Jadę dziś pierwszy raz na nowy kampus uczelni. Ponad pół godziny jazdy autobusem, który krąży po takich dziwnych ulicach, wioząc tak dziwnych ludzi, że się czuję jakbym pierwszy raz była w Kielcach. I tak będzie teraz wyglądało moje życie. Gubienie się w plątaninie korytarzy i sal bez numeracji. Miałam szczęście dzisiaj. Udało mi się zdobyć zaliczenie z historii literatury rosyjskiej, chociaż powinnam jeszcze odpowiadać z "Wojny i pokoju" oraz paru nieobecności. Ale jak widać mój wampirzy urok zadziałał i tym razem, przyszłam, wyłożyłam indeks na stół i po krótkiej, lecz miłej pogawędce, dostałam wpis. Jeszcze tylko jutro zdać ustny egzamin z tegoż przedmiotu i wracamy do wakacji. Jesiennych wakacji do końca miesiąca. Jak rano wychodziłam z mieszkania, to nie padało. Jak wracałam, to udało mi się przemoknąć. No cóż, nie moja wina, że na ten koniec świata ciężko dojechać, jeszcze gorzej się stamtąd wydostać i na najbliższy sensowny dla mnie przystanek musiałam przejść spory kawałek. W deszczu. Bez parasolki albo nawet kaptura. Ale nie narzekam, takie jest życie. Życie w trasie koncertowej. Dzisiaj tu, jutro gdzie indziej. Mijamy się. Mijamy się cały czas, rano pijemy razem kawę, sypiemy żartami. Czasem uda nam się zobaczyć po południu, na krótką chwilę, a potem znowu każde idzie w swoją stronę, ma własny wszechświat do ogarnięcia. Czasem odwiedzi nas ktoś jeszcze. Jesteśmy razem przez chwilę, kto wie, czy się jeszcze spotkamy. Nigdy nic nie wiadomo. Nie wiadomo co będzie jutro. Ale radośnie mówimy sobie "Do zobaczenia!". Liczymy na to, że kiedyś jeszcze się spotkamy, że nasze trasy koncertowe się przetną. Czasem zespoły, które uformowaliśmy przez lata, rozpadają się nagle i niespodziewanie. Po prostu coś przestaje działać. Jedno koło zębate wypada i cały mechanizm się psuje. Zmieniamy zespoły tyle razy w ciągu życia. Nowe nie zawsze znaczy lepsze, jest po prostu inne. Ale nie wyklucza to paru wyjątków, gdy nowe rzeczywiście okazuje się lepsze. A czasem trudno zastąpić ludzi z zespołu, nie można znaleźć kogoś odpowiedniego. Wtedy koncertuje się solo. Każdego dnia z dumą wychodzi się na scenę i śpiewa od serca. Nie wszyscy to rozumieją. Wielu będzie wyszydzać i gnębić. Ale cóż z tego, ja wiem swoje. Czasem uśmiechnę się, gdy przypadek sprawi, że komuś spodoba się moja piosenka. Albo gdy natrafię na kogoś z kim kiedyś w przeszłości grałam tyle wariackich koncertów. Dopijam resztę kawy. Nigdy nie wiem z kim jutro przyjdzie mi ją pić i w jakich okolicznościach. Cichy optymizm nadal się mnie trzyma. Wmawiam sobie, że będzie dobrze, musi być. Albo, że przetrwam, przecież zawsze mi się udaje przetrwać, nawet najgorsze. Może nie mam innego wyboru. Może mam, ale wiem, że ktoś być może liczy na to, że moja trasa koncertowa obejmie także i jego miasto.
środa, 11 września 2013
niedziela, 1 września 2013
Vampire Smile.
Dzisiejszą historię napisałam pod wpływem osobistych doświadczeń, tej piosenki i pewnego serialu. Tak czy siak, wyszło jak wyszło.
Vampire Smile.
Hello, my friend. You seem to remember every
detail of this crap but you’ve forgotten about me. And it would break my heart
if I had one. Fortunately I am the reasonable part of your mind. Or soul. Or
whatever you want to name this. I’m still here even if you keep telling
yourself that I’m gone and everything will be normal. Well, it won’t ever be
normal. So I guess you should just stop pretending and fooling yourself. But
back to the main theme. You remember? Of course you do. But only the good bits.
I know the whole story. You dream? Yes, but you should be careful what you
really mean. I know. I know all yours ‘what ifs’ and ‘I don’t knows’. I know.
