piątek, 21 września 2012

Jesień, seriale, herbata.

Jeszcze wczoraj pogoda była bardzo jesienna. Pochmurno, zimno, wieje, trochę pada. A dzisiaj wstaję rano i wita mnie piękne słońce. Ale nadal jest dosyć zimno i wieje. W końcu to Kielce, tu zawsze tak jest. Czuć jesień w powietrzu, liście lecą z drzew. A skoro jesień to już niedługo czeka mnie rychły powrót na kochaną uczelnię. Trzeba będzie odkopać zeszyty do gramatyki opisowej języka rosyjskiego i PNJR. Przyzwyczaić się na nowo do wstawania skoro świt i wracania późną porą głodnym i zmęczonym. Niezapowiedziane kolokwia i poprawki, zarywanie nocy dla dobrych ocen. A w tym roku chcę mieć jak najlepsze te oceny, może trochę powalczę o jakieś stypendium i wyjazd na wymianę do Moskwy. Oj bardzo bym chciała, zobaczymy na ile pozwoli mi mój słomiany zapał do wszystkiego. 
Są też dobre strony jesieni. Zaczynają się seriale. Dużo seriali. O niektórych mam zamiar wspomnieć jeszcze w kilku(nastu?) notkach. Raczej nie będę pisać o oczywistych oczywistościach, które każdy oglądał (vide doktor Grzesio Dom, który dla mnie skończył się gdzieś koło 3 lub 4 sezonu), raczej pozwolę sobie na reklamę produkcji bardziej undergroundowych. Albo takich, które w moim przekonaniu się takie wydają. I będą to raczej zagraniczne produkcje, bo nie lubię polskich seriali. Zwykle są to tasiemce bez ładu i składu, pełne głupich rozwiązań fabularnych i koncentrujące się tylko na tym kto z kim i dlaczego. Nie lubię takich pierdół. Owszem, czasami są dobre do odmóżdżenia, gdy chce się posiedzieć, obejrzeć i nie myśleć. Ale to zupełnie nie moja bajka. Jeśli ktoś zna jakiś dobry serial polskiej produkcji, który nie będzie żenadą i parodią, to byłabym wdzięczna za info. A wracając do samych seriali, to są wdzięcznym umileniem życia jesienno-zimowego. Tak samo jak herbata. Gdy na zewnątrz pogoda taka, że nawet się wyjść nie chce po zakupy, to miło usiąść przed monitorem, włączyć ulubiony serial i popijać ciepłą herbatę z miodem. Idealna regeneracja po ciężkim dniu. Może jeszcze dzisiaj napiszę kolejnego posta o jednym z moich ulubionych seriali, którego trzeci sezon zacznie się w październiku. Jak wena przyjdzie.
Z zupełnie innej parafii, zdarzyło wam się kiedyś, że mieliście przyjaciela/przyjaciółkę/kolegę/koleżankę/znajomego/znajomą, z którym/którą dogadywaliście się jak z nikim innym, byliście jak zaginione rodzeństwo, bratnie dusze... A potem ten ktoś znalazł sobie kogoś innego, wdał się w związek i już o was totalnie zapomniał? Bo mi to się przytrafia aż za często. Trochę podle się z tym czuję, że jestem dla kogoś na wyłączność, zawsze gotowa żeby pogadać, coś doradzić, pomóc w razie potrzeby i nie oczekuję za to nic. No może odrobinę wdzięczności. A potem nagle kontakt się urywa. Smutne to. 

Tak czy inaczej, czas na herbatę.


niedziela, 16 września 2012

But I'm an introvert!


Dzisiaj trochę spokojniej. Wczoraj byłam głodna i zła. Bo jak Słowianin jest głodny, to jest zły. A jak jest zły, to hejtuje wszystko i wszystkich. Z sobą na czele. I innymi. Mniejsza o to, mam nadzieję, że nikt się na mnie śmiertelnie nie obraził, bo tego bloga trzeba czytać z przymrużeniem oka. Ogólnie lepiej się żyje, gdy się traktuje wszystko z lekkim dystansem i uśmiechem, ale to temat na inny wpis. Dzisiaj podróżując na syntezatorze razem z rudym kotem, przemierzając tak bezmiary internetu, trafiłam na poradnik jak traktować introwertyków. Sama jestem introwertykiem, więc pomyślałam, czemu by o tym nie napisać. Zatem do dzieła. W punktach.

1. Respektuj ich potrzebę prywatności.
To bardzo ważne. Każdy ma potrzebę prywatności, ale introwertycy mają jeszcze większą. Nie lubimy jak ktoś wpada nam do pokoju bez pukania, bez zapowiedzi. Albo wpycha się bezczelnie w nasze sprawy, nawet w dobrej intencji. Z nami trzeba delikatnie, bo nie lubimy się uzewnętrzniać przed byle kim i byle jak. Chowamy wszystko do środka, do siebie, co na zdrowie nam nie wychodzi, ale tak już mamy. 

2. Nigdy nie zawstydzaj ich publicznie. 
Nie musisz, bo my sami siebie najlepiej zawstydzamy i robimy wiochę. No, seriously. Tutaj dużo rozpisywać się nie trzeba, nikt nie lubi publicznego przypału, a introwertycy nie lubią jeszcze bardziej. Wydaje mi się, że to główna zasada, ktoś czegoś nie lubi, a introwertyk nie lubi tego jeszcze bardziej.

3. Pozwól im najpierw poobserwować, kiedy znajdą się w nowej sytuacji.  
Bo jesteśmy tacy, że najpierw obserwujemy, myślimy, a dopiero potem mówimy i działamy. Nie wymagaj od introwertyka, żeby od razu złapał bluesa. Niech sobie trochę pokontempluje i osądzi, czy chce brać w czymś udział, czy też nie. Będzie ci za to bardzo wdzięczny.

4. Daj im czas na przemyślenie kwestii. Nie wymagaj nieustannych odpowiedzi.  
Bardzo mocno związane z poprzednim punktem. Kwestia najpierw myślę, potem działam.

5. Nie przerywaj im.  
Bo jak już zaczniemy mówić, oczywiście po dokładnym przeanalizowaniu tematu, to nie lubimy, gdy nam się przerywa. Zwykle tracimy wtedy wątek, chęć do dalszej rozmowy, czujemy się zignorowani i koniec. Przestajemy mówić, a ktoś myśli, że się obraziliśmy. Trochę tak, ale bardziej jest nam przykro. 

6. Powiadom ich wcześniej o możliwych zmianach w ich życiu.  
Zmiany są złe i dobre. Bywa różnie. Ale jak się już z kimś umówisz na coś, to lepiej dotrzymywać słowa i terminów. Nienawidzę jak ktoś mi w ostatniej chwili mówi, że jednak się nie spotkamy, że jednak nie zrobi czegoś tam, że plan nie wyjdzie i tak dalej. 

7. Uprzedzaj ich z piętnastominutowym wyprzedzeniem nim zawołasz na obiad lub poprosisz o zajęcie się czymś, by mogli spokojnie dokończyć to, co aktualnie robią.  
Bo nikt nie lubi rzucać pracy w połowie i zajmować się czymś innym, a potem znów wracać do przerwanego zajęcia. Wtedy się już po prostu nie wie, gdzie się skończyło, zaczęło i czy wszechświat nadal istnieje. Zwłaszcza nie lubię jak ktoś mi przerywa prace artystyczne. Gdy jestem w połowie rysunku albo pisaniny. Ciężko mi potem znowu wrócić do tego świata.

8. Udzielaj im reprymendy na osobności.  
Ten punkt wiąże się z punktem numer 2. Ale to chyba większość tak ma, że woli skargi i zażalenia rozpatrywać bez niepotrzebnych świadków.

9. Ucz ich nowych rzeczy, kiedy jesteście sami, a nie przy innych. 
Tego punktu trochę nie rozumiem, szczerze powiedziawszy. Może chodzi o to, że ciężko się skoncentrować, gdy dwadzieścia osób patrzy ci na ręce. Coś w tym stylu. A jak ktoś na dodatek jest introwertykiem, to już w ogóle. 

10. Umożliw im znalezienie jednego najlepszego przyjaciela z podobnymi zainteresowaniami i zdolnościami; wspieraj tę relację, nawet jeśli przyjaciel się przeprowadza.  
Kolejny trochę dziwny punkt, ale pewnie ma to jakiś sens. Pozwól introwertykowi mieć swój świat i swoje kredki, i jak znajdzie sobie kogoś pasującego do tego świata, to nie próbuj tego zmieniać. 

11. Nie naciskaj ich, aby mieli mnóstwo znajomych.  
Bo nie każdy jest ekstrawertykiem i dobrze się czuje w większym gronie. Introwertykowi wystarczy parę osób, które zna bardzo dobrze, z którymi już się oswoił (bardzo dobre słowo, oswoić, nawiązania do 'Małego Księcia' anyone?). I będzie szczęśliwy. Nie musi wychodzić w każdy łikend na wielkie imprezy z głośną muzyką, mnóstwem alkoholu i przypadkowych znajomości. Introwertyk woli posiedzieć w samotności, naładować baterie. To jest główna różnica, ekstrawertyk ładuje baterie socjalizując się z ludźmi, a introwertyk ładuje baterie izolując się od ludzi. Przebywanie z ludźmi go wyczerpuje. 

12. Respektuj ich introwertyzm. Nie próbuj przerabiać ich na ekstrawertyków.  
Bo tego już się zmienić nie da. Introwertyk pozostanie nim zawsze i wszędzie. Owszem, może czasem wyjść na większą imprezę, może przebywać z kimś całą dobę i w ogóle, ale po jakimś czasie stanie się nie do wytrzymania. Będzie narzekał, stanie się gnuśny i złośliwy. Wiem to po samej sobie. Gdy zbyt długo przebywam z ludźmi, nawet z tymi, których bardzo lubię, to staję się wredną, złośliwą mendą. Kąsam jadowicie i wiem o tym, ale nic z tym zrobić nie mogę. Potrzebuję chwili dla siebie. Choćbym kogoś kochała wielką miłością i tak bym prędzej czy później musiała mieć dzień wolnego od tej osoby. Żeby się zregenerować i móc funkcjonować dalej.

Zatem bądźcie wyrozumiali dla introwertyków w swoim otoczeniu, bo gdy nie są zmęczeni ludźmi, to naprawdę wspaniali kompani. Tylko czasem potrzebują chwili świętego spokoju. 

I przydałby mi się taki oto kubek, na chwile, gdy chcę pobyć trochę sama z książką:

  

wtorek, 11 września 2012

Bi the way.


Wreszcie skończyłam tygodniowy maraton związany z malowaniem pokoju i mam chwilę, żeby napisać coś nowego na blogu. Dla ciekawskich, mój pokój jest aktualnie w kolorze TARDIS blue. Pięknie jest. I tak sobie myślałam o czym by tu napisać. Myślałam o jakimś serialu, który obejrzałam, ale ostatecznie wybrałam temat bardziej osobisty. Biseksualizm. Czary i magia. Pobawię się w pogromców mitów, bo na temat biseksualizmu krąży sporo opowieści dziwnych treści, nie zawsze prawdziwych, a w większości są to kompletne bzdury. 

Zaczynamy. A więc jestem biseksualna, tak. Nie, nie wybierałam orientacji, to nie jest kwestia wyboru, mody, chęci zwrócenia na siebie uwagi czy narobienia szumu. Taka się już urodziłam. Kiedy to zauważyłam? No cóż, od czasu burzliwego okresu dojrzewania moją uwagę przykuwali i faceci, i dziewczyny. I nie uważałam tego za coś dziwnego czy złego. Dla mnie była to najnormalniejsza rzecz na świecie. Ale to jest tak, że ja nie widzę płci, ja widzę człowieka. Podoba mi się osoba, nie jej genitalia. Jak ktoś jest niesamowity i potrafi mnie sobą zainteresować, to nie ma dla mnie znaczenia jakiej jest płci. I to jest chyba dla mnie kwintesencja biseksualizmu. I tyle o mnie. Czas na pogromców mitów. 

1. Biseksualiści to chciwe mendy, bo w końcu mogą mieć i faceta, i dziewczynę.
Oczywiście, jesteśmy chciwymi mendami i chcemy przelecieć wszystko co się rusza. Bollocks! Nigdy nie zrozumiem tego myślenia, że jak ktoś jest bi, to znaczy, że prześpi się z każdym zawsze i wszędzie. Głupota. Orientacja nie ma wpływu na to czy ktoś lubi szaleć ze wszystkimi czy też nie. 

2. Biseksualista prędzej czy później cię zdradzi. 
I kolejny dziwny wymysł związany z punktem numer jeden. Powtarzam znów, orientacja nie ma nic do tego. Homo, hetero czy bi. Każdy może zdradzić. Bycie bi nie sprawia, że od razu ma się chęć kogoś zdradzić. 

3. Biseksualne kobiety istnieją tylko po to, by spełnić erotyczne marzenia facetów o trójkącie.  
Chyba mój ulubiony mit. Czasami mam wrażenie, że trójkąt w łóżku to marzenie każdego przeciętnego faceta. Pewnie tak jest. Ale można mieć dosyć takich propozycji. To że jestem kobietą i jestem biseksualna nie oznacza, że też pragnę brać udział w pysznych trójkącikach. O i od razu przypomnę wam, drodzy panowie, że trójkąt z dwiema lesbijkami też nie wypali. Bo wiecie, one wolą siebie nawzajem, nie potrzebują do tego jeszcze faceta. Nigdy nie próbuj nawracać lesbijki penisem. Lesbijka nie ma chęci pójścia z tobą do łóżka, tak samo jak ty, heteroseksualny facecie, raczej nie miałbyś chęci przespać się ze swoim kolegą. 

4. Nie ma biseksualnych facetów.   
Owszem są. Tylko dobrze się ukrywają, bo w naszym kochanym społeczeństwie nie mogliby liczyć na święty spokój i poszanowanie swojej orientacji. Wolą być z kobietami (nawet jeżeli skrycie woleliby facetów) i nie narażać się na ostracyzm społeczny. Z tego samego powodu sporo biseksualnych kobiet wybiera związki z facetami. Widzicie jak to społeczeństwo niszczy. 

I skończyły mi się pomysły, co tu jeszcze za głupie głupoty ludzie mówią o biseksualnych. Czas na powrót do moich życiowych doświadczeń. Co mnie trochę boli i smuci, to że biseksualiści zawsze są zbyt homo na kręgi hetero, a jednocześnie zbyt hetero na kręgi LGBT. Wkurza mnie też, że lesbijki boją się umawiać z biseksualistkami, bo obawiają się, że te drugie zostawią je dla faceta. Z kolei faceci będą widzieć w biseksualistkach jedynie spełnienie swoich erotycznych marzeń o pysznym trójkąciku. Nie jest łatwo i można się w tym wszystkim pogubić. 
Przypomniała mi się jeszcze jedna rzecz. Bycie bi nie oznacza, że się lubi każdą płeć po równo, 50/50. Skala Kinseya pokazuje, że bywa różnie, kolorowo i podłużnie. W ogóle według tej skali większość ludzi jest w mniejszym lub większym stopniu biseksualna, ludzi czysto homo lub hetero jest niewiele. Tak czy inaczej, ja zaliczam się do tych bi, które bardziej wolą kobiety niż facetów. Przekonało się o tym kilkoro chłopców, których musiałam wyrzucić z łóżka, gdyż albowiem w ogóle mnie nie kręcili. No i mam tego pecha, że zwykle podobają mi się dziewczyny hetero i geje. Także jeżeli ktoś sądzi, że biseksualizm jest cudowny, niech to jeszcze raz przemyśli, bo każde błogosławieństwo może szybko stać się przekleństwem. Ale ogólnie nie jest źle. Mój coming out mam już dawno za sobą, ludzie różnie to przyjmowali. W większości dobrze, chociaż niektórzy nadal robią sobie niezbyt wesołe dla mnie żarty i żarciki o pysznych trójkącikach. Nic mnie tak nie wkurza. Czasem męczące też bywa bycie jedynym tęczowym osobnikiem w całej wsi. Gdy nie mogę z kimś swobodnie porozmawiać, bo będzie mnie widział jedynie przez pryzmat orientacji. Miejmy nadzieję, że będzie lepiej. I któregoś pięknego dnia, będę mogła spokojnie przejść się po mieście trzymając ręce z dziewczyną moich marzeń. Bez obaw, że będziemy budzić powszechną niechęć, bez wytykania palcami, bez wyzwisk. Mam taką cichą nadzieję, że kiedyś ludzie przestaną widzieć tylko orientację, że zaczną widzieć człowieka. Nie ważne jakiej płci, orientacji, koloru skóry, wieku, wyglądu. Po prostu osobę, która zasługuje na szacunek. I tym optymistycznym akcentem kończę tego posta. Jakieś pytania? Sugestie, co do mitów? Cokolwiek? Piszcie, jeśli chcecie. 

I moje ulubione bi-wyznanie:


  
 

niedziela, 26 sierpnia 2012

Coffee&Cigarettes


Nikt nie jest idealny. I w sumie to nawet dobrze, przynajmniej życie jest trochę ciekawsze. A jeżeli o mnie chodzi i moje nałogi, to trochę tego jest. Najważniejszy to kawa i papierosy. Tak jak w tym filmie Jarmusha, który uwielbiam, chociaż w tym momencie większość zarzuci mi totalne hipsterstwo, bo to taki hipsterski film. Ale mam to gdzieś. 
Śniadanie mistrzów, kawa i papierosy. Zanim zabiorę się za rysowanie/pisanie muszę zapalić i wypić kawę. Na dobranoc też zigaret. Nałóg czy już styl życia, który kiedyś mnie zabije? Możliwe. Ale staram się o tym nie myśleć. 
Lubię, gdy trujący dym rozlewa mi się w płucach, lubię przepić tę gorycz jeszcze bardziej gorzką kawą. To mnie uspokaja w najgorszych sytuacjach. Zatrzymuję się, zbieram siły na kolejną ciężką przeprawę ze światem. To chwile samotności, które tak bardzo cenię. Tylko ja, moja kawa i mój papieros. 
Ale w towarzystwie też lubię zapalić. W kawiarni. Też kawa. Też papierosy. Ludzie, których już trochę znam. Czasami się wymieniamy, ja częstuję swoimi, oni swoimi. Czasem ktoś skręci szluga z waniliowym tytoniem, który jest świetny. I tak możemy siedzieć i rozmawiać o wszystkim. Bez końca właściwie. 
Albo gdy stoję pod uczelnią, słuchawki w uszach, odpalam papierosa i próbuję zrozumieć co się dookoła dzieje. Czasem ktoś podejdzie i poprosi o ogień. Czasem wyjdę z ludźmi z filologii albo biznesu zapalić i wymienić się notatkami, wiadomościami, plotkami. Bywa i tak, że wbiję się w rozmowę zupełnie obcych ludzi, ale łączy nas tylko to, że razem stoimy i palimy po kątach. Masoneria papierosa. Tyle znajomości nabyłam tylko przez samo wychodzenie na szluga. Palacze zawsze mogą się dogadać. Niepalący nie zawsze to rozumieją. Czuję się tak bardzo nie z tego wieku. Odnalazłabym się w XX wieku, gdy nie było wszędzie zakazów palenia, gdy ludzie byli nieco bardziej prawdziwi, mniej cyfrowo mechaniczni.
Żeby nie było, nie namawiam nikogo do palenia, ale też nie zniechęcam. Po prostu dzielę się swoimi nałogowymi doświadczeniami. Czy żałuję, że zaczęłam palić? Nie. Czy będę tego żałować za kilkadziesiąt lat? Kto wie. Może tak, może nie. 
Taki mam dzisiaj dziwny, pochmurny, deszczowy dzień i za dużo myślę. Piję za dużo kawy. Słucham za dużo smutnych piosenek. To wszystko. A teraz idę zapalić. 

piątek, 24 sierpnia 2012

Dziwny kraj, dziwni ludzie.

Jestem człowiekiem, który połowę swego życia spędza w pociągach i autobusach. Trochę przesadzam, ale jednak sporo czasu marnuję w środkach transportu. I jak to zwykle bywa często spotykam się z różnymi, dziwnymi ludźmi. Tak więc parę historii z mojego życia.

- Historia numer jeden, absolutnie. Trochę naginam zasady, bo to jednak było poza autobusem, już zdążyłam wysiąść i z kuzynką idziemy przez ulicę, a tu nagle podbiega do nas gościu z telefonem w ręce i krzyczy "Dostałem SMSa! Ktoś na mnie czeka!". My kompletnie zaskoczone, nie mamy pojęcia o co mu chodzi, a wyglądał naprawdę dosyć groźnie i przerażająco. Jak złapał trochę oddechu to wyjaśnił, że szuka przystanku busów, bo ktoś na niego czeka. No i dostał SMSa. Śmieszne było to, że przystanek był dokładnie za nim. Ale jak to mówię dosyć często, dziwny kraj, dziwni ludzie. 

- Historia numer dwa przydarzyła mi się w pociągu na trasie Kielce - Skarżysko Kamienna. Siedzę sobie spokojnie na miejscu, czytam książkę o Enneagramie (tak, wtedy miałam wielką fazę na to), nie zwracam uwagi na otoczenie. Kątem oka zauważyłam tylko jak jakiś gościu przeszedł przez korytarz, normalna sprawa. Ale nagle wrócił biegiem i z rozpędu usiadł naprzeciwko mnie i woła "Pani naprawdę TO czyta?!". Wystraszyłam się nie na żarty, bo nagle mnie wyrwał z lektury. Nie zdążyłam nawet zareagować oczywistą ironią "Nie, tylko obrazki przeglądam". Odpowiedziałam tylko krótko, że tak. A gościu nie ustępuje i dalej "Jest pani pierwszą osobą, którą znam, która też to czyta!". Uśmiechnęłam się, podziękowałam, powiedziałam, że mi miło i chyba byłam za bardzo zdenerwowana, bo ten człowiek wreszcie dał mi spokój, na odchodnym jeszcze spytał o mój numer Enneagramu. Powiedziałam, że Piątka. W odpowiedzi usłyszałam "To nic dziwnego, że pani to czyta". Nigdy więcej go nie spotkałam. 

- Historia numer trzy, czyli nawet słuchawki w uszach nie uchronią cię przed natrętnymi, podchmielonymi, troskliwymi ojcami. Jechałam z uczelni do domu, jak zwykle stojąc na środku autobusu przy oknie, gdy wsiadł taki jeden mocno podpity pan z koszem truskawek i zaczął nachalnie nawiązywać ze mną konwersację. A że ja jestem człowiek miły z natury i spokojny rocznik, to cierpliwie jednym uchem słuchałam o czym tam ględził. Dosyć ciekawa sprawa, najpierw mnie częstował tymi truskawkami, potem z dumą powiedział, że wiezie je do domu, żeby zrobić tort dla swojej osiemnastoletniej córki, która dziś ma urodziny. Gdy uznał, że moje milczenie mu nie odpowiada, dosiadł się do innego pana i miło im się rozmawiało o metodach uprawy truskawek, malin i innych takich.

I to były takie najbardziej zapadające w pamięć incydenty, ale jeśli mam być szczera, to niemal każde moje wyjście z domu kończy się jakimś dziwnym spotkaniem. I albo ja mam miłą twarz budzącą zaufanie, albo coś, ale zawsze na ulicy to mnie pytają ludzie o drogę, o godzinę i wszystko pozostałe. Inna sprawa, że w moim mieście można spotkać sobowtórów prawie wszystkich moich idoli serialowo filmowych. A także postaci, które wymyśliłam na potrzeby opowiadań. 
Mimo wszystko, lubię podróże pociągami i spacery po mieście. I lubię jak ktoś pamięta o mnie drobne szczegóły, nie dlatego, że ciągle mu przypominam, tylko po prostu zwracał uwagę. Tutaj wysyłam pozdrowienia i całusy dla koleżanki z filologii, która wczoraj do mnie zadzwoniła tylko po to, by powiedzieć, że w tivi leci film z moim idolem (czyli 'Gossip' z Normanem Reedusem). To było uroczo miłe. 

I tyle na dzisiaj. (no i mały fakt, który wyjaśniałby, czemu randomowi ludzie lubią ze mną rozmawiać.)

 

niedziela, 19 sierpnia 2012

"I'm holding cereal, I can't"


Zastanawialiście się kiedyś co się stanie, gdy wrzucić do blendera głupotę 'Kac Vegas', psychodelę 'Las Vegas Parano', doprawić brytyjskim humorem i posypać promieniami słońca Majorki? Powstanie wtedy 'Mad Dogs', czyli znów zmarnowałam wakacyjne popołudnia na oglądanie brytyjskiego serialu.
Szczerze, zabrałam się za tę produkcję z jednego prostego powodu. John Simm i Philip Glenister znowu razem na planie. Po 'Life on Mars' uznałam, że czemu nie, lubię ich serialową chemię. Dobrze im się razem gra, więc kolejny krótki serial nie zaszkodzi. I się nie zawiodłam, chociaż na początku byłam dosyć sceptycznie nastawiona (jak do wszystkiego w sumie zawsze jestem). Ale 'Mad Dogs' okazało się być bardzo sympatyczną produkcją, idealny serial do spędzenia gorącego letniego popołudnia ze szklanką soku pomarańczowego. Tylko uważajcie, bo można się tym sokiem zakrztusić ze śmiechu. Dawno takiej maniany nie oglądałam. Ale po kolei. 
Fabuła na początku jest dosyć prosta. Czwórka kumpli ze szkolnych lat wybywa na Majorkę odwiedzić wspólnego znajomego, który jest dosyć dzianym facetem i lubi wyrzucać każdemu co spieprzył w swoim życiu. Bohaterowie spędzają miło wakacyjny czas, smażą się na słońcu, włóczą po klubach, piją nadmierne ilości alkoholu i zasadniczo nie zwracają zbytnio uwagi na dziwne zachowanie gospodarza willi. Aż tu pewnego wieczora przy wspólnym kolacyjnym piwie atmosfera robi się nieco zbyt napięta, trochę za dużo słów zostało powiedzianych. Zanim jednak doszło do rękoczynów, naszych bohaterów odwiedza Tiny Blair (czyli karzeł w potwornej masce Tonego Blaira) i robi się dosyć krwawo i groteskowo. A potem to już konkretna maniana i bajzel. Czterech wesołków zostaje rzuconych w sam środek wielkiej afery związanej z handlem narkotykami, morderstwami, serbską mafią, skorumpowaną policją i wakacyjnym kacem. Nie tylko moralnym. 
Serial ma dwa sezony po 4 odcinki, które trwają około godziny. Ale i tak zbyt szybko mija, ja nie nudziłam się nawet minutę. Uśmiałam się jak głupia na paru akcjach typu: jak szybko schować trupa do zamrażarki? Uciąć mu stopy! Obsada jest genialna i dobrze zgrana, fabuła rozkręca się powoli przez pierwszy odcinek, ale po kulminacyjnym momencie wszystko zmienia się w chaos i piekło, i maniana maniana. Jak macie chwilę, wolne popołudnie, jest zbyt gorąco by wyjść na miasto i ogólnie jedyne co chcecie, to kawał dobrej rozrywki - polecam. Na tym serialu nie da się nudzić. 

Na koniec trailer C: Bo tego się nie da opowiedzieć, to trzeba zobaczyć:

 
(A z innych spraw, to już moje zboczenie zawodowe - uwielbiam wyłapywać momenty, gdy John Simm ujawnia swój północny akcent. Przeurocza sprawa.)  

niedziela, 5 sierpnia 2012

I'm happy, hope you're happy too.


Czas na kolejny serial. Obejrzałam 'Ashes to Ashes', bo chciałam się dowiedzieć co się stało z Samem Tylerem. No i się dowiedziałam. Chciałam też potwierdzić swoją teorię i wyszło, że miałam rację. Ale po kolei. Serial jest kontynuacją, spin-offem do 'Life on Mars' i jak każda kontynuacja ma swoje wady i zalety. Tym razem główną bohaterką zostaje Alex Drake, profiler z Londynu. Alex dostaje headshota i budzi się w roku 1981. Szalone lata osiemdziesiąte. Na początku nie podobało mi się przeniesienie akcji z Manchesteru do Londynu, potem jakoś się przyzwyczaiłam i nawet polubiłam ten Londyn. Bohaterka próbuje zrozumieć co się z nią stało, ale ma już trochę przetartą ścieżkę, bo studiowała przypadek Sama i jest świadoma, że otaczający ją świat jest wytworem jej umysłu (ale czy na pewno?). Walczy, żeby wrócić do swojego czasu, do swojej córki i ta walka całkiem nieźle jej idzie. Potem fabuła zbiega na nieco inne tory, których nawet ja nie rozumiałam, aż do ostatniego odcinka serii, gdzie wiele się wyjaśnia. 
Ciężko mi powiedzieć, czy podobało mi się to co oglądałam. Z jednej strony tak, bo miło znów zobaczyć starą ekipę, genialny Gene Hunt, Chris, Ray i nowa w ekipie Shaz, która od razu zdobyła moje serce. Ale z drugiej strony, to co się stało z postaciami... Jest inaczej, bardzo. Gene nie jest już taki sam, zrobił się trochę bardziej zgorzkniały (pewnie przez brak Sama). Chris przestał już mnie tak bawić, coraz bardziej irytował. Co mnie bawi i przeraża zarazem, to polubiłam Raymondo. Serio. Myślałam, że taka z niego menda nie do ogarnięcia, a tutaj zaczął mnie przekonywać i nawet mu współczułam. A moim faworytem został Jim Keats, pojawia się w trzecim sezonie i robi sporo zamieszania, i na dodatek jest czarnym charakterem. Ale ja zawsze mam słabość do tych złych, zwłaszcza jak są genialnie zagrani. Co do głównej bohaterki, zdobyła moją sympatię, chociaż nie umywa się do Sama Tylera. Wolę lata siedemdziesiąte niż osiemdziesiąte. Wolę 'Life on Mars' niż 'Ashes to Ashes'. Ale jak mówiłam, obejrzałam z ciekawości. Nie żałuję, bo serial jest dobry, wymaga znajomości poprzednika, by wszystko w pełni zrozumieć. Moim ulubionym zajęciem było wyłapywanie paraleli, momentów, w których Gene musiał przypominać sobie o Sammym. Trochę tego było. A zakończenie - genialne. Czułam od początku, że takie będzie rozwiązanie i się nie myliłam. Nie będę mówić co i jak, ktoś będzie chciał obejrzeć, to sam się dowie. Co jeszcze mogę napisać? Może to, że 'A2A' jest bardziej psychodeliczne niż 'LoM'. Zdecydowanie, więcej tutaj creepy, disturbing momentów. Jest trochę bardziej mrocznie i to mi się podobało. Za dużo napisać nie mogę, bo zepsułabym frajdę z oglądania. Także na sam koniec napiszę, jeżeli podobało się Wam 'Life on Mars' i chcecie się dowiedzieć co dalej z Samem i resztą ekipy - obejrzyjcie koniecznie 'Ashes to Ashes'. Możecie się trochę zdenerwować, ale wiedza zawsze jest lepsza od braku wiedzy. A co do mnie, to już nigdy nie posłucham piosenek Davida Bowie bez wspominania tych seriali. 

I już na sam koniec, bardzo fajne zdjęcia promocyjne: