niedziela, 5 maja 2013

Ja mam 20 lat.




Jeszcze nie tak dawno ktoś ciągle mi powtarzał: Masz 20 lat, całe życie przed tobą! Możesz robić co tylko zechcesz. Tak mi ludzie wmawiają. Masz 20 lat, rób co chcesz. Jednocześnie mam wrażenie, że wymagają ode mnie, żebym już teraz się określiła, wiedziała wszystko, znała odpowiedź na każde pytanie. A ja po prostu nie wiem. Nie wiem co chcę robić, czym się zajmować. Nie widzę się w niczym. Jedno wiem, że to czym teraz się zajmuję w ogóle mnie nie bawi tak jak powinno. 

Ostatnio mało sypiam, jeżeli w ogóle. Bezsenne noce połączone z gapieniem się w sufit i przypominaniem sobie wszystkich złych rzeczy, które mnie spotkały. I ten niepokój, frustracja, złość, smutek. Na siebie, na innych. Trochę zazdrości, gdy widzę moich znajomych i ich wspaniale ułożone życia. Wiedzą czego chcą i do tego dążą. Mają dziewczyny/chłopaków, umieją stworzyć normalne i zdrowe związki. Nie to co ja. Ja zawsze muszę wszystko popsuć, wszystko skomplikować. 

Taki weltszmerc mnie dopadł. Zostałam sama na mieszkaniu, usiadłam na podłodze w pokoju i się rozpłakałam. Tak po prostu. Potem, żeby się stoczyć w otchłań rozpaczy, zaczęłam przeglądać swoją oś czasu na fejsbuku. Jakie ja miałam plany, marzenia, ideały zaledwie 3 lata temu! Tyle chciałam osiągnąć, tyle zrobić! Taka pełna radości, optymizmu i nadziei. A dzisiaj?  Pozwolę sobie na cytat: "wiedziałem jasno, że miłości już nie znajdziemy i nie należy z tego robić dramatu, bo życie i tak, w ten lub inny sposób zabierze nam wszystko" 

Życie. Jakie życie taki lajf. Spędziłam całą noc na płakaniu, wymyślaniu sobie. Emocjonalna kraksa. Ja tylko chciałabym wiedzieć, co mam zrobić ze swoim życiem. Czasami, ostatnio coraz częściej, mam dosyć wszystkiego. Dosyć udawania. A ja ciągle udaję, że nic mnie nie boli, nic mnie nie wzrusza. Zawsze jestem tą spokojną, opanowaną osobą, która pomoże i doradzi, z uśmiechem na twarzy. Sztucznego uśmiechu łatwo się nauczyć. Wewnętrznie rozpadam się na atomy, na zewnątrz nic nie widać. Dobra mina do złej gry. I tak już od paru lat się bawimy. 

A piszę tego posta, żeby pozbyć się frustracji. Przelać chociaż trochę tego zła na internetowy papier. Wiem, najlepsze rady jakie dostaję w mojej sytuacji, to "weź się ogarnij, przestań ryczeć i zabierz się za swoje życie". Oczywiście, chciałabym. Jakby to było takie proste. A chyba jednak nie jest. Mogłabym rzucić wszystko, w tej właśnie chwili. Rzucić te studia, tych znajomych i ich perfekcyjne życia, wywołujące u mnie zazdrość. Ale co dalej? Jak Pocahontas mam podążać za głosem serca i wiedzieć czemu wilk tak wyje w księżycową noc? Ja mam 20 lat. I nic nie wiem. Może niedługo się dowiem, bo dotarłam już do granic swojej wytrzymałości psychicznej. Budzić się rano i już być zmęczonym. I'm done. So done.


niedziela, 3 lutego 2013

Being human is never easy.

Minął już miesiąc, zaczął się luty, a u mnie na blogu żadnych nowości. Tak wyszło. Jak się człowiekowi zachciało studiować, to musi pamiętać, że przychodzi taki czas w roku jak sesja i nie ma się na nic czasu. Ale dzisiaj nie o tym. Jakby kogoś to interesowało, to został mi jeszcze jeden egzamin do pokonania, gramatyka opisowa języka rosyjskiego. Ale to dopiero za parę dni, więc jeszcze można zajmować się głupotami. 

Właściwie przed sesją i w sesji mitrężyłam mile czas oglądając nowy-stary serial. Brytyjski oczywiście. Jak do tego wszystkiego doszło? Mały łańcuszek przyczynowo-skutkowy. Moja miłość do świata Tolkiena -> 'Hobbit' w kinie -> zaskakująco przyjemnej aparycji krasnoludy -> Aidan Turner -> moja faza, że jak już polubię aktora, to muszę obejrzeć wszystko w czym się pojawił. I takim oto sposobem przechodzę już do właściwej treści tego posta. 

