little black submarines". 

22. Cierpię na ciężki przypadek prokrastynacji. Nigdy nie chce mi się załatwiać spraw w terminie, zawsze odkładam wszystko na ostatni moment. 

23. Uwielbiam brytyjskie poczucie humoru.

24. Z bliskimi ludźmi mam już tyle inside jokeów, że w sumie można to nazwać osobnym językiem. 

25. Nauczyłam się, że nie warto obsesyjnie ścigać ludzi, którzy znikają z życia. Jak ktoś chce mnie zostawić, nie chce mieć ze mną już do czynienia, to mu na to pozwalam. Nie potrzebuję kogoś, kto nie potrzebuje mnie. 

26. Jestem dżentelmenem. Przepuszczam kobiety w drzwiach i pomagam im na każdym kroku. Ale pozwalam, by inni też mi drzwi otwierali, nie mam z tym problemu. 

27. Lubię rysować, pisać, tworzyć. Chociaż nie zajmuje mi to tyle wolnego czasu co kiedyś.

28. Moim zdaniem dorosłość polega na tym, że zdajesz sobie sprawę z konsekwencji swoich czynów. I jak coś spierdolisz, to umiesz się do tego przyznać, wiesz, że sam musisz to naprawić, bo nikt inny nie przyjdzie i nie zrobi tego za ciebie. 

29. Gimnazjum było dla mnie najgorszym okresem w życiu. Z wielu różnych powodów, byłam poza marginesem społecznym, często spotkałam się z przejawami nienawiści ze strony rówieśników, w domu też ciekawie nie było. Z tych czasów wzięła się moja depresja, która nadal czasem do mnie wraca, ale już w mniejszym stopniu. Za to liceum było najpiękniejszym czasem. I gdyby nie ci ludzie z liceum, to ciężko by ze mną było, jeżeli w ogóle bym jeszcze była. 

30. Wolę towarzystwo facetów niż kobiet. Przede wszystkim dlatego, że większość kobiet lubi gadać pierdoły o kosmetykach, facetach, zakupach i innych bzdetach, które mnie nie interesują. I są fałszywe. A z facetami żyję na zasadzie 'bros before hoes' i jest dobrze. Jak coś nam przeszkadza, to umiemy sobie to powiedzieć wprost, a nie plotkować za plecami. Z facetem wyjdzie się na piwo, szluga, pogada o konkretach. Uwielbiam facetów.

31. Jestem jednym wielkim failem życiowym, ale nauczyłam się z tym żyć i zamieniać minusy w plusy. Chociaż nadal smuci mnie mój fail jako bycie biseksualną, bo teoretycznie powinnam mieć większe szanse kogoś znaleźć, w praktyce ani faceci, ani kobiety się mną nie interesują. 

32. Uwielbiam mitologie ludów wszelakich. A już najbardziej nordycką, według której moim patronem jest Loki i to by tłumaczyło bardzo wiele na mój temat. 

33. Na horrorach zawsze się śmieję. Najbardziej ubrechtałam się chyba na "Teksańskiej masakrze piłą mechaniczną" i "Klątwie". 

34. Mało rzeczy jest w stanie mnie wystraszyć, bo jak byłam mała, to namiętnie oglądałam "Archiwum X", "Czynnik PSI", czytałam "Faktor X" i w zasadzie jestem obcykana jak mało kto w kwestiach paranormalnych zjawisk i innych pierdół.

35. Mam dziwny gust jeżeli o facetów chodzi. Nie podobają mi się ludzie z typowo hollywoodzką urodą. Ja wolę ciekawie brzydkich facetów, jeżeli wiecie o co mi chodzi. Właściwie to ja najpierw muszę pokochać czyjąś osobowość, duszę, żeby w ogóle się kimś zainteresować. (To samo tyczy się kobiet. Nie interesują mnie takie chodzące piękności. Pustki intelektualnej nie da się zastąpić makijażem.)

36. Nie lubię pozerów. I cwaniaczków. Wiem, że sama czasem bywam nieco arogancka i bezczelna, ale robię to z klasą i wyrafinowaniem. Wiem kiedy mogę sobie pozwolić na takie zagrywki. 

37. Uwielbiam czytać slash fice. Nie zliczę ile gejowskich historii się naczytałam w swoim krótkim życiu, ale było ich naprawdę sporo.

38. Lubię pić piwo i whisky. Wódka już mi tak nie służy, ale jak trzeba to i wódki się napiję. I bonus od natury: nigdy nie mam kaca, nie ważne ile wypiję. Mogę mieć lekkie skręty kiszek, ale łeb mnie nigdy nie bolał.

39. Nie stosuję makijażu, bo to dla mnie strata czasu i pieniędzy. 

40. Jestem trochę z zeszłego wieku. Zamiast chodzić na imprezy do klubów, wolę koncerty rockowe. Lubię chodzić po mieście z kumplami, siedzieć do późnej nocy w ulubionej kawiarni. Ogólnie wyznaję zasadę, że kiedyś było lepiej, tęsknię za czasami, w których nigdy nie żyłam.

41. Lubię uczyć się obcych języków. Angielski mam opanowany, wciąż go dopracowuję. Niemieckiego uczyłam się 6 lat z małym powodzeniem, czasem chcę do niego wrócić. Aktualnie próbuję uczyć się rosyjskiego na studiach. Marzy mi się jeszcze nauczyć szwedzkiego.

42. Uwielbiam kreskówki i filmy animowane. Kiedyś oglądałam różne animce i czytałam mangę.

43. W książkach/filmach/serialach największą sympatią darzę zwykle czarne charaktery. 

44. Widok krwi i wnętrzności mnie nie przeraża. Dlatego od małego wszyscy mi mówili, że kiedyś zostanę lekarzem, ale życie potoczyło się inaczej.

45. Nigdy nie miałam nic złamanego (pęknięte kości w palcach stopy i dłoni się nie liczą). Miałam za to wypadek, potrącił mnie samochód, gdy czekałam na zielone światło. Niewiele pamiętam z samego wypadku, obudziłam się w karetce i moim pierwszym pytaniem było, czy będę żyć. Okazało się, że jedynie łeb mam rozwalony. Trochę szwów i blizna mi została po całej tej akcji. Największą nieprzyjemnością był wszechobecny zapach krwi, której nie mogłam zmyć z włosów przed dłuższy czas i potem, gdy krwiak pod skórą zaczął krwawić i cały tydzień krew mi płynęła z rozwalonego łba.

46. Jestem artystą i boli mnie wszystko. Przez większość czasu. Czuję się też dekadentem, dzieckiem końca XX wieku. 

47. Uwielbiam Irlandię i Szkocję. Nie mam pojęcia dokładnie skąd ta faza mi się wzięła, ale miała bardzo duże nasilenie w liceum, gdzie co roku w dzień świętego Patryka, przychodziłam ubrana cała na zielono i śpiewałam irlandzkie rewolucyjne piosenki.

48. Czasem się zastanawiam jak by wyglądała męska wersja mnie. Taki mój genderbent. Pewnie byłby zajebisty. W sumie zawsze chciałam być facetem.

49. Uwielbiam baśnie braci Grimm. Ale takie oryginalne, nieocenzurowane, gdzie jest krew, przemoc i mało radosne zakończenia.

50. Rozczulam się nad małymi kotkami, pieskami, takimi zwierzątkami. Za to nie znoszę małych dzieci. Dzieci w ogóle. Irytują mnie. 

I to by było na tyle. Jest 50 faktów. Jak ktoś dotrwał do końca tego posta, to ma moje gratulacje. I jeżeli ktoś chce mi zadać jeszcze jakieś szczegółowe pytania, to proszę śmiało.