And since you’re a bit of a mess it is my responsibility to make sure you know
it too. Let’s start with this whole I remember thing. You felt good around
people? Really? I don’t want to be mean but the last time you said that, I was
the one who held you when all you wanted was to tear them apart. Limb by limb,
take off the skin, make bloody smoothies out of brains and veins. Those was
your thoughts, not mine. I only tried to stop you. I’m just the voice of
reason. And remember the last time you was sleeping with a boy? You wasn’t
asleep. You just lied there, next to him, your hands slowly reaching to his
throat. Eye pupils all round and shiny. Trembling fingers couldn’t wait to
squeeze this fragile skin. You wanted to strangle him in your own bed. And I
stopped you. Told you to be quiet and go back to sleep. That’s who you really
are. You’re a vampire smile. All your undisclosed desires and needs. You don’t
lust for love. You lust for blood. You dream about lying your head on his
chest, listening to his heartbeat. Yes. But you only want to listen the rush of
blood through the veins. You like that pounding sound. You want to listen to it
just before you dig your claws into, reach to the heart, tear it out and taste
the sweet red blood. Taste the skin just before you sink your teeth. More
blood. That’s what you really want. Even though you keep on telling yourself
that you’re not a vicious predator. That you’re different. Normal. No, you’re not. And it’s not your
fault. But you have to embrace it. Accept the facts. So you won’t hurt anyone.
Well, I really don’t mind but just for the record, let’s keep us on the bright side.
Be reasonable. Stop fighting it. It’s in your nature. It’s in you and me. In
us. I know you want him. But you need to know that you don’t want him in that
way. It’s all about blood. And your hunger. And he’s far away which I guess is
good for him. Otherwise you would just tear him apart and drink to the last red
drop. The best part of it you wouldn’t be aware of that. You would wake up next
to the cold corpse and be frightened. That’s why you need me. To keep you in
your chains. And it’s me telling you to let go. Stop thinking about it. About
him. Or anyone else you could just hurt and call it love. Vampire smile. Just
keep smiling.
sobota, 31 sierpnia 2013
Street Cats.
Jedziemy dalej. Dzisiaj będzie krótki tekst, ale za to jak bardzo melancholijno-nostalgiczny. Będzie wspomnienie lat liceum, najlepszego okresu w moim życiu. Będą też (nie moje) zdjęcia mojej mieściny, która kiedyś była najlepszym punktem na świecie, teraz przez 2 lata zmieniła się w jakiś rodzaj więzienia, w którym odbywam karę za uniesienie się pychą. I za lenistwo. No cóż. Parafrazując tekst piosenki: "That's me, that's me, the girl with the broken halo".
Street Cats.
I remember.
Most of the time I’m busy with life, daily unimportant things. But there
are those nights when
I remember everything. We were the street cats, always trying to stay
out of troubles but they would find us eventually. Sooner or later. So
we were going out, embracing the night, the streets of our darkened
town. We had this one special place, this café with room for smokers.
Because we were smokers those days. Some of us still are. We used to sat
there, drink a few pints, smoke a pack or two, laugh and talk for
hours. We were strangers at first but after one beer we were instantly
friends. Or something like that. I remember the first time I saw you. I
remember how our eyes constantly crossed above the table. Maybe we were
talking. Maybe not. It doesn’t matter now. What matters is that one
night when we were drinking in that dirty alley. Indirect kisses by
cigarettes and vodka bottle. How I fell in love with you. I always fall
in love when I’m drunk. But this time was different. I remember you
walking me on my bus station. I remember how I clinged onto your arm. I
remember how I squeezed your body with that one last hug. I remember
your smell on my clothes the next day. I remember all of that. But now
we’ve changed. Everything’s changed. And I have to forget. The last time
I saw you, you were walking down the street with your girlfriend. And
my heart skipped a beat. Because I knew the very moment I’ve met you
that we are never going to be together. But I still dreamed. Hoped. And
it hurts every time. It hurts when I remember. And no matter how hard I
try to forget I always end up remembering every detail.
I remember.
But I’m more than sure you’ve forgotten all of that.
***
But we are still the street cats. Maybe we grow up a
little. At least we're pretending to be adults but inside we're kids.
Just learned how to drink alcohol. But we still walk on the kerbstones
instead of pavements. We laugh at the starry sky, make blurry memories.
Drunk walking to the store, saying hello to police officers, hiding
vodka with a smugly faces. Good times. Maybe without love but still fun.
Street cats. Roaming the streets in the middle of the night, when
everyone is asleep. That's our time to shine.
piątek, 30 sierpnia 2013
For what I am (not)
Dzisiaj będzie historyczne wydarzenie na blogu. Otóż zamierzam się podzielić swoimi ostatnimi pisaninami. Oraz ujawnię swoją facjatę, bo będzie pasować do tematu historii. Haczyk jest taki, że story jest po angielsku, a zdjęcie jest zaraz po wyjściu od fryzjera. Tyle się zmieniło, że nie mam już tak ułożonych włosów, teraz żyją swoim własnym życiem. Ale to nic. Powinno dać jakieś wyobrażenie. A i z góry przepraszam za wszelakie błędy gramatyczno-ortograficzne, mimo tylu lat nauki tego języka, nadal mi się zdarzają.
Co mnie tak nagle naszło na takie coś? No cóż. Może nie chciałam być totalnym anonimem, a parę osób już mi pisało, że lubią czytać mojego bloga i czują się lepiej, bo zdarza mi się ubrać w słowa to, co oni mają w głowach, ale sami nie potrafią. Tak więc krótka historia na mój temat, żebyście lepiej mnie poznali.
For what I am (not).
I am that short girl who has to ask random
people for help in order to get something from the top shelf. I’ve always been
the shortest one in the group. I am a girl with short brown hair. I just don’t
care about my looks. There are days when I don’t even brush them, just let them
go whatever they want to be. Wind can be my hairdresser. My eyes are blue and
people say they’re pretty. But how can I tell, they’re just eyes to me. I swear
a lot when I’m angry. And I’m angry almost all the time. I guess I should have
some anger management classes. I also can hit you. Doesn’t matter if you’re a
boy or a girl, if you’re twice my height. I’m not afraid of possible wounds and
bruises. Maybe because I know that flesh can heal a way faster than soul. And
my soul has scars like no other. I like to be alone but I hate being lonely.
And I feel lonely a lot. I have a few close friends. I’m not that shy I can go
out at night and make blurry memories with strangers. But I’m constantly in
need of someone really close, someone to hold me when I’m silently crying and
shaking. And I cry a lot these days. I can cry when I hear a song that brings
me back memories. Or when I stare at the sunset. Even sunrise. Or when I clean
my room and find that one little thing which belongs to you. Or when I go to
bed and instead of falling asleep I think about everything bad that ever
happened to me. I make up the strangest scenarios in my head. But on the other
hand I can laugh like crazy at the stupidest jokes. Or I can smile to myself in
the middle of something just because I recall some thing that happened over a
year ago. What else? My mind is full of song lyrics, books and movie quotes. My
hands are used to holding a book, my fingertips are thicker from pushing the
guitar strings. My voice can be shaking at the end of the day because I sing
almost all the time. When I can’t sing I whistle. I feel more comfortable
around boys. I’ve always been a tomboy hanging out with boys next door. Girls
were boring to me. I preferred to climb the trees, bruise my knees and run wild
instead of sitting at fake tea parties with lots of dolls.
There are many things that I am. And even more
that I am not.
I am not a tall skinny girly girl. That type boys
love. In fact I’ve never had a boyfriend. But I was in love. I was in love with
a girl but she didn’t feel the same about me. I think I was in love with a boy
too. I fell in love with people’s souls not gender or looks. And now I’m all
alone. It can be good sometimes. I have all bed for myself. But on the other
hand I want to belong with someone. I want a soul mate, a best friend, a lover.
I crave for one thing I can’t have, I crave for love. And also I’m scared to
make any first move. And I don’t have anyone on the horizon which I would date.
There are days when it drives me insane. But most of the time I don’t think
about it I just live my life. I’m both happy and sad I’m still trying to figure
out how can it be.
I to tyle. Zdjęcie też jest super ucięte, ale jego pierwotnym celem było uwiecznić mój hairstyle. Tak czy inaczej, jak się spodoba pisańsko, to mam jeszcze trochę takich krótkich historii in inglisz, którymi mogę się podzielić.
środa, 28 sierpnia 2013
Kalendarz mi spadł, zegarek przestał działać.
Tak jak w tytule. Kalendarz naprawdę mi spadł ze ściany w kuchni, trochę się rozwalił, ale już go naprawiłam i znowu wisi. Na szarej wstążce, bo nie miałam lepszego pomysłu. Zegarek przestał działać, ale w sumie dobrze, bo akurat ten jeden mnie irytował cykaniem. Podczas próby ogarnięcia tego kuchennego bajzlu zauważyłam, że już powoli kończą mi się wakacje. I że zaczyna się już jesień. Kiedy beton na balkonie nie jest już nagrzany od porannego słońca, kiedy chce się tylko chodzić cały czas w bluzie i pić ciepłą herbatę albo kawę i słuchać blues rocka. Albo oglądać seriale w dużych, bardzo dużych ilościach. Co uskuteczniam sukcesywnie od paru dni (i zdążyłam obejrzeć wszystkie 3 sezony amerykańskiej/kanadyjskiej wersji 'Being Human'). Jesień czuć w powietrzu. Może tylko ja tak mam, ale potrafię wyczuć w powietrzu zmianę pogody i pór roku. Przed burzą pachnie inaczej. Po burzy zawsze pięknie. Idę swoim skrótem do sklepu i słyszę pod butami chrzęst opadłych liści. I niebo jest coraz częściej zachmurzone, słońce staje się rzadkim zjawiskiem. Plusy jesieni są takie, że mogę nosić moje rockowe bootsy i kurtkę bez ludzi patrzących na mnie jak na wariatkę. Chociaż i tak dalej się na mnie tak patrzą, bo na kurtce mam przypinki, na torebce też mam ich mnóstwo. Włosy mi sterczą we wszystkie strony, czesane wiatrem. Ciemne okulary w oldskulowym stylu. Ale czym tu się przejmować, zawsze odstawałam od norm społecznych. Nauczyłam się już nie przejmować krzywymi spojrzeniami przechodniów. Jedyne czego nie lubię w jesieni to świadomość, że zaraz zacznie się uczelnia. Wprawdzie mam jeszcze miesiąc, ale już na początku września czeka mnie jeden poprawkowy egzamin. Na który wciąż niewiele umiem i nie chce mi się uczyć i ciągle szukam sobie wymówek. Zeszyty patrzą na mnie oskarżycielsko, ludzie ze studiów żebrzą o notatki, których mam niewiele. Mój wydział zmienia lokalizację i nawet nie wiem, gdzie mam się stawić na ten egzamin, do nowego czy starego budynku. A że stary jest w centrum, w genialnej lokalizacji zaraz naprzeciwko mojej knajpy, to przykro mi się wyprowadzać do nowego, który jest na krańcu świata. Właściwie na drugim końcu miasta biorąc pod uwagę gdzie mieszkam. Wraz z nadchodzącą jesienią skończyły się imprezy balkonowe, jest już za zimno, żeby wyjść, usiąść na kocu, słuchać muzyki, popijać zimne piwo, palić fajki i gadać o wszystkim i niczym. Niby wciąż można, ale to nie to samo, gdy słońce zachodzi po 19 i jest zbyt chłodno, by siedzieć do późnych godzin nocnych lub wczesnoporannych. Zanim zacznie się uczelniany burdel to chciałabym jeszcze spotkać się ze znajomymi w knajpie, ale pewnie już pojechali do swoich miast. Kto wie, zapytać zawsze mogę. Pewnie szukam kolejnej wymówki, żeby się tylko nie uczyć. No cóż. Prawdziwa nauka się zacznie wraz z rokiem akademickim, gdzie będę musiała napisać ten licencjat, obronić go, a w międzyczasie poprawić też maturę i przygotować się do wyprowadzki. I jeszcze pewnie milion innych rzeczy po drodze. Już mnie wszystko boli na samą myśl o tym. Ale póki co cieszę się ostatnimi chwilami wolności. To miał być wpis o jesieni, jest wpis o życiu. Jak zwykle. Co do życia, niektóre sprawy spartoliłam, inne niby się poprawiają. Miałam pierwszą poważną konwersację z moim ojcem na tematy, o których nigdy nie rozmawiamy i pierwszy raz w życiu poczułam z nim jakąś nić porozumienia. Może na dobre to wszystko wyjdzie. Jeszcze nie wiem. Daddy issues będą się za mną ciągnąć przez całe życie, ale mogę sobie wmawiać, że będzie dobrze. Chociaż z dobrych rzeczy, wróciłam do pisania krótkich opowieści. Po angielsku, bo chciałam spróbować i podobno całkiem dobrze mi idzie, ale nie mi to oceniać. Wena wróciła.
I na koniec piosenka, która mnie prześladuje cały dzień A storm is going to come.
I na koniec piosenka, która mnie prześladuje cały dzień A storm is going to come.
czwartek, 22 sierpnia 2013
Music Box #1
Na początku myślałam, żeby posty o muzyce tytułować "Ścisz ten jazgot!". Ale potem okazało się, że mojej mamie podobają się rzeczy, których słucham i jedynie sąsiedzi mają czasem z tym jakiś problem. Ale nie mówią mi tego wprost, wolą skarżyć się mojej mamie, która ich zbywa wzruszeniem ramion, bo naprawdę lubi moją muzykę. Jak wspólnie uznałyśmy, dobrej muzyki nie puszczają w radiu. Tak czy inaczej, zaczynam dzielenie się swoją playlistą do wkurzania sąsiadów. Na początek zespół, który ma smutne teksty piosenek i bardzo radosne melodie. Ale mają też songi będące czystą radością.
Panie i panowie, oto The Hoosiers!
Z tymi miłymi panami zapoznała mnie koleżanka, kiedyś szukałam piosenek z teledyskami w specyficznym klimacie. I podesłała mi Cops and robbers. I zakochałam się od pierwszego przesłuchania. Uwielbiam głos wokalisty, potrafi takie nuty śpiewać, jakich ja nigdy nie zaśpiewam. I teledyski mają naprawdę w moich klimatach. I bezbłędne stylówy. I jak się naoglądałam wywiadów i ich wideoblogów, to już kompletnie przepadłam. Tak pozytywnie porąbanych ludzi to ze świecą można szukać i ciężko znaleźć. Kolejny song, który razem z Potworkiem śpiewamy (czy też raczej wyjemy) na moich balkonowych imprezach, to Choices. Tutaj teledysk wygrywa internety. I nie ma nic lepszego niż strzelanie boom boomów z jednego kieliszka i darcie się na pół osiedla "stap giwin mi czojseeeeees!". A potem wyjście po północy na plac zabaw, żeby pohuśtać się na huśtawce lub pokręcić na karuzeli. Ten zespół jest idealny jeżeli chodzi o muzykę spontanicznej radości, zawsze poprawiają mi nastrój. I ten ich song Bumpy Ride był i nadal jest songiem moich tegorocznych wakacji. Bo gdzie ja nie byłam w tym roku. Zaczynając od Lwowa, kończąc na randomowej imprezie urodzinowej barmanki z naszej knajpy. Taki bumpy ride miałam. Jak oglądam ten teledysk, to nie mogę się nie uśmiechnąć. Widzę tam pełno scen z własnego życia. Obecnych wakacji i tych co kiedyś były. Łażenie ze znajomymi po torach, wygłupianie się w miejscach publicznych i pełno zabawy. Takiej na luzie kompletnym, wychodzisz z domu i nigdy nie wiesz, gdzie cię poniesie. A teraz song, który kocham najbardziej i ciężko mi powiedzieć dlaczego. Po prostu Worst Case Scenario. I tutaj hairstyle wokalisty zainspirował mnie do obcięcia włosów w podobnym stylu. Teraz mam takiego czochra na głowie i jestem zadowolona, bo pan fryzjer wiedział o co mi chodzi, nawet jak sama nie umiałam mu tego wyjaśnić. I dla odmiany teraz trochę 'mroczniejszych' piosenek z ich dyskografii. Przede wszystkim Killer, chyba nie muszę mówić jak bardzo kocham linię basową w tym utworze. I całą historię w nim przedstawioną. Idealne do słuchania o 3 w nocy, na balkonie, przy pełni księżyca. A jak mi smutno i źle, to słucham sobie The Trick to Life. Ewentualnie Run Rabbit Run. Z takich smętów jest jeszcze Everything goes dark. Tego nawet próbowałam się nauczyć grać na gitarze, ale mój skill jest jeszcze za mały. Kiedyś się nauczę. Póki co umiem jedynie zaśpiewać. Ale żeby zakończyć optymistycznie, to zakończę drugą w kolejności ulubioną piosenką, czyli Unlikely Hero. Tutaj w teledysku widzę pewne nawiązania do Star Treka i pewnie dlatego, tak mi się podoba. No i jest cholernie chwytliwe.
I to pewnie nawet nie jest połowa piosenek, którymi chciałam się podzielić, ale nie będę już zasypywać linkami. Jak komuś się spodoba, to się spodoba, chociaż większość ludzi, których znam, ten zespół irytuje. Mnie akurat się przypodobali, bo lubię czasem posłuchać czegoś lekkiego i radosnego. Swoją drogą, jak się spodobali, to polecam obejrzeć ich wideoblogi, a zwłaszcza to (żeby się przekonać, jakie z nich czopsy i wołki zbożowe) oraz this (żeby się dowiedzieć, skąd wzięłam swe powiedzonko "mjuzik! inspirejszyn!" oraz że ukradli moje kroki taneczne). Hoosiersi mają jeszcze kilka naprawdę świetnych nagrań live z koncertów i z radia, ale to już zainteresowanym podrzucę. To by było na tyle, kolejny Music Box już wkrótce, będzie ulubiony zespół mojego sąsiada paździocha, który na milicję chciał dzwonić. Ale to już historia na innego posta.
środa, 7 sierpnia 2013
Po co ci ta muzyka?
Tak jak w tytule. Często miałam do czynienia z ludźmi, którzy nie rozumieli jak można mieć taką psychofazę na muzykę, zespoły, ludzi z zespołów. Jak można kupować oryginalne płyty i cieszyć się z tego, że zagracają miejsce na półce. Jak można katować jedną piosenkę słuchając jej 500 razy pod rząd. Jak można wydawać tyle pieniędzy na bilety na koncerty, znosić trudy podróży, tylko po to, żeby zobaczyć na żywo swoich ulubionych wykonawców. Po co mi ta muzyka? To będzie pierwszy post z serii, dlaczego muzyka uratowała mi życie i to nie raz.
Kiedyś nie byłam aż takim wielkim fanem. Raczej średnio uświadomiona byłam w tym co ludzie słuchają. Słuchałam tego co wszyscy, każdy ma dziwne okresy, był u mnie i taki, że słuchałam polskiego hip-hopu, techno, reggae. Nawet i szanty się znalazły. A to już wina mojego brata. Dzięki niemu zaczęłam słuchać Dżemu. A od siostry ukradłam Happysad, Linkin Park, Simple Plan i kilka innych zespołów. I tak się słuchało bez większego zrozumienia. Dopiero pod koniec gimnazjum zaczęłam świadomie wybierać tego, czego słucham. Miałam wtedy dosyć ciężki okres w życiu, taki naprawdę ciężki. Powiedziałabym nawet, że depresyjny, ale nikt mnie wtedy nie diagnozował. Tak czy inaczej na uporanie się z trudami rzeczywistości nie miałam już sił. Dopóki nie znalazłam Coldplay. Od nich się zaczęło. Ja wiem, wszyscy mówią, że jak słuchasz Coldplay, to wpadniesz w jeszcze większego doła niż masz. Ale u mnie działało to inaczej. Jakoś podnosiło na duchu. Nawet jak mnie smucili, to wtedy spadałam na samo dno czarnej rozpaczy, ale na drugi dzień wszystko było już o wiele lepsze. Dotknęłam dna i się odbiłam. Tak samo z Simple Plan. Do dziś mam do tych zespołów spory sentyment. Aktualnie moją playlistą rządzą 3 inne zespoły, o których napiszę w kolejnej notce. Kiedy to nastąpi, nie mam pojęcia, krucho u mnie z organizacją i czasem. Tak czy inaczej. Muzyka uratowała mi życie. Nie wyobrażam sobie dnia bez przesłuchania kilkunastu piosenek. To jest tak, że czasem po prostu nie chce się już z nikim rozmawiać, powtarzać w kółko co cię boli. Niekiedy nawet nie potrafię ubrać w słowa tego, co mi dolega. Ale muzyka rozumie. Nie ocenia, nie odrzuca, po prostu jest zawsze przy mnie. Trzeba mieć jakąś odskocznię od życia, ja ją mam w muzyce. I w paru innych rzeczach, ale o tym kiedy indziej.
A żeby jeszcze bardziej się wczuć i odprężyć, odkurzyłam gitarę klasyczną, która należała do mojego brata. Zawsze chciałam umieć na czymś grać, pomyślałam sobie, że czemu nie. Wszystko jest ciekawsze niż pisanie pracy licencjackiej na studia, których nie znosisz. I tak od jakiegoś czasu moje ulubione zajęcie to zdzieranie palców do krwi na strunach i potem odpoczynek, leżenie z gitarą na łóżku i słuchanie moich 3 zespołów. Jak będę już większym wymiataczem, to zacznę zbierać na akustyka. Na elektrycznej gra elita, do której nigdy należeć nie będę raczej, bo za późno się wzięłam za naukę.
Tak więc na pytanie po co mi ta muzyka, mogę odpowiedzieć - żeby przeżyć każdy kolejny dzień. Żeby w ogóle żyć. Trochę zapomnienia w świecie absurdu i chaosu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








