środa, 28 sierpnia 2013

Kalendarz mi spadł, zegarek przestał działać.


Tak jak w tytule. Kalendarz naprawdę mi spadł ze ściany w kuchni, trochę się rozwalił, ale już go naprawiłam i znowu wisi. Na szarej wstążce, bo nie miałam lepszego pomysłu. Zegarek przestał działać, ale w sumie dobrze, bo akurat ten jeden mnie irytował cykaniem. Podczas próby ogarnięcia tego kuchennego bajzlu zauważyłam, że już powoli kończą mi się wakacje. I że zaczyna się już jesień. Kiedy beton na balkonie nie jest już nagrzany od porannego słońca, kiedy chce się tylko chodzić cały czas w bluzie i pić ciepłą herbatę albo kawę i słuchać blues rocka. Albo oglądać seriale w dużych, bardzo dużych ilościach. Co uskuteczniam sukcesywnie od paru dni (i zdążyłam obejrzeć wszystkie 3 sezony amerykańskiej/kanadyjskiej wersji 'Being Human'). Jesień czuć w powietrzu. Może tylko ja tak mam, ale potrafię wyczuć w powietrzu zmianę pogody i pór roku. Przed burzą pachnie inaczej. Po burzy zawsze pięknie. Idę swoim skrótem do sklepu i słyszę pod butami chrzęst opadłych liści. I niebo jest coraz częściej zachmurzone, słońce staje się rzadkim zjawiskiem. Plusy jesieni są takie, że mogę nosić moje rockowe bootsy i kurtkę bez ludzi patrzących na mnie jak na wariatkę. Chociaż i tak dalej się na mnie tak patrzą, bo na kurtce mam przypinki, na torebce też mam ich mnóstwo. Włosy mi sterczą we wszystkie strony, czesane wiatrem. Ciemne okulary w oldskulowym stylu. Ale czym tu się przejmować, zawsze odstawałam od norm społecznych. Nauczyłam się już nie przejmować krzywymi spojrzeniami przechodniów. Jedyne czego nie lubię w jesieni to świadomość, że zaraz zacznie się uczelnia. Wprawdzie mam jeszcze miesiąc, ale już na początku września czeka mnie jeden poprawkowy egzamin. Na który wciąż niewiele umiem i nie chce mi się uczyć i ciągle szukam sobie wymówek. Zeszyty patrzą na mnie oskarżycielsko, ludzie ze studiów żebrzą o notatki, których mam niewiele. Mój wydział zmienia lokalizację i nawet nie wiem, gdzie mam się stawić na ten egzamin, do nowego czy starego budynku. A że stary jest w centrum, w genialnej lokalizacji zaraz naprzeciwko mojej knajpy, to przykro mi się wyprowadzać do nowego, który jest na krańcu świata. Właściwie na drugim końcu miasta biorąc pod uwagę gdzie mieszkam. Wraz z nadchodzącą jesienią skończyły się imprezy balkonowe, jest już za zimno, żeby wyjść, usiąść na kocu, słuchać muzyki, popijać zimne piwo, palić fajki i gadać o wszystkim i niczym. Niby wciąż można, ale to nie to samo, gdy słońce zachodzi po 19 i jest zbyt chłodno, by siedzieć do późnych godzin nocnych lub wczesnoporannych. Zanim zacznie się uczelniany burdel to chciałabym jeszcze spotkać się ze znajomymi w knajpie, ale pewnie już pojechali do swoich miast. Kto wie, zapytać zawsze mogę. Pewnie szukam kolejnej wymówki, żeby się tylko nie uczyć. No cóż. Prawdziwa nauka się zacznie wraz z rokiem akademickim, gdzie będę musiała napisać ten licencjat, obronić go, a w międzyczasie poprawić też maturę i przygotować się do wyprowadzki. I jeszcze pewnie milion innych rzeczy po drodze. Już mnie wszystko boli na samą myśl o tym. Ale póki co cieszę się ostatnimi chwilami wolności. To miał być wpis o jesieni, jest wpis o życiu. Jak zwykle. Co do życia, niektóre sprawy spartoliłam, inne niby się poprawiają. Miałam pierwszą poważną konwersację z moim ojcem na tematy, o których nigdy nie rozmawiamy i pierwszy raz w życiu poczułam z nim jakąś nić porozumienia. Może na dobre to wszystko wyjdzie. Jeszcze nie wiem. Daddy issues będą się za mną ciągnąć przez całe życie, ale mogę sobie wmawiać, że będzie dobrze. Chociaż z dobrych rzeczy, wróciłam do pisania krótkich opowieści. Po angielsku, bo chciałam spróbować i podobno całkiem dobrze mi idzie, ale nie mi to oceniać. Wena wróciła. 

I na koniec piosenka, która mnie prześladuje cały dzień A storm is going to come.

czwartek, 22 sierpnia 2013

Music Box #1

Na początku myślałam, żeby posty o muzyce tytułować "Ścisz ten jazgot!". Ale potem okazało się, że mojej mamie podobają się rzeczy, których słucham i jedynie sąsiedzi mają czasem z tym jakiś problem. Ale nie mówią mi tego wprost, wolą skarżyć się mojej mamie, która ich zbywa wzruszeniem ramion, bo naprawdę lubi moją muzykę. Jak wspólnie uznałyśmy, dobrej muzyki nie puszczają w radiu. Tak czy inaczej, zaczynam dzielenie się swoją playlistą do wkurzania sąsiadów. Na początek zespół, który ma smutne teksty piosenek i bardzo radosne melodie. Ale mają też songi będące czystą radością. 

 Panie i panowie, oto The Hoosiers!


Z tymi miłymi panami zapoznała mnie koleżanka, kiedyś szukałam piosenek z teledyskami w specyficznym klimacie. I podesłała mi Cops and robbers. I zakochałam się od pierwszego przesłuchania. Uwielbiam głos wokalisty, potrafi takie nuty śpiewać, jakich ja nigdy nie zaśpiewam. I teledyski mają naprawdę w moich klimatach. I bezbłędne stylówy. I jak się naoglądałam wywiadów i ich wideoblogów, to już kompletnie przepadłam. Tak pozytywnie porąbanych ludzi to ze świecą można szukać i ciężko znaleźć. Kolejny song, który razem z Potworkiem śpiewamy (czy też raczej wyjemy) na moich balkonowych imprezach, to Choices. Tutaj teledysk wygrywa internety. I nie ma nic lepszego niż strzelanie boom boomów z jednego kieliszka i darcie się na pół osiedla "stap giwin mi czojseeeeees!". A potem wyjście po północy na plac zabaw, żeby pohuśtać się na huśtawce lub pokręcić na karuzeli. Ten zespół jest idealny jeżeli chodzi o muzykę spontanicznej radości, zawsze poprawiają mi nastrój. I ten ich song Bumpy Ride był i nadal jest songiem moich tegorocznych wakacji. Bo gdzie ja nie byłam w tym roku. Zaczynając od Lwowa, kończąc na randomowej imprezie urodzinowej barmanki z naszej knajpy. Taki bumpy ride miałam. Jak oglądam ten teledysk, to nie mogę się nie uśmiechnąć. Widzę tam pełno scen z własnego życia. Obecnych wakacji i tych co kiedyś były. Łażenie ze znajomymi po torach, wygłupianie się w miejscach publicznych i pełno zabawy. Takiej na luzie kompletnym, wychodzisz z domu i nigdy nie wiesz, gdzie cię poniesie. A teraz song, który kocham najbardziej i ciężko mi powiedzieć dlaczego. Po prostu Worst Case Scenario. I tutaj hairstyle wokalisty zainspirował mnie do obcięcia włosów w podobnym stylu. Teraz mam takiego czochra na głowie i jestem zadowolona, bo pan fryzjer wiedział o co mi chodzi, nawet jak sama nie umiałam mu tego wyjaśnić. I dla odmiany teraz trochę 'mroczniejszych' piosenek z ich dyskografii. Przede wszystkim Killer, chyba nie muszę mówić jak bardzo kocham linię basową w tym utworze. I całą historię w nim przedstawioną. Idealne do słuchania o 3 w nocy, na balkonie, przy pełni księżyca. A jak mi smutno i źle, to słucham sobie The Trick to Life. Ewentualnie Run Rabbit Run. Z takich smętów jest jeszcze Everything goes dark. Tego nawet próbowałam się nauczyć grać na gitarze, ale mój skill jest jeszcze za mały. Kiedyś się nauczę. Póki co umiem jedynie zaśpiewać. Ale żeby zakończyć optymistycznie, to zakończę drugą w kolejności ulubioną piosenką, czyli Unlikely Hero. Tutaj w teledysku widzę pewne nawiązania do Star Treka i pewnie dlatego, tak mi się podoba. No i jest cholernie chwytliwe. 

I to pewnie nawet nie jest połowa piosenek, którymi chciałam się podzielić, ale nie będę już zasypywać linkami. Jak komuś się spodoba, to się spodoba, chociaż większość ludzi, których znam, ten zespół irytuje. Mnie akurat się przypodobali, bo lubię czasem posłuchać czegoś lekkiego i radosnego. Swoją drogą, jak się spodobali, to polecam obejrzeć ich wideoblogi, a zwłaszcza to (żeby się przekonać, jakie z nich czopsy i wołki zbożowe) oraz this (żeby się dowiedzieć, skąd wzięłam swe powiedzonko "mjuzik! inspirejszyn!" oraz że ukradli moje kroki taneczne). Hoosiersi mają jeszcze kilka naprawdę świetnych nagrań live z koncertów i z radia, ale to już zainteresowanym podrzucę. To by było na tyle, kolejny Music Box już wkrótce, będzie ulubiony zespół mojego sąsiada paździocha, który na milicję chciał dzwonić. Ale to już historia na innego posta. 

środa, 7 sierpnia 2013

Po co ci ta muzyka?


Tak jak w tytule. Często miałam do czynienia z ludźmi, którzy nie rozumieli jak można mieć taką psychofazę na muzykę, zespoły, ludzi z zespołów. Jak można kupować oryginalne płyty i cieszyć się z tego, że zagracają miejsce na półce. Jak można katować jedną piosenkę słuchając jej 500 razy pod rząd. Jak można wydawać tyle pieniędzy na bilety na koncerty, znosić trudy podróży, tylko po to, żeby zobaczyć na żywo swoich ulubionych wykonawców. Po co mi ta muzyka? To będzie pierwszy post z serii, dlaczego muzyka uratowała mi życie i to nie raz. 

Kiedyś nie byłam aż takim wielkim fanem. Raczej średnio uświadomiona byłam w tym co ludzie słuchają. Słuchałam tego co wszyscy, każdy ma dziwne okresy, był u mnie i taki, że słuchałam polskiego hip-hopu, techno, reggae. Nawet i szanty się znalazły. A to już wina mojego brata. Dzięki niemu zaczęłam słuchać Dżemu. A od siostry ukradłam Happysad, Linkin Park, Simple Plan i kilka innych zespołów. I tak się słuchało bez większego zrozumienia. Dopiero pod koniec gimnazjum zaczęłam świadomie wybierać tego, czego słucham. Miałam wtedy dosyć ciężki okres w życiu, taki naprawdę ciężki. Powiedziałabym nawet, że depresyjny, ale nikt mnie wtedy nie diagnozował. Tak czy inaczej na uporanie się z trudami rzeczywistości nie miałam już sił. Dopóki nie znalazłam Coldplay. Od nich się zaczęło. Ja wiem, wszyscy mówią, że jak słuchasz Coldplay, to wpadniesz w jeszcze większego doła niż masz. Ale u mnie działało to inaczej. Jakoś podnosiło na duchu. Nawet jak mnie smucili, to wtedy spadałam na samo dno czarnej rozpaczy, ale na drugi dzień wszystko było już o wiele lepsze. Dotknęłam dna i się odbiłam. Tak samo z Simple Plan. Do dziś mam do tych zespołów spory sentyment. Aktualnie moją playlistą rządzą 3 inne zespoły, o których napiszę w kolejnej notce. Kiedy to nastąpi, nie mam pojęcia, krucho u mnie z organizacją i czasem. Tak czy inaczej. Muzyka uratowała mi życie. Nie wyobrażam sobie dnia bez przesłuchania kilkunastu piosenek. To jest tak, że czasem po prostu nie chce się już z nikim rozmawiać, powtarzać w kółko co cię boli. Niekiedy nawet nie potrafię ubrać w słowa tego, co mi dolega. Ale muzyka rozumie. Nie ocenia, nie odrzuca, po prostu jest zawsze przy mnie. Trzeba mieć jakąś odskocznię od życia, ja ją mam w muzyce. I w paru innych rzeczach, ale o tym kiedy indziej. 

A żeby jeszcze bardziej się wczuć i odprężyć, odkurzyłam gitarę klasyczną, która należała do mojego brata. Zawsze chciałam umieć na czymś grać, pomyślałam sobie, że czemu nie. Wszystko jest ciekawsze niż pisanie pracy licencjackiej na studia, których nie znosisz. I tak od jakiegoś czasu moje ulubione zajęcie to zdzieranie palców do krwi na strunach i potem odpoczynek, leżenie z gitarą na łóżku i słuchanie moich 3 zespołów. Jak będę już większym wymiataczem, to zacznę zbierać na akustyka. Na elektrycznej gra elita, do której nigdy należeć nie będę raczej, bo za późno się wzięłam za naukę.

Tak więc na pytanie po co mi ta muzyka, mogę odpowiedzieć - żeby przeżyć każdy kolejny dzień. Żeby w ogóle żyć. Trochę zapomnienia w świecie absurdu i chaosu. 

 

niedziela, 21 lipca 2013

"Ohana znaczy rodzina..."

"Ohana znaczy rodzina, a w rodzinie nikogo się nie odtrąca, ani nie porzuca."

Rodzina powinna także wspierać i pomagać. Niestety członkowie mojej rodziny (bliższej i dalszej) to mistrzowie w dobijaniu i dołowaniu. Cokolwiek nie zrobię, zawsze będzie źle. Może dlatego ostatnio coraz rzadziej odwiedzam rodziców, nie potrafię znieść atmosfery rodzinnego domu. Tam już nie ma miłości, jest odwieczna zimna wojna i rozkazy zamiast ciepłych słów. A nawet jak już wysilą się na dobre słowo to i tak brzmi ono zbyt fałszywie, bym mogła w nie uwierzyć. Wolę już siedzieć sama na mieszkaniu i o tym nie myśleć. A rodzinę mam względnie dużą. Dwóch starszych braci (z czego jeden przyrodni), starsza siostra i młodsza siostra. Jako że trafiło mi się być średnim dzieckiem, to nigdy nie zwracano na mnie dużej uwagi. Dopóki nie zrobiłam czegoś źle. Każdy mój błąd był i nadal jest zawsze wytykany i wyszydzany. A jak coś mi się uda, to nigdy nie otrzymam pochwały, tylko stwierdzenie, że przecież mogłam zrobić to jeszcze lepiej. Pewnie dlatego dzisiaj mam taki brak wiary w siebie i swoje możliwości oraz zerowe poczucie własnej wartości. Jeżeli mam być szczera, to powiem, że bliższą namiastką rodziny są moi przyjaciele. Przynajmniej oni mnie nie odtrącają i wspierają zamiast pogrążać. 
A co tak w ogóle mnie zmotywowało do napisania tego posta? Otóż moja kuzynka, która obecnie ze mną mieszka i mam z nią lepszy kontakt niż z własnymi siostrami, wyjeżdża jako au pair do Anglii. Nikomu o tym nie mówiła, bo wie jaką mamy rodzinę i co oni by powiedzieli. Ale kiedyś musiała im powiedzieć, zrobiła to wczoraj. I spotkała się z kompletnym brakiem zrozumienia. Nagle wszyscy zaczęli wymyślać milion powodów dlaczego to jest zły pomysł, marnowanie pieniędzy, że rodzina, do której jedzie może jej coś złego zrobić (bo są Hindusami). I na nic się zdało tłumaczenie, że to wcale tak nie wygląda, że to nie jest wyjazd do agencji towarzyskiej czy czegokolwiek innego. Po prostu nasza familia ma tak zakute łby, że nie chcą przyjąć do wiadomości żadnej innej racji, która nie jest ich racją. Jak już wspominałam mistrzowie w dołowaniu człowieka i sprawianiu, że czuje się gorzej niż gówno. To by było na tyle w kwestii miłej, kochającej i wspierającej rodziny. Już się boję mojej konfrontacji z nimi. Bo kiedyś muszę im powiedzieć, że planuję rzucić te studia, które tylko wpędzają mnie do grobu, że chcę poprawić maturę i zacząć nowe studia w Warszawie. Te studia, które miałam zacząć od razu po liceum, ale sporo życiowych zawirowań i brak odwagi sprawiły, że mam teraz 3 lata wycięte z życiorysu. Nie mam pojęcia jak to przyjmą. Ale obiecałam sobie, że nie będę się tym martwić. Już wystarczająco dużo czasu zmarnowałam. 

wtorek, 9 lipca 2013

W poszukiwaniu straconego czasu.


Zmieniliśmy się. Ja się zmieniłam, ty się zmieniłeś, ona także. Wszystko się pozmieniało. Na lepsze, na gorsze, jest po prostu inaczej. Ostatnio dopadły mnie takie refleksje właśnie. Czuję się tak, jakbym od dwóch lat nie istniała, zatrzymała się w jakimś punkcie bez wyjścia. Wszyscy moi znajomi poszli dalej, weszli na kolejny level w grze zwanej życiem, a ja nie. Ciągle nie znam odpowiedzi na pytania kim jestem i dokąd zmierzam. Może kiedyś się dowiem, albo i nie. Whatever. 

Trochę mi smutno, bo nie jest już tak jak kiedyś. Dla niektórych osób liceum było piekłem, ale dla mnie takim siódmym kręgiem piekła było gimnazjum. Za to liceum wspominam jako najlepszy okres w moim życiu. Miałam w klasie niesamowitych ludzi i każdy dzień był nieziemsko fajny. Teraz na studiach już tak nie jest. Nie mam takich ludzi, a każdy dzień jest udręką. Na własnej skórze przekonałam się o prawdziwości słów: "Nie ważne co i gdzie, ważne z kim". Tęsknię za tymi czasami, za tymi ludźmi. Niby można się spotkać, można pogadać, ale to już nie to samo. Bo ci ludzie już nie są tacy sami. Wyjechali z miasta, mają nowych znajomych, nowe priorytety. Z niektórymi już nawet nie potrafię się dogadać. Zupełnie. Niektórzy mówią, że w takich wypadkach, trzeba sobie znaleźć nowych znajomych, nowych ludzi, z którymi można robić głupoty. Ale okazuje się, że to nie takie proste. Wśród ludzi zawsze kończę jako ktoś na doczepkę. Piąte koło u wozu. Chciałabym mieć kogoś na wyłączność. Chciałabym być dla kogoś kimś na wyłączność. Kiedyś byłam, ale potem ci ludzie weszli w związki z innymi i ja przestałam cokolwiek znaczyć.

Taki krótki zapis mojego smutnego strumienia świadomości. Wakacje mam i powinnam zająć się czymś kreatywnym, ale marnie wegetuję.

Give me some inspiration.

 

niedziela, 5 maja 2013

Ja mam 20 lat.




Jeszcze nie tak dawno ktoś ciągle mi powtarzał: Masz 20 lat, całe życie przed tobą! Możesz robić co tylko zechcesz. Tak mi ludzie wmawiają. Masz 20 lat, rób co chcesz. Jednocześnie mam wrażenie, że wymagają ode mnie, żebym już teraz się określiła, wiedziała wszystko, znała odpowiedź na każde pytanie. A ja po prostu nie wiem. Nie wiem co chcę robić, czym się zajmować. Nie widzę się w niczym. Jedno wiem, że to czym teraz się zajmuję w ogóle mnie nie bawi tak jak powinno. 

Ostatnio mało sypiam, jeżeli w ogóle. Bezsenne noce połączone z gapieniem się w sufit i przypominaniem sobie wszystkich złych rzeczy, które mnie spotkały. I ten niepokój, frustracja, złość, smutek. Na siebie, na innych. Trochę zazdrości, gdy widzę moich znajomych i ich wspaniale ułożone życia. Wiedzą czego chcą i do tego dążą. Mają dziewczyny/chłopaków, umieją stworzyć normalne i zdrowe związki. Nie to co ja. Ja zawsze muszę wszystko popsuć, wszystko skomplikować. 

Taki weltszmerc mnie dopadł. Zostałam sama na mieszkaniu, usiadłam na podłodze w pokoju i się rozpłakałam. Tak po prostu. Potem, żeby się stoczyć w otchłań rozpaczy, zaczęłam przeglądać swoją oś czasu na fejsbuku. Jakie ja miałam plany, marzenia, ideały zaledwie 3 lata temu! Tyle chciałam osiągnąć, tyle zrobić! Taka pełna radości, optymizmu i nadziei. A dzisiaj?  Pozwolę sobie na cytat: "wiedziałem jasno, że miłości już nie znajdziemy i nie należy z tego robić dramatu, bo życie i tak, w ten lub inny sposób zabierze nam wszystko" 

Życie. Jakie życie taki lajf. Spędziłam całą noc na płakaniu, wymyślaniu sobie. Emocjonalna kraksa. Ja tylko chciałabym wiedzieć, co mam zrobić ze swoim życiem. Czasami, ostatnio coraz częściej, mam dosyć wszystkiego. Dosyć udawania. A ja ciągle udaję, że nic mnie nie boli, nic mnie nie wzrusza. Zawsze jestem tą spokojną, opanowaną osobą, która pomoże i doradzi, z uśmiechem na twarzy. Sztucznego uśmiechu łatwo się nauczyć. Wewnętrznie rozpadam się na atomy, na zewnątrz nic nie widać. Dobra mina do złej gry. I tak już od paru lat się bawimy. 

A piszę tego posta, żeby pozbyć się frustracji. Przelać chociaż trochę tego zła na internetowy papier. Wiem, najlepsze rady jakie dostaję w mojej sytuacji, to "weź się ogarnij, przestań ryczeć i zabierz się za swoje życie". Oczywiście, chciałabym. Jakby to było takie proste. A chyba jednak nie jest. Mogłabym rzucić wszystko, w tej właśnie chwili. Rzucić te studia, tych znajomych i ich perfekcyjne życia, wywołujące u mnie zazdrość. Ale co dalej? Jak Pocahontas mam podążać za głosem serca i wiedzieć czemu wilk tak wyje w księżycową noc? Ja mam 20 lat. I nic nie wiem. Może niedługo się dowiem, bo dotarłam już do granic swojej wytrzymałości psychicznej. Budzić się rano i już być zmęczonym. I'm done. So done.


niedziela, 3 lutego 2013

Being human is never easy.

Minął już miesiąc, zaczął się luty, a u mnie na blogu żadnych nowości. Tak wyszło. Jak się człowiekowi zachciało studiować, to musi pamiętać, że przychodzi taki czas w roku jak sesja i nie ma się na nic czasu. Ale dzisiaj nie o tym. Jakby kogoś to interesowało, to został mi jeszcze jeden egzamin do pokonania, gramatyka opisowa języka rosyjskiego. Ale to dopiero za parę dni, więc jeszcze można zajmować się głupotami. 

Właściwie przed sesją i w sesji mitrężyłam mile czas oglądając nowy-stary serial. Brytyjski oczywiście. Jak do tego wszystkiego doszło? Mały łańcuszek przyczynowo-skutkowy. Moja miłość do świata Tolkiena -> 'Hobbit' w kinie -> zaskakująco przyjemnej aparycji krasnoludy -> Aidan Turner -> moja faza, że jak już polubię aktora, to muszę obejrzeć wszystko w czym się pojawił. I takim oto sposobem przechodzę już do właściwej treści tego posta. 

Panie i panowie, jeżeli jeszcze nie widzieliście, to zachęcam do obejrzenia 'Being Human', wersji brytyjskiej (kanadyjsko-amerykańskiej nie widziałam, nie mam porównania, ale może kiedyś to nadrobię i zrobię porównanie). 


Bo bez obrazka poglądowego nie ma opcji omawiania tego cudnego dzieła. A więc zaczynamy. O czym jest ten serial? W skrócie, wilkołak, wampir i duch wchodzą do baru... Żarty żartami, ten serial złamie wam serce. Jak każda brytyjska produkcja, gdzie w jednej chwili płaczesz ze śmiechu, żeby w następnej wyć z bólu i miłości do fikcyjnych postaci. Wybaczcie, właśnie skończyłam ostatni odcinek 3 sezonu, ale nie będę spoilerować. To nawet nie jest koniec serialu, bo jest jeszcze 4 i 5 sezon, a ja już nie mogę się pozbierać. Ale już, niech to będzie w miarę przystępna recenzja tego, co do tej pory widziałam. 

Jak zwykle byłam sceptycznie nastawiona do serialu. Bo temat wampirów, wilkołaków, całego tego nadnaturalnego świata wydaje mi się już oklepany i wyeksploatowany do granic możliwości. I tu miła niespodzianka, bo takiej konwencji jeszcze nie widziałam. Mamy tu sympatycznego, nerwowego, piszczącego ze strachu wilkołaka, który przyjaźni się z groźnym wampirem (na tyle groźnym, że w stanie całkowitego wzburzenia z powodu zmian w programie telewizyjnym jest w stanie umyć wszystkie brudy w zlewie, a jak). Wilkołak George i wampir Mitchell są przykładem, że te dwie rasy są w stanie żyć w przyjaźni i braterskiej miłości. Przynajmniej ta dwójka, bo jak się później okazuje, ogólnie w serialu jest to dosyć problemowa kwestia. I tak George z Mitchellem wprowadzają się do domu, który ma już swojego stałego, niewidzialnego lokatora. Ale nie dla nich, gdyż jako że istoty nadnaturalne widzą siebie nawzajem na wskroś, komunikacja z przyjaznym duchem tragicznie zmarłej dziewczyny - Annie - przychodzi im bez problemów. Ta trójka szybko znajduje wspólny język i tworzy nietypową rodzinę. Tak jak pisałam na początku, wilkołak, wampir i duch wchodzą do baru... pełnego ludzi. I sami tymi ludźmi próbują być. Udawać. Odzyskać choć część utraconego człowieczeństwa. Tytułowe 'bycie człowiekiem' nie jest proste. Tym bardziej, gdy się już człowiekiem nie jest z jakiegoś technicznego punktu widzenia. Można być niematerialną istotą, echem tego kim się było i żyć pełnią życia dopiero po śmierci. Można uważać się za potwora, niegodnego ludzkich uczuć, bestię wyjącą do księżyca i jednocześnie być postrzeganym przez innych za najmilszego człowieka na tej ulicy. Można też być wiecznie uciekającym od swej przeszłości i grzechów cieniem człowieka i być zdolnym do bohaterstwa, na które nie zdobyłby się nikt inny.

O czym jest ten serial? Jak dla mnie to opowieść o kwintesencji człowieczeństwa. O tym, że każdy ma swoje tajemnice, każdy popełnia błędy, każdy błądzi i odnajduje właściwą drogę dzięki innym ludziom. O tym, że nie jest łatwo pozbyć się etykietki, którą przyklei ci społeczeństwo. I że nie warto tych etykietek przyklejać. Opowieść o przyjaźni, która zmienia na lepsze. O trudnych wyborach i konsekwencjach, które trzeba za nie ponieść. O tym, by doceniać te drobne, ledwo zauważalne momenty prawdziwej radości, bo nigdy nie wiadomo kiedy sprawy się pogorszą. A jak już się pogorszą, to nie można się załamać, bo po burzy zawsze wychodzi słońce. 

Zakochałam się w tym serialu. Nie żałuję, że odbiło się to nieco na moich ocenach, bo zamiast się uczyć, to siedziałam i oglądałam. Warto było. Dla takiej dawki emocji i tego wszystkiego, co w brytyjskich serialach jest najlepsze. Podobało mi się w jaki sposób przedstawiono relacje między bohaterami. Jestem wyczulona na detale, więc każde spojrzenie, każdy gest i słowo nie przeszło obojętnie. Wprawdzie będę trochę smutna, załamana nawet zabierając się do kolejnego sezonu, ale story goes on. Life goes on. Kolejna lekcja wyciągnięta z tego serialu. Chyba nie jestem dobra w recenzowaniu czegoś, co naprawdę mi się spodobało. Jest też trochę minusów, dziur w fabule i niewyjaśnionych zagadek wszechświata, ale dla mnie były nieistotne. Co jeszcze mogę powiedzieć? Nawet jak nie lubicie nadnaturalnych zjawisk i istot, warto obejrzeć 'Being Human'. Bo dawno nie oglądałam takiego serialu, który wywołałby u mnie tyle emocji i przeżyć. Dawno nie zżyłam się tak z fikcyjnymi postaciami. Są tak ludzkie, mimo że paradoksalnie ludźmi nie są. 

I to tyle na dzisiaj. Zbieram się do 4 sezonu i może jak czas pozwoli, to rzucę okiem na wersję kanadyjsko-amerykańską. Zobaczę ile zepsuli. Ich wersje brytyjskich seriali nigdy nie są tak dobre jak oryginały, ale czasem umieją zaskoczyć.