Panie i panowie, jeżeli jeszcze nie widzieliście, to zachęcam do obejrzenia 'Being Human', wersji brytyjskiej (kanadyjsko-amerykańskiej nie widziałam, nie mam porównania, ale może kiedyś to nadrobię i zrobię porównanie). 


Bo bez obrazka poglądowego nie ma opcji omawiania tego cudnego dzieła. A więc zaczynamy. O czym jest ten serial? W skrócie, wilkołak, wampir i duch wchodzą do baru... Żarty żartami, ten serial złamie wam serce. Jak każda brytyjska produkcja, gdzie w jednej chwili płaczesz ze śmiechu, żeby w następnej wyć z bólu i miłości do fikcyjnych postaci. Wybaczcie, właśnie skończyłam ostatni odcinek 3 sezonu, ale nie będę spoilerować. To nawet nie jest koniec serialu, bo jest jeszcze 4 i 5 sezon, a ja już nie mogę się pozbierać. Ale już, niech to będzie w miarę przystępna recenzja tego, co do tej pory widziałam. 

Jak zwykle byłam sceptycznie nastawiona do serialu. Bo temat wampirów, wilkołaków, całego tego nadnaturalnego świata wydaje mi się już oklepany i wyeksploatowany do granic możliwości. I tu miła niespodzianka, bo takiej konwencji jeszcze nie widziałam. Mamy tu sympatycznego, nerwowego, piszczącego ze strachu wilkołaka, który przyjaźni się z groźnym wampirem (na tyle groźnym, że w stanie całkowitego wzburzenia z powodu zmian w programie telewizyjnym jest w stanie umyć wszystkie brudy w zlewie, a jak). Wilkołak George i wampir Mitchell są przykładem, że te dwie rasy są w stanie żyć w przyjaźni i braterskiej miłości. Przynajmniej ta dwójka, bo jak się później okazuje, ogólnie w serialu jest to dosyć problemowa kwestia. I tak George z Mitchellem wprowadzają się do domu, który ma już swojego stałego, niewidzialnego lokatora. Ale nie dla nich, gdyż jako że istoty nadnaturalne widzą siebie nawzajem na wskroś, komunikacja z przyjaznym duchem tragicznie zmarłej dziewczyny - Annie - przychodzi im bez problemów. Ta trójka szybko znajduje wspólny język i tworzy nietypową rodzinę. Tak jak pisałam na początku, wilkołak, wampir i duch wchodzą do baru... pełnego ludzi. I sami tymi ludźmi próbują być. Udawać. Odzyskać choć część utraconego człowieczeństwa. Tytułowe 'bycie człowiekiem' nie jest proste. Tym bardziej, gdy się już człowiekiem nie jest z jakiegoś technicznego punktu widzenia. Można być niematerialną istotą, echem tego kim się było i żyć pełnią życia dopiero po śmierci. Można uważać się za potwora, niegodnego ludzkich uczuć, bestię wyjącą do księżyca i jednocześnie być postrzeganym przez innych za najmilszego człowieka na tej ulicy. Można też być wiecznie uciekającym od swej przeszłości i grzechów cieniem człowieka i być zdolnym do bohaterstwa, na które nie zdobyłby się nikt inny.

O czym jest ten serial? Jak dla mnie to opowieść o kwintesencji człowieczeństwa. O tym, że każdy ma swoje tajemnice, każdy popełnia błędy, każdy błądzi i odnajduje właściwą drogę dzięki innym ludziom. O tym, że nie jest łatwo pozbyć się etykietki, którą przyklei ci społeczeństwo. I że nie warto tych etykietek przyklejać. Opowieść o przyjaźni, która zmienia na lepsze. O trudnych wyborach i konsekwencjach, które trzeba za nie ponieść. O tym, by doceniać te drobne, ledwo zauważalne momenty prawdziwej radości, bo nigdy nie wiadomo kiedy sprawy się pogorszą. A jak już się pogorszą, to nie można się załamać, bo po burzy zawsze wychodzi słońce. 

Zakochałam się w tym serialu. Nie żałuję, że odbiło się to nieco na moich ocenach, bo zamiast się uczyć, to siedziałam i oglądałam. Warto było. Dla takiej dawki emocji i tego wszystkiego, co w brytyjskich serialach jest najlepsze. Podobało mi się w jaki sposób przedstawiono relacje między bohaterami. Jestem wyczulona na detale, więc każde spojrzenie, każdy gest i słowo nie przeszło obojętnie. Wprawdzie będę trochę smutna, załamana nawet zabierając się do kolejnego sezonu, ale story goes on. Life goes on. Kolejna lekcja wyciągnięta z tego serialu. Chyba nie jestem dobra w recenzowaniu czegoś, co naprawdę mi się spodobało. Jest też trochę minusów, dziur w fabule i niewyjaśnionych zagadek wszechświata, ale dla mnie były nieistotne. Co jeszcze mogę powiedzieć? Nawet jak nie lubicie nadnaturalnych zjawisk i istot, warto obejrzeć 'Being Human'. Bo dawno nie oglądałam takiego serialu, który wywołałby u mnie tyle emocji i przeżyć. Dawno nie zżyłam się tak z fikcyjnymi postaciami. Są tak ludzkie, mimo że paradoksalnie ludźmi nie są. 

I to tyle na dzisiaj. Zbieram się do 4 sezonu i może jak czas pozwoli, to rzucę okiem na wersję kanadyjsko-amerykańską. Zobaczę ile zepsuli. Ich wersje brytyjskich seriali nigdy nie są tak dobre jak oryginały, ale czasem umieją zaskoczyć.

poniedziałek, 31 grudnia 2012

All in all.

Ostatni dzień starego roku to idealny czas na podsumowania. Zacznę więc od ostatnich dni, czyli święta, święta i po świętach. Kolejny rok z rzędu nie udało mi się poczuć magii świąt. Może to z braku śniegu? Śnieg na święta zawsze spoko, ale w inne dni już tak niekoniecznie. Przestały mnie bawić święta, bo teraz to tylko jedna wielka kuchenna zawierucha, tyle żarcia przygotować, że potem człowiek nawet nie ma siły tego jeść. Bieganie po sklepach i dzwonienie do ludzi z pytaniami co chcieliby dostać pod choinkę. Ja nie wiem, oni też nie wiedzą, więc sytuacja się komplikuje. Nie znamy się już tak dobrze. Nie chcemy się poznać nawet. Tyle dobrego, że w tym roku obyło się bez kłótni przy rodzinnym stole. A drugi dzień świąt jakby ktoś nie wiedział - moje urodziny. Nie dostaję już tortu, nie dostaję osobno prezentów pod choinkę i na urodziny. Po prostu kolejny rok minął i już mam 20 lat. Ale mentalnie czuję, że nie mam więcej jak 13. Skąd to wiem? Bo jak tylko do kin weszła nowa animacja od DreamWorks pt. "Strażnicy Marzeń", to już wiedziałam, że nie odpuszczę i pójdę do kina. No i poszłam. Nawet dwa razy. Najpierw lokator mnie zabrał w ramach prezentu przedurodzinowego, a drugi raz byłam z młodszą siostrą i kuzynką. I było super, ta animacja jest po prostu piękna. A ja cieszyłam się bardziej niż reszta dzieci na sali kinowej (do tego stopnia ma psychofaza się pogłębiła, że jak ujrzałam w McDonaldzie zabawki z Jackiem Frostem i Wielkanocnym Zającem - musiałam kupić Happy Meala). I tak to właśnie wyglądało. Młodsza siostra zabawkowego zestawu nie chciała, ale ja z kuzynką od razu po niego poszłyśmy i cóż z tego, że już ponad 20 lat na karku, jak nadal cieszą nas takie pierdoły. Chyba dotarłam do tego momentu w życiu, że robię wszystko, by wrócić do dzieciństwa. W poszukiwaniu straconego czasu.

Inne podsumowania, trochę szersza perspektywa. Ten rok 2012. Miał być koniec świata i w końcu końca nie było. Nie żebym spodziewała się czegoś innego, no ale przecież to święto ruchome i w przyszłym roku nie może go zabraknąć. Ten rok miał być dla mnie dobrym rokiem, ale niestety się nie udał. Nic przełomowego się w moim życiu nie wydarzyło, parę spraw się pogorszyło, ale głównie ludzie mnie zawiedli bardziej niż zwykle. Trochę mi smutno, trochę źle, a nawet bardzo smutno i źle, że pamiętają o mnie tylko wtedy, gdy mają jakiś problem tudzież interes. Przykro mi, że mnie zostawiają, zapominają o mnie, bo znajdują sobie kogoś innego, lepszego, ciekawszego - a ja ten stary model idę do wymiany. Nagle wszyscy moi znajomi (kiedyś to może nawet nazwałabym ich przyjaciółmi) znaleźli sobie miłości życia i ja poszłam do lamusa. Nie chcą ze mną spędzać czasu, dobrze więc. Nie będę się przecież narzucać. Tak, rok 2012 zabrał mi tyle osób, że w sumie dawno nie czułam się tak opuszczona i samotna. Każdy się odnalazł, zrozumiał sens życia, a ja biegam w kółko i nie bardzo wiem jak się wydostać z tej karuzeli. No to może rok 2013 będzie dla mnie łaskawszy? Może to będzie wreszcie mój rok? Ja się odnajdę, albo ktoś mnie odnajdzie, albo wszystko pójdzie w diabły. Who knows.
Tak czy inaczej, życzę Wam - którzy to czytacie - żeby dla Was rok 2013 był lepszy od poprzedniego (no chyba, że wiodło się Wam doskonale, wtedy niech będzie taki sam). 

I widzimy się już w nowym roku. 

sobota, 1 grudnia 2012

Złe książki i etykieta złego nastroju.

Wbrew tytułowi posta zacznę od złego nastroju. Każdy go czasem ma. Niektórzy częściej od innych. Ja ostatnio też cierpiałam na tę przypadłość. Można mieć zły dzień, tydzień, miesiąc, rok. Całe życie nawet a nikt z otoczenia się nie dowie, bo tak dobrze to ukrywasz. Ale są inne przypadki, które o lekkim zawahaniu humoru informują cały świat - trzaskają drzwiami, rzucają gniewne spojrzenia spod łba, prychają z ironią, odpowiadają opryskliwymi półsłówkami, wypisują emo tłity na tłiterze. Niech ten wpis będzie dla mnie przypomnieniem, a dla innych przestrogą na przyszłość, by nie szli tą drogą. 
Ostatnio miałam gorszy tydzień. Albo i dwa. Nie ważne już. Uczelniane sprawy mnie przybiły, zabiły, wykopały i zabiły jeszcze raz osinowym kołkiem prosto w serce. A potem kolejna osoba wbiła mi nóż w plecy, chociaż już miejsca nie mam na kolejne noże. I nagle wszyscy moi znajomi znajdują sobie wybranków serca, ale nigdy nie jestem to ja, więc trochę mnie to zabolało. Słuchałam smutnych piosenek, płakałam w poduszkę i udawałam, że nic się nie stało. Wstawałam rano, szłam na uczelnię, robiłam to, co miało być zrobione. A mogłabym przecież zgodnie z tym jak się czuję nie wstawać nawet z łóżka, because I lost my ability to can. Jednak życie nie jest takie różowe i chociaż w środku totalny rozpiździel, to wstać trzeba i żyć też trzeba. Nie można miętkim być, trza być twardym, nie miętkim. Wprawdzie straciłam ostatnią już nadzieję, że kiedykolwiek będę w związku (i nie będzie to Związek Radziecki - choć i do niego trudno mi trafić, bo wizy nie chcą mi dać). Ale świat się nie skończył. Popłakałam sobie i wyłam do księżyca, ale już się pozbierałam. Wzięłam książki i rozwiązuję zadania, żeby uczelnia znów mnie nie zabiła. Odizolowałam się od ludzi, bo przynoszą mi same problemy, oglądam znowu 'Queer as folk'. Gejowskie seriale są bardziej urzekające niż historie znajomych, urocze jak koreańskie dramy. I tu przechodzimy do etykiety złego nastroju. Każdemu może się zdarzyć, że jest mu smutno i źle, albo jest wkurwiony na wszystko. Normalna sprawa. Ale niech nie kara innych ludzi swoim złym nastrojem. Serio. Ludzie i bez tego mają sporo na głowie. Powinna być taka niepisana zasada, że złym nastrojem nie wolno się dzielić. Co innego z dobrym, pozytywy zawsze mile widziane. Gdy ci smutno, gdy ci źle, to nie pisz o tym na portalach społecznościowych, nie trzaskaj drzwiami, nie gnęb współlokatora. Zrób coś dla siebie i innych. Nie bądź jak dziecko nieświadome konsekwencji swoich działań. Świat zrozumie, że jest ci źle, ale będzie miał to gdzieś, naturalna kolej rzeczy. Więc zamiast dołować siebie i innych, zajmij się czymś. Wyjdź na spacer, rozładuj negatywne emocje. Lubisz rysować? To rysuj. Pisać? Pisz, ale nie emo tłity na tłiterze. Szydełkowanie ekstremalne cię uspokaja? To łap za szydełko. Nie wiesz jak się rozładować bez robienia krzywdy innym? Poćwicz. Trochę przysiadów, podskoków, pobiegaj. Nic nie trwa wiecznie, zły humor także. Nie da się go zawsze uniknąć, ale można go przeżyć bez krzywdzenia siebie i innych. No chyba, że masz sadystyczne zapędy i lubisz czasem zrobić komuś jakąś krzywdę. Ale to już materiał na inny wpis. Tak czy inaczej, ja swoje złe nastroje staram się przeżywać bez narażania innych na uszczerbek na zdrowiu (a wierzcie mi, jak mi źle to gryzę boleśnie i bez znieczulenia, albo pogrążam się w najciemniejsze otchłanie depresji sezonowych). 

A teraz trochę o złych książkach. Pewnie każdy słyszał o serii Stephanie Meyer. Tak, to ta od wampirów, które błyszczą się w słońcu. Nie lubię tej serii. Próbowałam z ciekawości ją przeczytać, ale styl autorki mnie odrzucił. Filmy obejrzałam, bo lubię się pośmiać i ponabijać. Co mnie zaskakuje i fascynuje zarazem, to jak tak złe książki/filmy mogą zarobić taką furę pieniędzy i zyskać rzesze psychofanów. Niesamowita sprawa. Wampiry temat oklepany, zakazana nastoletnia tragiczna miłość tym bardziej. Co więc sprawia, że ludzie to czytają i, o zgrozo, jeszcze im się to podoba? Styl autorki jest toporny. Fabuła przewidywalna. Bohaterowie są zwyczajnie nudni. Bo są bez skazy i zawsze im wszystko wychodzi, a nic nie jest wyjaśnione. Są bogaci, przystojni, dobro zawsze zwycięża, a wampiryzm to nie klątwa, tylko cudowny dar, który pożądany jest przez każdą nastolatkę. Kolejna zła książka, która ostatnio bardzo dobrze się sprzedaje, czyli '50 shades of Gray'. Szczerze? Dowiedziałam się o tym tworze na tumblru i zignorowałam ten fakt. Ale potem był wielki szum, że to taka niesamowita lektura i w ogóle. Nie czytałam. Dobra, czytałam fragmenty, bo stało na półce w Biedronce. Chciałam zobaczyć o co chodzi. Więc mamy tu do czynienia z fanficem wspomnianego wcześniej 'Zmierzchu' Meyerowej. Fanfic z pozmienianymi imionami, okolicznościami i dużą ilością sadomasochistycznego seksu. Tak przynajmniej to reklamują. Z tego co czytałam (recenzja w magazynie 'Książki' bardzo mi pomogła wyrobić sobie zdanie o tym tworze), styl jest jeszcze bardziej paździerzowy niż u Meyerowej, fabuła jeszcze bardziej oklepana, a bohaterowie spłaszczeni do granic możliwości. I scen seksu jest trochę, ale bardzo słabe. Podejrzewam, że lepsze sado-maso czytałam w niektórych slash ficach na fanfiction.net. I fascynujące, jak w takiej książce nie ma użytego słowa 'penis' czy też 'cipa'. Wszystko rozgrywa się w sferze 'tam'. Dotknął mnie 'tam'. Z innych kwiatków zacytuję fajne zdanie powieści: "Moja wewnętrzna bogini wymachuje pomponami cheerleaderki.". Seriously? Toż to brzmi gorzej niż pseudo fanfice z blogów o Harrym Potterze (wiem, czytałam je. kiedyś nawet sama pisałam, za co mi wstyd, ale już wiem, by takich rzeczy nie robić). I na koniec do tej niechlubnej listy dodam jeszcze mojego ulubionego myśliciela, pisarza, filozofa XXI wieku - Paolo Coelho. Uwielbiam go. W sensie, uwielbiam się z niego nabijać. Okej, w gimnazjum jak każda dziewczyna czytałam jego głębokie filozoficzne utwory z wypiekami na twarzy i uznawałam je za prawdę objawioną. Ale dorosłam. I wiem, że frazy typu "Żyjesz, to znaczy, że żyjesz" nie są ani odkrywcze ani głębokie. Cała twórczość tego autora, to jak dla mnie jedno wielkie klepanie tego samego w kółko. Branie oczywistych oczywistości, ubieranie je w ładne słówka i tworzenie pięknych aforyzmów. Jego książki to zbiory aforyzmów. Styl ma, warsztat też, wie jak poskładać to wszystko w książkę, którą ludzie kupią i będą się zachwycać. Ale nie ma w tym filozofii. Nie ma nic ponad te puste słowa. Dlatego jego książki są dobre na czasy Sturm und Drang w gimnazjum, jak ktoś później się nimi zachwyca, to krzywo na niego patrzę. Ale niech mu tam będzie, czytaj co chcesz. Tylko jakim cudem takie grafomańskie książki zdobywają fanów i przynoszą miliony dolarów? Na przykładzie Meyerowej i '50 shades of Gray' mam wrażenie, że wystarczy swoje ubogie fanfice przełożyć na angielski, dodać trochę chłamu, motywów dla każdego atrakcyjnych i już, za granicę i wydawać! Niesamowita sprawa. Nigdy nie zrozumiem jak ludzie mogą wydawać pieniądze na tak złe książki, podczas gdy jest tyle ciekawych tytułów. Może są zbyt ambitne? Gdy autor skłania czytelnika do myślenia, to już jest dla niektórych za dużo. 


I znów mam okazję, by wstawić Reedusa C:
 

piątek, 23 listopada 2012

Woman like a man.



Ostatnio natrafiłam na sporo blogowych wpisów na temat kobiecości i męskości i problemów z tym związanych. Różnie ludzie piszą, nie wnikam już co ma kto w głowie. Sama do tego tematu podchodziłam parę razy pisząc o mimozach obu płci i genderfuckerach. I znowu wracam. Jeszcze rano chciałam, żeby mój nowy wpis na blogu był stricte osobisty i odnosił się tylko do smutnych przypadków z mojego życia, ale może uda mi się to wszystko połączyć w jeden zgrabny post. Dla niezorientowanych w temacie, polecam trochę lektury.
1. O facetach 

Jak już to wszystko przeczytacie, będziecie mieli niezły szum w głowie. Ja miałam. Bo w sumie, o co tu się w ogóle rozchodzi i w czym problem? Jak dla mnie te dywagacje na temat co kto robić powinien a czego nie, to jedna wielka burza w szklance wody. Chciałam jakoś inteligentnie i w miarę krótko przedstawić swoje stanowisko w tej sprawie, co z tego wyjdzie, nie mam pojęcia.

Po pierwsze, nie lubię już od początku założenia, że są rzeczy tylko kobiece i tylko męskie, ale o tym już pisałam. Nie lubię też, gdy ktoś mówi innym co mają robić. I tak trochę sobie pofilozofuję na temat postów z punktów numer jeden i dwa. 

Faceci, których opisano jako 'bezradne męskie nóżki'. 
No cóż, jest w tym sporo racji. Bo i sporo takich osobników zdarza mi się spotkać na co dzień. Już nie mam nic do tego jak kto się ubiera, rurki, nie rurki, dżiny nie prane od roku, sukienki i szpilki, whatever. Ale niech nie będzie bezradny. Ten facet znaczy się. Nie lubię mimoz, znów to powtórzę. "Frazą-kluczem jest “radzenie sobie”. Frazą-kluczem są “niedojdy”." Tu się zgodzę. Nic tak nie irytuje, jak życiowe dupy wołowe. A facet będący życiową dupą wołową wywołuje więcej emocji, bo jednak trochę kulawo to wypada. Jak kobieta jest dupą wołową, to trochę mniej razi, chociaż nadal irytuje. Nie wnikam co dla kogo jest ideałem faceta i czym jest 'prawdziwy facet'. Różni ludzie mają tu różne zdania, a co do mnie, to wolę jednak, gdy facet umie sobie dać radę w życiu i mam pewność, że nie zginie (i nie pociągnie za sobą na dno innych). Nie lubię bezradnych męskich nóżek w najgorszym tego słowa znaczeniu, czyli tych wiecznych chłopców, którzy uważają, że wszystko im się w życiu należy ot tak, nigdy nie muszą pracować na to, co dostają, nie poradzą sobie z jakimś ambitniejszym zadaniem, przerastającym ich możliwości. Nie mówię, że każdy od razu musi wiedzieć jak złożyć biurko z IKEI (dla mnie też to był problem, ale po wielu próbach i błędach, w końcu się udało), ale trochę siły, woli i wytrwałości by się przydało. Siły charakteru. I tu ładnie przejdę do moich personalnych zwierzeń, dlaczego nie wyszło mi z niektórymi facetami. Bo brakowało im tej zaradności, charakteru, byli mimozami i nie umiałam z kimś takim współpracować. Nie lubię, gdy ktoś nie umie podjąć decyzji w najprostszych sprawach typu "idę nie idę". 

Kobiety, które mają być księżniczkami jęczybułami na ziarnku grochu.
Szczerze powiedziawszy, nie do końca zrozumiałam o co chodzi autorce tego posta. Według niej kobiety powinny być wrednymi zołzami, bo inaczej facet stanie się zbyt zniewieściały w związku. Niech nie je miodu, niech żuje pszczoły. Tak czy inaczej, przyczepię się, bo osobiście mnie to zabolało. "Być może kobiety się ogarną. Kobiety! Gdzie jesteście? Bo ja widzę jakieś modernistyczne babochłopy!". Pewnie w oczach autorki tego posta jestem takim modernistycznym babochłopem. Tak, mam ścięte włosy na krótko. Bo mi tak wygodnie, nie lubię tracić czasu rano w łazience, wkurzają mnie kłaki plączące się w kolczyki i szalik. Tak, lubię rzucić mięchem na prawo i lewo, gdy coś mnie zdenerwuje. Nie robię tego, żeby dodać sobie punktów lansu, po prostu jestem wkurwiona, a nic tak nie oddaje irytacji jak warczące, soczyste, charczące 'rrrrrr' w wyrazie 'kurrrrrrwa!'. Lubię wypić w męskim i damskim gronie. Jak trzeba to i w mordę komuś przylać. Zamek w drzwiach założyłam, komputer naprawiłam, biurko z IKEI złożyłam. O ja biedna, taka niekobieca, nikt mnie nigdy nie zechce pewnie. 

Generalnie rzecz biorąc, najwięcej zgadzam się z postami z punktów trzy i cztery. Przedstawiają racjonalne stanowisko. I to co się liczy w związku, czyli partnerstwo, a nie to co kto komu jest winien z racji posiadanych genitaliów. Nie czuję się pokrzywdzona, gdy po wspólnym posiłku, ktoś chce podzielić koszty po połowie. Miło mi, gdy ktoś odpali mi papierosa, przepuści w drzwiach. Ale nie żebym specjalnie tego wymagała. Przecież sama mogę to zrobić i nic się nie stanie. Bądźmy dla siebie wszyscy nawzajem mili, bądźmy ludźmi, a nie stereotypami przywiązanymi do konkretnej płci. 

"Siły charakteru wymagam zarówno od mężczyzn, jak i od kobiet."

O to zdanie dokładnie podsumowuje moje refleksje. Te na chwilę obecną i to co miałam w głowie rano. Siła charakteru. Bardzo ważna rzecz, czy jesteś kobietą czy mężczyzną. Trzeba mieć sporo siły, żeby przeżyć w tym świecie. Nie ma lekko, nikt nie mówił, że będzie. Jest jak jest. Chciałam tylko powiedzieć, że zauważyłam jedną prawidłowość w moim życiu. A mianowicie zrywam kontakty z ludźmi, z którymi nie chcę mieć do czynienia, z różnych powodów. Czasem ktoś był mi naprawdę bliski, ale nasze drogi się rozeszły, bo zobaczyłam jaki jest w rzeczywistości. Albo trudne sytuacje, w których wybory są proste i jednocześnie trudne pokazały, że nie zawsze można liczyć na kogoś, kto wcześniej rękami i nogami się zapierał, że mnie nie zostawi. I tak to w życiu bywa, nic nie jest na zawsze i nic na pewno. I czasem trzeba mieć w sobie trochę siły, żeby zauważyć i zrozumieć, że od niektórych ludzi lepiej odejść. Bo bardziej ranią niż pomagają. Trzeba mieć siłę, by odejść. Zostawić przeszłość za sobą i do niej nie wracać. I to by było na tyle moich przemyśleń. Było by ich pewnie więcej, gdybym nie była tak zmęczona i nie miała w planach nauki na poprawę kolokwium. Tak czy inaczej, temat męskości/kobiecości to zawsze dobra wymówka, by wstawić na bloga Reedusa w makijażu:

środa, 7 listopada 2012

"And shepherds we shall be..."


Dzisiaj zebrało mi się na sentymenty, więc parę słów o moim ukochanym filmie, który widziałam już milion razy i jeszcze mi się nie znudził. "Święci z Bostonu" - produkcja z 1999 roku, reżyseria Troy Duffy, w rolach głównych Norman Reedus i Sean Patrick Flanery. O czym jest ten film? W skrócie jest to historia dwóch irlandzkich braci, którzy wplątują się w kłopoty związane z rosyjską mafią i doświadczają duchowego objawienia, które każe im likwidować wszystkich złych ludzi w mieście. Brzmi banalnie i tak jest. W tym filmie nie ma za specjalnie większej głębi i przesłania. Jest to raczej coś w stylu Tarantinowskiego pastiszu na kino klasy B, C, Z. Mieszanina akcji, pistoletów, strzelanek, zabijania, przekleństw, religijnych pobudek i wszystkiego innego. Ale za to ma niesamowite poczucie humoru, jakie uwielbiam. I akcję. Mogę oglądać milion pierwszy raz, a i tak nie będę się nudzić i żarty będą mnie bawić tak samo jak za pierwszym razem. Może ten film kocham tak bardzo, bo mam z nim związanych wiele wspomnień (oglądanie go z przeszłą niedoszłą dziewczyną, udawanie głównych bohaterów, wspólne recytowanie modlitwy 'świętych', chodzenie w czarnych płaszczach i synchroniczne odpalanie papierosów). Może przez irlandzkie akcenty i moją niewyjaśnioną i bezwarunkową miłość do wszystkiego co związane z Irlandią. Może przez aktorów. Albo przez to wszystko razem wzięte. Tak czy inaczej, polecam ten film każdemu, kto lubi absurdalne poczucie humoru i filmy akcji, takie lekkie i pozwalające się oderwać na chwilę od rzeczywistości, pośmiać, popłakać, ale bez głębokich przemyśleń na temat życia i wszechświata. Takie kino na nudne popołudnie. Ogląda się bardzo miło i na długo zostaje w pamięci. Gra aktorska jest na poziomie, bez większych zgrzytów jest też strona techniczna czyli ujęcia i muzyka. W sumie muzyka jest ponad przeciętny poziom. Jedyne co mnie kole w uszy, to jak mówią po rosyjsku, ale to moje zboczenie zawodowe (w końcu jestem na filologii rosyjskiej i już wiem, że Amerykanie lubią mieszać rosyjski z polskim i innymi słowiańskimi językami oraz totalnie zapominają jak ważne jest dobre akcentowanie w rosyjskim i to, że 'o' nie pod akcentem w wymowie czyta się jako 'a'). Więcej grzechów nie pamiętam. Ja ten film kocham, znajomi też kochają, ale są i tacy co nienawidzą, bo uznają, że to głupi film. No cóż, ja sądzę, że to filmidło w zamierzeniach nie miało być ambitnym eksperymentalnym kinem dla prawdziwych znawców sztuki, ale takim właśnie prostym, zawadiackim uśmiechem z koniczynką między zębami. 

Dla zainteresowanych, istnieje druga część "Świętych", która kontynuuje pewne wątki z jedynki i dodaje nowe. Ale nie jest już tak fajna jak pierwsza część, jednak takie świry jak ja ją obejrzały i im się nawet podobało. 

I to koniec sentymentalnych wywodów na dziś. Wracam do lektur i rosyjskiego. Tak bardzo studia pełną parą i bez wymówek.   

sobota, 3 listopada 2012

Life is for living.

Miałam ostatnio spory kryzys egzystencjalny. W sumie to mam go nadal, ale staram się z nim jakoś walczyć. Po pierwsze - poszłam do fryzjera. Nie wiem co to za magia, ale zawsze jak ścinam włosy, to mam wrażenie, że wraz z kosmykami spadającymi na podłogę odchodzą gdzieś moje złe myśli, negatywne emocje i wszystko zaczyna się od nowa. Czysta karta gotowa do nowych, lepszych zapisków. Tak krótko ściętych włosów jeszcze nie miałam. Na chłopaka, ale z grzywką, bo grzywka musi być, chociaż jest także krótsza. Uwielbiam krótkie włosy. Ale miało być o czym innym. Walka z kryzysem. Wciąż czuję się nieco zagubiona, słucham jak inni układają sobie życie i mam wrażenie, że ja ciągle stoję w miejscu, tonę w jakiejś monotonii i rozpaczy. Chciałabym coś zmienić, ale sama do końca nie wiem co. Więc powoli zabieram się za siebie. Zaczęło się od fryzury. Wrócę do racjonalnego zdrowego żywienia i znajdę motywację do fitnessu sportu. Spróbuję przestać się obijać na tych studiach, skończyć je chociaż licencjatem, bo magistra też kiedyś zrobię, ale kto wie, czy nie w innym mieście. Właśnie, moja mieścina, moje studia. Szału nie ma, ale jakoś się trzymam. Pewnie to moja wina, bo mało się udzielam i mogłabym trochę bardziej. Tak zrobię. Zbieram się z kryzysu wywołanego życiem i tym, że life goes on. Ludzie, z którymi kiedyś gadało się codziennie teraz stali się obcymi. Niektórzy mnie zostawili, inni znaleźli sobie kogoś innego, a reszta o mnie zapomniała. Takie życie, nie powinnam się przejmować, ale już tak mam, że przywiązuję się do ludzi i rozstania mnie bolą. Nie umiem tak po prostu zapomnieć, chociaż się staram. Muszę ulokować energię gdzie indziej, nie myśleć za dużo o tych złych rzeczach. Wróciłam do pisania po długiej przerwie i podobno nieźle mi to wychodzi. Więc będę pisać dalej (jak ktoś chce poczytać, to zapraszam na mojego deviantarta). Do rysowania też kiedyś wrócę, pewnie niedługo. Trochę praktyki się przyda, bo wypadłam z wprawy. Takie zajęcia pozwalają mi zapomnieć o wszystkim i poprawiają nastrój. I niedługo napiszę jakieś nowe recenzje serialowe, bo trochę się tego ogląda. Ogólnie mówiąc nadal żyję i chociaż było ciężko, to jakoś się zbieram. Tym pozytywnym akcentem kończę tego krótkiego posta.

I tradycyjnie relewantny obrazek: