Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seriale. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seriale. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 lutego 2013

Being human is never easy.

Minął już miesiąc, zaczął się luty, a u mnie na blogu żadnych nowości. Tak wyszło. Jak się człowiekowi zachciało studiować, to musi pamiętać, że przychodzi taki czas w roku jak sesja i nie ma się na nic czasu. Ale dzisiaj nie o tym. Jakby kogoś to interesowało, to został mi jeszcze jeden egzamin do pokonania, gramatyka opisowa języka rosyjskiego. Ale to dopiero za parę dni, więc jeszcze można zajmować się głupotami. 

Właściwie przed sesją i w sesji mitrężyłam mile czas oglądając nowy-stary serial. Brytyjski oczywiście. Jak do tego wszystkiego doszło? Mały łańcuszek przyczynowo-skutkowy. Moja miłość do świata Tolkiena -> 'Hobbit' w kinie -> zaskakująco przyjemnej aparycji krasnoludy -> Aidan Turner -> moja faza, że jak już polubię aktora, to muszę obejrzeć wszystko w czym się pojawił. I takim oto sposobem przechodzę już do właściwej treści tego posta. 

Panie i panowie, jeżeli jeszcze nie widzieliście, to zachęcam do obejrzenia 'Being Human', wersji brytyjskiej (kanadyjsko-amerykańskiej nie widziałam, nie mam porównania, ale może kiedyś to nadrobię i zrobię porównanie). 


Bo bez obrazka poglądowego nie ma opcji omawiania tego cudnego dzieła. A więc zaczynamy. O czym jest ten serial? W skrócie, wilkołak, wampir i duch wchodzą do baru... Żarty żartami, ten serial złamie wam serce. Jak każda brytyjska produkcja, gdzie w jednej chwili płaczesz ze śmiechu, żeby w następnej wyć z bólu i miłości do fikcyjnych postaci. Wybaczcie, właśnie skończyłam ostatni odcinek 3 sezonu, ale nie będę spoilerować. To nawet nie jest koniec serialu, bo jest jeszcze 4 i 5 sezon, a ja już nie mogę się pozbierać. Ale już, niech to będzie w miarę przystępna recenzja tego, co do tej pory widziałam. 

Jak zwykle byłam sceptycznie nastawiona do serialu. Bo temat wampirów, wilkołaków, całego tego nadnaturalnego świata wydaje mi się już oklepany i wyeksploatowany do granic możliwości. I tu miła niespodzianka, bo takiej konwencji jeszcze nie widziałam. Mamy tu sympatycznego, nerwowego, piszczącego ze strachu wilkołaka, który przyjaźni się z groźnym wampirem (na tyle groźnym, że w stanie całkowitego wzburzenia z powodu zmian w programie telewizyjnym jest w stanie umyć wszystkie brudy w zlewie, a jak). Wilkołak George i wampir Mitchell są przykładem, że te dwie rasy są w stanie żyć w przyjaźni i braterskiej miłości. Przynajmniej ta dwójka, bo jak się później okazuje, ogólnie w serialu jest to dosyć problemowa kwestia. I tak George z Mitchellem wprowadzają się do domu, który ma już swojego stałego, niewidzialnego lokatora. Ale nie dla nich, gdyż jako że istoty nadnaturalne widzą siebie nawzajem na wskroś, komunikacja z przyjaznym duchem tragicznie zmarłej dziewczyny - Annie - przychodzi im bez problemów. Ta trójka szybko znajduje wspólny język i tworzy nietypową rodzinę. Tak jak pisałam na początku, wilkołak, wampir i duch wchodzą do baru... pełnego ludzi. I sami tymi ludźmi próbują być. Udawać. Odzyskać choć część utraconego człowieczeństwa. Tytułowe 'bycie człowiekiem' nie jest proste. Tym bardziej, gdy się już człowiekiem nie jest z jakiegoś technicznego punktu widzenia. Można być niematerialną istotą, echem tego kim się było i żyć pełnią życia dopiero po śmierci. Można uważać się za potwora, niegodnego ludzkich uczuć, bestię wyjącą do księżyca i jednocześnie być postrzeganym przez innych za najmilszego człowieka na tej ulicy. Można też być wiecznie uciekającym od swej przeszłości i grzechów cieniem człowieka i być zdolnym do bohaterstwa, na które nie zdobyłby się nikt inny.

O czym jest ten serial? Jak dla mnie to opowieść o kwintesencji człowieczeństwa. O tym, że każdy ma swoje tajemnice, każdy popełnia błędy, każdy błądzi i odnajduje właściwą drogę dzięki innym ludziom. O tym, że nie jest łatwo pozbyć się etykietki, którą przyklei ci społeczeństwo. I że nie warto tych etykietek przyklejać. Opowieść o przyjaźni, która zmienia na lepsze. O trudnych wyborach i konsekwencjach, które trzeba za nie ponieść. O tym, by doceniać te drobne, ledwo zauważalne momenty prawdziwej radości, bo nigdy nie wiadomo kiedy sprawy się pogorszą. A jak już się pogorszą, to nie można się załamać, bo po burzy zawsze wychodzi słońce. 

Zakochałam się w tym serialu. Nie żałuję, że odbiło się to nieco na moich ocenach, bo zamiast się uczyć, to siedziałam i oglądałam. Warto było. Dla takiej dawki emocji i tego wszystkiego, co w brytyjskich serialach jest najlepsze. Podobało mi się w jaki sposób przedstawiono relacje między bohaterami. Jestem wyczulona na detale, więc każde spojrzenie, każdy gest i słowo nie przeszło obojętnie. Wprawdzie będę trochę smutna, załamana nawet zabierając się do kolejnego sezonu, ale story goes on. Life goes on. Kolejna lekcja wyciągnięta z tego serialu. Chyba nie jestem dobra w recenzowaniu czegoś, co naprawdę mi się spodobało. Jest też trochę minusów, dziur w fabule i niewyjaśnionych zagadek wszechświata, ale dla mnie były nieistotne. Co jeszcze mogę powiedzieć? Nawet jak nie lubicie nadnaturalnych zjawisk i istot, warto obejrzeć 'Being Human'. Bo dawno nie oglądałam takiego serialu, który wywołałby u mnie tyle emocji i przeżyć. Dawno nie zżyłam się tak z fikcyjnymi postaciami. Są tak ludzkie, mimo że paradoksalnie ludźmi nie są. 

I to tyle na dzisiaj. Zbieram się do 4 sezonu i może jak czas pozwoli, to rzucę okiem na wersję kanadyjsko-amerykańską. Zobaczę ile zepsuli. Ich wersje brytyjskich seriali nigdy nie są tak dobre jak oryginały, ale czasem umieją zaskoczyć.

czwartek, 27 września 2012

Call a call girl.


A dzisiaj będzie o serialu, który mnie samą zaskoczył. 'Secret diary of a call girl', bo tak się nazywa, jest opowieścią o życiu ekskluzywnej londyńskiej dziewczyny na telefon. Mówiąc prostszym językiem - prostytutki. Serial ma 4 sezony po 8 odcinków, które trwają około 20 minut. Czyli w sumie niedużo. Szybko się ogląda i jeszcze szybciej wciąga w historię Hannah, która w ramach profesji przybrała przydomek Belle. Gra ją wspaniała Billie Piper, którą kocham i wielbię całym sercem i głównie dla niej zaczęłam to oglądać. Muszę przyznać, że ta aktorka miała wiele odwagi, by zagrać w serialu o takiej tematyce. Ale wbrew pozorom serial o prostytutce nie ogranicza się jedynie do scen łóżkowych (tudzież podłogowych albo jeszcze innych, w końcu seks można uprawiać prawie wszędzie). Życie dziewczyny na telefon nie należy do najprostszych. Nie można ot tak powiedzieć rodzinie i znajomym jaką profesję się wykonuje, Hannah woli wmawiać, że pracuje jako sekretarka na nocnej zmianie. To nie wzbudza podejrzeń i jest na tyle szare i nudne, że nikt nie drąży tematu. Jednak z biegiem serialowego czasu Hannah przekonuje się, że utrzymanie tajemnicy jest trudniejsze niż zwykle. Zauważa, że oddala się coraz bardziej od rodziny i najbliższego przyjaciela, gubi się we własnych kłamstwach. W końcu będzie musiała dokonywać poważnych wyborów i życie rzadko kiedy kończy się happy endem. 
Bardzo polecam ten serial, bo jest niesamowicie nakręcony i świetnie zagrany. Billie jest piękna (i bardzo działa na lesbijską stronę mojej natury). Ciekawym zabiegiem jest mówienie do kamery, główna bohaterka wypowiada refleksje na temat związków, seksu, ludzkiej natury. I nie jest to gadanie od rzeczy, ale naprawdę ciekawe spostrzeżenia. Muzyka też jest świetnie dobrana, a w 4 sezonie to już poszaleli na całego z soundtrackiem. 
Podsumowując, powinnam jakąś ocenę wystawić? Na filmwebie zaznaczyłam 8/10 i z czystym sumieniem mogę to tutaj powtórzyć. Serial bardzo mi się podobał i jak ktoś chce coś krótkiego, ciekawego i z lekką nutką pikanterii, to polecam. 

piątek, 21 września 2012

Zombie, zombie, zombie.


Człowiek człowiekowi wilkiem a zombie zombie zombie. Lubię filmy o zombiakach, a ostatnimi czasy pokochałam też i serial. Serial będący ekranizacją komiksu. Z ekranizacjami komiksów to różnie bywa, zwykle średnio, bo ciężko ten klimat przenieść na taśmę filmową. Czasami jednak się udaje i tak jest w tym przypadku.
'The Walking Dead' to jeden z tych seriali, które naprawdę uwielbiam i fangirluję straszliwie i aż do przesady. Zaczęłam oglądać, bo Norman Reedus się tam pojawia (a że jest na liście moich Ulubieńców, to całą filmografię muszę obejrzeć). Szybko jednak się wkręciłam w tę historię i czekam z niecierpliwością na kolejny, trzeci już sezon, który pojawi się w połowie października. O czym to jest i o co chodzi? Prosty schemat, zombie apokalipsa, survival, dużo headshotów, sporo dramy, trochę problemów natury emocjonalnej, jeszcze więcej zabijania, rzucanie mięchem, jedzenie wiewiórek, szukanie zaginionych dziewczynek i jeszcze więcej survivalu. Jednak tym co przykuło mnie do ekranu było nieco inne podejście do konwencji filmów o zombie. Tak jak i w komiksie nie chodzi o to, by przestraszyć, zrobić z tego horror, o nie. Wbrew pozorom to nie jest serial o żywych trupach tylko i wyłącznie. Znacznie bardziej jest to serial o tym jak to ludzie są popieprzeni. A najbardziej te ich najgorsze cechy wyłażą w chwilach kryzysowych. Jak na przykład zombie apokalipsa. Uwielbiam psychologiczne podejście i dlatego ten serial tak bardzo mi się spodobał. Bohaterowie nie stoją w miejscu, nie są prości jak konstrukcja cepa (na pierwszy rzut oka niektórzy mogą się tacy wydawać, ale wraz z rozwojem fabuły następuje też ewolucja postaci). Każdy był kiedyś zwyczajnym człowiekiem ze zwyczajnymi problemami, aż tu nagle wszyscy znaleźli się w sytuacji kryzysowej. I żeby przeżyć, trzeba chwytać się każdej możliwej metody. Pierwotne instynkty są silniejsze niż więzy rodzinne i społeczne. Nie ma czasu i miejsca na czułości, bo liczy się przetrwanie. A to nie jest taka prosta sprawa jakby się mogło wydawać. 
Ulubione postaci? Zdecydowanie Daryl Dixon. Nie tylko dlatego, że gra go Norman Reedus (i tej postaci nie ma w komiksie, ale Reedus był tak fajny, że dla niego w serialu zrobili wyjątek i chwała im za to). Daryl to postać złożona, ciekawa, najbardziej przykuwająca uwagę, gdy tylko pojawia się na ekranie. Uwielbiam jego przemianę z sezonu na sezon, dowiadujemy się coraz więcej i już nie patrzymy na niego tylko jak na typowego rednecka z Południa. O nie. Diabeł tkwi w szczegółach, które widać często dopiero jak się cały serial obejrzy drugi raz. To wtedy w jednej scenie zauważyłam blizny, które mogły świadczyć tylko o niezbyt wesołym dzieciństwie. I jego relacje z resztą grupy też pozwalają wyciągnąć sporo wniosków. Ale no spoilers, jak ktoś, kto oglądał będzie chciał podyskutować, to wtedy mogę się podzielić swoimi wnioskami. Na drugim miejscu ulubieńców znajduje się Rick Grimes grany przez Andrew Lincolna (pamiętam go z 'Love Actually' i miałam niezłego lola, że w tym serialu się pojawił). Bo Rick, honor i ojczyzna. Rick ma swój plan i najwięcej problemów na głowie. Głównie przez rodzinę. O ile uwielbiam Ricka, to jego żony Lori i syna Carla nie znoszę. Wygrywają na liście najbardziej irytujących postaci ever. I na podium z brązowym medalem dla faworytów ląduje Glenn, uroczy Azjata, chyba najmądrzejszy z całej wesołej paczki. Ciągle wygrywa castingi na najbardziej porąbane i niebezpieczne eskapady. Za to dla odmiany lista niezbyt lubianych: oczywiście Shane, zwany przeze mnie łysą mendą. Mendą był i pozostał. 
I to na tyle o postaciach, o fabule nie ma co się rozpisywać zbytnio. Pierwszy odcinek jest trochę nudny, powolny, ale to cisza przed burzą. Jak to wytrwacie to potem jest szalona jazda bez trzymanki. Jakbym miała na szybko napisać wprowadzenie do fabuły to proszę: Rick i łysa menda Shane są policjantami na akcji, Rick zostaje postrzelony, ląduje w szpitalu, zapada w śpiączkę, gdy się budzi to okazuje się, że na świecie zapanował zombieland, Rick chce wrócić do rodziny, 99 problems but a bitch ain't one, trafia do reszty ekipy tych, którzy przetrwali, radosna gromadka próbuje przeżyć, co takie proste nie jest. I to tak w skrócie. Znacznie lepiej się to ogląda niż opowiada. Także polecam wszystkim, którzy mają dosyć cukierkowatych i słitaśnych rzeczy o miłości i bólu egzystencjalnym nią wywoływanych. Jak chcecie czegoś mocnego, że tak powiem kolokwialnie 'z pierdolnięciem', to łapcie shotguna, kuszę, maczetę, czy nóż kuchenny i zapraszam do zombielandu w wersji 'The Walking Dead'.

PS. Komiks też polecam! Chociaż brak w nim Daryla, to historia toczy się nieco innymi torami i też jest fajnie.

I na koniec, znaj zombiaka swego:  


niedziela, 19 sierpnia 2012

"I'm holding cereal, I can't"


Zastanawialiście się kiedyś co się stanie, gdy wrzucić do blendera głupotę 'Kac Vegas', psychodelę 'Las Vegas Parano', doprawić brytyjskim humorem i posypać promieniami słońca Majorki? Powstanie wtedy 'Mad Dogs', czyli znów zmarnowałam wakacyjne popołudnia na oglądanie brytyjskiego serialu.
Szczerze, zabrałam się za tę produkcję z jednego prostego powodu. John Simm i Philip Glenister znowu razem na planie. Po 'Life on Mars' uznałam, że czemu nie, lubię ich serialową chemię. Dobrze im się razem gra, więc kolejny krótki serial nie zaszkodzi. I się nie zawiodłam, chociaż na początku byłam dosyć sceptycznie nastawiona (jak do wszystkiego w sumie zawsze jestem). Ale 'Mad Dogs' okazało się być bardzo sympatyczną produkcją, idealny serial do spędzenia gorącego letniego popołudnia ze szklanką soku pomarańczowego. Tylko uważajcie, bo można się tym sokiem zakrztusić ze śmiechu. Dawno takiej maniany nie oglądałam. Ale po kolei. 
Fabuła na początku jest dosyć prosta. Czwórka kumpli ze szkolnych lat wybywa na Majorkę odwiedzić wspólnego znajomego, który jest dosyć dzianym facetem i lubi wyrzucać każdemu co spieprzył w swoim życiu. Bohaterowie spędzają miło wakacyjny czas, smażą się na słońcu, włóczą po klubach, piją nadmierne ilości alkoholu i zasadniczo nie zwracają zbytnio uwagi na dziwne zachowanie gospodarza willi. Aż tu pewnego wieczora przy wspólnym kolacyjnym piwie atmosfera robi się nieco zbyt napięta, trochę za dużo słów zostało powiedzianych. Zanim jednak doszło do rękoczynów, naszych bohaterów odwiedza Tiny Blair (czyli karzeł w potwornej masce Tonego Blaira) i robi się dosyć krwawo i groteskowo. A potem to już konkretna maniana i bajzel. Czterech wesołków zostaje rzuconych w sam środek wielkiej afery związanej z handlem narkotykami, morderstwami, serbską mafią, skorumpowaną policją i wakacyjnym kacem. Nie tylko moralnym. 
Serial ma dwa sezony po 4 odcinki, które trwają około godziny. Ale i tak zbyt szybko mija, ja nie nudziłam się nawet minutę. Uśmiałam się jak głupia na paru akcjach typu: jak szybko schować trupa do zamrażarki? Uciąć mu stopy! Obsada jest genialna i dobrze zgrana, fabuła rozkręca się powoli przez pierwszy odcinek, ale po kulminacyjnym momencie wszystko zmienia się w chaos i piekło, i maniana maniana. Jak macie chwilę, wolne popołudnie, jest zbyt gorąco by wyjść na miasto i ogólnie jedyne co chcecie, to kawał dobrej rozrywki - polecam. Na tym serialu nie da się nudzić. 

Na koniec trailer C: Bo tego się nie da opowiedzieć, to trzeba zobaczyć:

 
(A z innych spraw, to już moje zboczenie zawodowe - uwielbiam wyłapywać momenty, gdy John Simm ujawnia swój północny akcent. Przeurocza sprawa.)  

niedziela, 5 sierpnia 2012

I'm happy, hope you're happy too.


Czas na kolejny serial. Obejrzałam 'Ashes to Ashes', bo chciałam się dowiedzieć co się stało z Samem Tylerem. No i się dowiedziałam. Chciałam też potwierdzić swoją teorię i wyszło, że miałam rację. Ale po kolei. Serial jest kontynuacją, spin-offem do 'Life on Mars' i jak każda kontynuacja ma swoje wady i zalety. Tym razem główną bohaterką zostaje Alex Drake, profiler z Londynu. Alex dostaje headshota i budzi się w roku 1981. Szalone lata osiemdziesiąte. Na początku nie podobało mi się przeniesienie akcji z Manchesteru do Londynu, potem jakoś się przyzwyczaiłam i nawet polubiłam ten Londyn. Bohaterka próbuje zrozumieć co się z nią stało, ale ma już trochę przetartą ścieżkę, bo studiowała przypadek Sama i jest świadoma, że otaczający ją świat jest wytworem jej umysłu (ale czy na pewno?). Walczy, żeby wrócić do swojego czasu, do swojej córki i ta walka całkiem nieźle jej idzie. Potem fabuła zbiega na nieco inne tory, których nawet ja nie rozumiałam, aż do ostatniego odcinka serii, gdzie wiele się wyjaśnia. 
Ciężko mi powiedzieć, czy podobało mi się to co oglądałam. Z jednej strony tak, bo miło znów zobaczyć starą ekipę, genialny Gene Hunt, Chris, Ray i nowa w ekipie Shaz, która od razu zdobyła moje serce. Ale z drugiej strony, to co się stało z postaciami... Jest inaczej, bardzo. Gene nie jest już taki sam, zrobił się trochę bardziej zgorzkniały (pewnie przez brak Sama). Chris przestał już mnie tak bawić, coraz bardziej irytował. Co mnie bawi i przeraża zarazem, to polubiłam Raymondo. Serio. Myślałam, że taka z niego menda nie do ogarnięcia, a tutaj zaczął mnie przekonywać i nawet mu współczułam. A moim faworytem został Jim Keats, pojawia się w trzecim sezonie i robi sporo zamieszania, i na dodatek jest czarnym charakterem. Ale ja zawsze mam słabość do tych złych, zwłaszcza jak są genialnie zagrani. Co do głównej bohaterki, zdobyła moją sympatię, chociaż nie umywa się do Sama Tylera. Wolę lata siedemdziesiąte niż osiemdziesiąte. Wolę 'Life on Mars' niż 'Ashes to Ashes'. Ale jak mówiłam, obejrzałam z ciekawości. Nie żałuję, bo serial jest dobry, wymaga znajomości poprzednika, by wszystko w pełni zrozumieć. Moim ulubionym zajęciem było wyłapywanie paraleli, momentów, w których Gene musiał przypominać sobie o Sammym. Trochę tego było. A zakończenie - genialne. Czułam od początku, że takie będzie rozwiązanie i się nie myliłam. Nie będę mówić co i jak, ktoś będzie chciał obejrzeć, to sam się dowie. Co jeszcze mogę napisać? Może to, że 'A2A' jest bardziej psychodeliczne niż 'LoM'. Zdecydowanie, więcej tutaj creepy, disturbing momentów. Jest trochę bardziej mrocznie i to mi się podobało. Za dużo napisać nie mogę, bo zepsułabym frajdę z oglądania. Także na sam koniec napiszę, jeżeli podobało się Wam 'Life on Mars' i chcecie się dowiedzieć co dalej z Samem i resztą ekipy - obejrzyjcie koniecznie 'Ashes to Ashes'. Możecie się trochę zdenerwować, ale wiedza zawsze jest lepsza od braku wiedzy. A co do mnie, to już nigdy nie posłucham piosenek Davida Bowie bez wspominania tych seriali. 

I już na sam koniec, bardzo fajne zdjęcia promocyjne: 


poniedziałek, 30 lipca 2012

Is there a life on Mars?


 Dzisiaj będzie o jednym z lepszych seriali jakie ostatnio oglądałam. Wprawdzie 'Life on Mars' powstało w 2006 roku, ale dopiero w ten łikend miałam chwilę, by obejrzeć całość. I nie żałuję. Słowem wstępu, czyli o czym to jest, o co w ogóle chodzi? Jest to brytyjska produkcja (co zaznaczam i podkreślam, bo nie każdy lubi klimaty brytyjskich seriali, to specyficzne, absurdalne poczucie humoru) opowiadająca o losach policjanta Sama Tylera, który w pogoni za mordercą ulega wypadkowi samochodowemu i ku swojemu wielkiemu zdziwieniu ląduje w roku 1973. Dziwne nie? A to dopiero początek. Okazuje się bowiem, że jego przebudzenie w latach 70 (jedna z najlepszych serialowych scen, ta kolorystyka, piosenka Davida Bowie w tle, no magia) nie wyklucza tego, że gdzieś tam indziej jest nadal obecny. Jak sam opowiada w intro do odcinka "Am I mad, in a coma, or back in time? Whatever's happened, it's like I've landed on a different planet. Now, maybe if I can work out the reason, I can get home." 
I do końca serii właściwie nie wiadomo, co jest prawdą. Sam ma przewidzenia, rozmawia ze sprzętem RTV (czy raczej to sprzęt RTV przemawia do niego w najbardziej nieoczekiwanych momentach głosami rodziny i bliskich znajomych - zupełnie jakby siedzieli przy jego szpitalnym łóżku). Wszystko wskazywałoby na to, że jednak jest w roku 2006, ale w śpiączce i cały ten świat, który go otacza, cały rok 1973 jest jedynie wytworem jego umysłu. Jednak w ostatnim odcinku jest sporo niespodzianek i kolejna magicznie smutna scena, które burzą ten domysł. Jak jest naprawdę? Twórcy serialu zostawiają widzom pole do popisu. 
I tak krótko postarałam się streścić co jest główną osią serialu. 'Szaleństwo' Sama, który nie wie gdzie jest, kim jest i jak wrócić do domu (a później także, co właściwie jest dla niego domem). 
Może faktycznie na pierwszy rzut oka nie wydaje się to zbyt interesujące i warte obejrzenia, też miałam mieszane uczucia zaczynając ten serial, ale po dwóch odcinkach nie mogłam się oderwać od monitora. 
- po pierwsze, bohaterowie: są wyraziści, charakterni, da się ich polubić (albo znienawidzić). Byłam pełna podziwu dla Sama, rzucony brutalnie w całkowicie obcą mu rzeczywistość, nie poddawał się, walczył, stawiał na swoim, kłócił, próbował wyperswadować swój punkt widzenia (co nie było łatwe, spróbujcie wytłumaczyć komuś w latach 70 nowoczesne metody prowadzenia śledztwa, gdy wtedy normalne było przymknąć pierwszego lepszego zbója za krzywe spojrzenie, byle pozbyć się sprawy). Przy całym tym uporze, Sam był też ludzki, często widzimy go w momentach załamania, gdy płacze i tęskni za tymi, których zostawił w 2006 roku. Kolejną moją ulubioną personą był Gene Hunt, nadkomisarz w 1973 roku, typowy szeryf na posterunku. Nie lubi zbędnej gadaniny, a najlepszą metodą przesłuchiwania bandziora jest danie mu solidnie po gębie, aż zacznie skamleć i przyznawać się do winy. Jak łatwo się domyślić Gene i Sam byli tzw. dynamic duo tego serialu. Ich burzliwe relacje świetnie się oglądało. Od zwykłych złowrogich spojrzeń rzucanych przez posterunek, aż po szarpaniny, lanie po pyskach, szarpanie za fraki i ustawianie pod ścianą. I dużo naprawdę twórczych wyzwisk. Ale zawsze było widać, że się lubią, pomimo całkowicie różnych światopoglądów i podejścia do życia. I to były moje dwie ukochane postaci, chociaż reszta ekipy z posterunku też była warta zapamiętania. Jak Chris, który swoją pocieszną głupotą umiał rozładować każdą stresującą sytuację. Albo Ray, którego nie znosiłam od samego początku i zawsze życzyłam jak najgorzej. I na końcu Annie, która wprawdzie irytowała mnie swoim piskliwym głosem i niezdecydowaniem w niektórych momentach (siedziałam całe 2 sezony mrucząc pod nosem "Kiss him! Right now! Nooooo!"), ale ostatecznie była sympatyczną kobietą, która musiała ciężko zapracować na szacunek jako policjantka i detektyw w środowisku, gdzie kobiety, kolorowi i zagraniczni nie byli mile widziani.
- po drugie, klimat: i mam tu na myśli sposób w jaki wykreowano lata 70 w Manchesterze. Zakochałam się w akcencie z Manchesteru, w tym charczącym rrr, wymawianiu 'o' lub 'u' w miejsce 'a', w tej melodyjnej intonacji. Tak cudownie brytyjsko. Kolorystyka też jest miła. Miejsca kręcenia też ładnie wybrali, bardzo klimatyczne uliczki w tym mieście są. I ubiór bohaterów też fajny (bezbłędna stylówa Sammiego, te spodnie dzwony, czarna skórzana kurtka i buty C: ). I tamtejsze samochody! A no i muzyka oczywiście. Muzyka z lat 70 jest wspaniała. Warto też wspomnieć, jak w jednym odcinku, Sam spotyka wokalistę T.Rex w jednym z klubów i nie może się oprzeć przed małym fanboyowaniem. W końcu każdy by chciał cofnąć się w czasie i spotkać swoich idoli, prawda? Kończąc o klimacie, ciężko mi go konkretnie sprecyzować, ale serial jest przesycony brytyjskością, tym poczuciem humoru opartym na absurdzie i żartach językowych, które ciężko przetłumaczyć. To się albo kocha, albo nienawidzi. 
- po trzecie, psychodeliczność: ano właśnie. Bo miałam takie wrażenie, lekkiej psychodeli w tym serialu. Główny bohater nie wie czy zwariował, jest w śpiączce, czy też faktycznie podróżuje w czasie. I widz też nie ma najmniejszego pojęcia jak to wszystko wytłumaczyć. I to mi się właśnie podobało. Uwielbiam niedomówienia i miejsce na własną interpretację. I było kilka scen, które określiłabym miarą "disturbing as hell". Zwłaszcza dziewczynkę wychodzącą z telewizora i nie, to nie miało nic wspólnego z 'Ring'. Ta dziewczynka była o wiele bardziej przerażająca (i głowiłam się do końca, dlaczego Sammy dla świętego spokoju nie mógłby wyłączać TV przed pójściem spać, tyle nerwów by mu to oszczędziło).
- po czwarte, John Simm jako Sam Tyler. Uwielbiam tego aktora, pokochałam go w roli Mastera w 'Doctor Who'. Potrafi zagrać każdą emocję i nie widać w niej sztuczności. I jak płacze na ekranie, to ja mu współczuję, a nie mam chęć się roześmiać (tak, jestem potworem, ale większość scen z płaczącymi ludźmi jest tak fałszywa, że aż dla mnie śmieszna). 
- po piąte... nie wiem co jeszcze mogę napisać. To raczej nie jest serial dla kogoś oczekującego 'sensacyjnej rolady mięsnej' pełnej postrzałów, wyścigów i wybuchów. Akcja toczy się tu w miarę spokojnym tempem, wszystko jest bardzo oniryczne w pewnych momentach, niekiedy magiczne, albo do zastanowienia (tu sporo zasługi otrzymuje rastamański właściciel pubu, Nelson, który jak już coś powie - to powie). Mnie się to wszystko bardzo podobało i teraz będę oglądać kontynuację, czyli 'Ashes to Ashes'. Jednak jeżeli chcecie kawałek dobrego brytyjskiego kina, lekko ryjącego beret, przy którym możecie się uśmiać jak nigdy i nawet trochę popłakać (jeżeli jesteście tak emocjonalnie nastawieni jak ja, bo płakałam na ostatnim odcinku), to polecam. Warto obejrzeć, naprawdę warto. Nie jest to długi serial, ma 2 sezony po 8 odcinków, każdy odcinek trwa około godziny. 

Na zakończenie moi ulubieńcy i ukochany pojazd (który przeżył wjechanie w kartony)