czwartek, 26 września 2013

Whatever happened to my rock'n'roll?




  
  
Dzisiaj będzie o muzyce, filmie, moich przemyśleniach i odczuciach. Miałam napisać tego posta wczoraj późnym wieczorem, ale nie mogłam się skoncentrować i poukładać natłoku myśli. Zacznę więc od początku. Szukałam różnych różności w internetach i na tumblu, i trafiłam na pewien film. Nie żałuję, że go obejrzałam, żałuję jedynie, że tak późno się za to wzięłam. 
Film nazywa się 'Sound City' i przedstawia historię legendarnego studio nagrań - TRAILER. Jest to film dokumentalny, więc specyfika gatunku występuje. Ale warto obejrzeć, jeżeli ktoś kocha muzykę tak bardzo jak ja, to na pewno doceni ten film. Ja dałam mu aż 9 filmwebowych gwiazdek. Nawet jeżeli muzyka z USA lat 70, 80 nie jest moim priorytetem. To jednak ten film opowiada historię muzyki w taki sposób, że nie da się jej nie polubić. Czuć, że film robiony jest przez człowieka, który żyje i oddycha muzyką. I to, że kiedyś muzyka była robiona od serca. Miała serce i duszę człowieka, który ją tworzył. Teraz ciężko to znaleźć, w erze digitalizacji i auto tune. Przez cały seans na zmianę się uśmiechałam i miałam ciarki na plecach, żeby zaraz później czuć zbierające się łzy w oczach. Ze wzruszenia i smutku. W trailerze przewija się utwór BRMC 'Whatever happened to my rock'n'roll?' i nie mogli wybrać lepszej piosenki. Bo dokładnie takie pytanie dzwoniło mi w głowie po obejrzeniu tego filmu. Co się stało? Coś brutalnie pożarło serce i duszę muzyki w dzisiejszych czasach. Studio Sound City nie przetrwało próby czasu. Zostało wyparte przez nowocześniejsze studia, gdzie digital robi wszystko za muzyka. Ale cóż z tego, że komputerowo można odtworzyć dźwięk perkusji, poprawić błędy gitarzysty czy basisty? To co powstaje nie ma duszy, nikt mi nie wmówi, że takie suche i puste nagranie będzie lepsze niż koncert na żywo. Niż nagrywanie płyty z uczuciem. Siedzenie całą noc w studio i dopracowywanie każdego dźwięku. Zebranie grupy ludzi z różnymi uczuciami i przejściami, by mogli stworzyć coś, co poruszy serce drugiego człowieka. Oczywiście z drugiej strony, nowe technologie potrafią być bardzo pomocne, jeżeli używa się ich odpowiednio. 

"Trent Reznor: Now that everyone is empowered with these tools to create stuff, has there been a lot more great shit coming out? Not really. You still have to have something to do with those tools. You should really try to have something to say."

Dokładnie tak. Przywilejem artysty jest możliwość podzielenia się swoimi uczuciami z innymi ludźmi poprzez dany utwór. Ale to musi być szczere, prawdziwe uczucie, a nie chęć zarobienia jak największej ilości pieniędzy. Dlatego nie lubię tego komercyjnego gówna jakim dziś raczą mnie programy muzyczne i radio. Nie kupuję tego. Nikt mi nie wmówi, że współcześni piosenkarze i piosenkarki (nie będę wytykać palcem kto dokładnie, bo to niegrzeczne) mają coś głębokiego do przekazania innym. Jestem wyczulona na artyzm, piękno, brudne piękno szczerego uczucia. A co widzę i słyszę jak włączę np.: Vivę (MTV nie wymieniam, bo zmieniło się w jeden wielki program nastoletnich ciąż i innych 'problemów' bananowej młodzieży). Widzę 'artystów', którzy umieją jedynie świecić gołymi tyłkami, cyckami, gołą klatą i piękną buźką po operacji photoshop, chirurg plastyczny i godziny spędzone u kosmetyczki. A co słyszę? Digital, elektronikę, papkę, pulpę dźwięków, które nie mają większego uroku. Takie łupu cupu, przy którym można jedynie dobrze bawić się w klubie. Nie chodzę na imprezy do klubów. Wolę rockowe koncerty. Pewnie są ludzie, którzy myślą zupełnie odwrotnie, ale tak już jest. Dla mnie muzyka ma znaczenie. Żyję i oddycham muzyką. Jest dla mnie źródłem inspiracji, siły do życia i przetrwania. Dlatego nie kupuję tego komercyjnego badziewia jakim mnie raczą dzisiejsze czasy. Owszem, czasami znajdzie się prawdziwą perełkę wśród morza kiczu. Bardzo rzadko, ale zdarza się. 

Ale wracając do 'Sound City'. Naprawdę piękny film. Przypomniał mi jak bardzo kocham muzykę. I ci wszyscy utalentowani ludzie zebrani na jednym planie filmowym! Te wszystkie zespoły, Nirvana, Queens of Stone Age, Fleetwood Mac, nawet BRMC się pojawili w creditsach. Bo oni zostali po tej lepszej uduchowionej stronie muzyki (czym zdobyli moje serce, ale o nich był wcześniejszy post). I zobaczyć ich jak grają razem w jednym studio. Paul McCartney i Dave Grohl, spełnienie marzeń tego drugiego. Radość z grania widać i słychać w każdym dźwięku, każdym gitarowym riffie, każdym przejściu na perkusji. Coś pięknego. Jeżeli się kocha muzykę tak jak ja. I ten film jest źródłem naprawdę dobrych cytatów o muzyce i życiu w ogóle. 

"In this age of technology where you can simulate and manipulate everything. How do we retain that human element?" 

Piękne słowa. I może mój post będzie bardzo stronniczy, ale cóż. Jak dla mnie ten film był idealny. Czuję, że nie jeden raz do niego jeszcze wrócę. Gdy będę się czuć przygnębiona, smutna, będzie mi brakowało motywacji do czegokolwiek. Wtedy sobie przypomnę wszystko, co kocham. 

"I fell in love with the sweet sensation
I gave my heart to a simple chord
I gave my soul to a new religion
Whatever happened to you
Whatever happened to our rock'n'roll" 

sobota, 21 września 2013

Music Box #3

Myślę, że większość osób ma swój jeden jedyny ukochany zespół, który uwielbia ponad wszystkie inne. Dzisiaj będzie o moim 'the one and only'. Najbliższy mojemu sercu. Co ciekawe, znałam ich na długo zanim zaczęłam być totalnym psychofanem. Ale dopiero pewnego ciężkiego poranka po imprezie ich muzyka dotarła do najciemniejszych zakamarków mojej duszy i rozerwała serce na strzępy, tylko po to, by chwilę później je poskładać w coś zupełnie nowego. Panie i panowie, oto Black Rebel Motorcycle Club. W skrócie BRMC. Po francusku Le Club Noir des Rebelles Motocyclistes. 


Czuję, że muszę zacząć od nazwy zespołu. Czemu taka długa i skąd się wzięła? Otóż drodzy państwo, jako prawdziwy psychofan muszę znać wszystkie szczegóły, całą biografię zespołu i inne ciekawostki. Nazwa wzięła się z filmu 'Wild One' z Marlonem Brando, gdzie należał on do gangu motocyklowego pod takim właśnie tytułem. Początkowo chcieli przyjąć nazwę innego filmowego gangu, ale była już zajęta. The Beatles znaczy się. I tak zostało przy BRMC. I jeżeli o mnie chodzi, to nie ma dla nich lepszej i bardziej adekwatnej nazwy. Czarne ciuchy są. Rebelskie nastawienie do świata i rzeczywistości jest. Motóry też są. A klub jak to klub, na początku było same męskie towarzystwo (z poprzednim perkusistą Nickiem Jago), teraz jest towarzystwo mieszane, ale Leah Shapiro na perkusji wymiata lepiej niż jakikolwiek facet. Skoro już jestem przy członkach zespołu, to wypadałoby wymienić resztę. Moi bogowie gitary, czyli Robert Levon Been (gitara, gitara basowa i wokal) oraz Peter Hayes (gitara, okazjonalnie harmonijka, wokal i niezwykła umiejętność połączenia tego wszystkiego plus palenie szluga na koncertach, jak śpiewa to fajek idzie między struny na główce gryfu, to jest skill). Z innych ciekawych ciekawostek, to Robert jest synem Michaela Beena, lidera zespołu The Call. I jak był mały to bawił się w chowanego z Davidem Bowie. A kto jest liderem w BRMC? Myślę, że tworzą tak zgrany zespół, taką rodzinę, że każdy na swój sposób i w danej okoliczności jest liderem.
No to mogę przejść do muzyki teraz. Zacznę od mojej ulubionej piosenki, która wywołuje ciary na całym ciele i ma tak piękną linię melodyczną, co zostaje w głowie na wieki - Beat the devil's tattoo, dodatkowo ten wykon z koncertu jest moim fav. Bo Robert się rozkręcił pod koniec i jak gra, to z całym serduchem i duszą na ramieniu. I gitarą na ramieniu, nie wiem dlaczego, ale uwielbiam jak modli się do gitary, unosi ją pod samą szyję i szarpie te struny, jakby od tego jego życie zależało. A teraz song, który sprawia, że mam chęć ubrać się w rockową stylówę i iść na ich koncert jak najszybciej, a także song, który muszę włączyć na fulla i poskakać po pokoju za każdym razem, gdy przytrafi mi się posłuchać radia i ubolewam nad tym jakie badziewie teraz puszczają w tymże radiu - Whatever happened to my rock'n'roll. I song, którym zawsze kończą koncerty, a Robert idzie pod barierki do publiczności (co mnie utwierdza w przekonaniu, że jak będą mieć koncert w Polsce, to będę się bić o to, by być pod barierkami) - Spread your love. Song, który ma lekko folkowe brzmienie, jak to moja mama powiedziała, ale jest super (i będę rzucać nagraniami z tego koncertu, bo był the best, a ich najbardziej się docenia na koncertach) - Ain't no easy way out. I song, który już zawsze będzie mi się kojarzył z pewnym filmem (w zasadzie to był taki artystyczny pornolek, ale nevermind) - Love burns. A to jest mój song do powrotów do rodzinnego domu, siedzę w pociągu, gapię się na widoki za oknem, nucę pod nosem "Who knows if I'll see you again?", ewentualnie idę po torach w moich rockowych bootsach, a na plecach niosę gitarę, kiedyś się może nauczę to grać - Shuffle your feet. Teraz sobie uświadomiłam ile oni mają piosenek z 'love' w tytule, a te songi wcale nie są takie radosne jakby się mogło wydawać - We're all in love. Song, który pomaga mi zapomnieć o tych niespełnionych miłościach - Took out a loan. A to z kolei wbrew tytułowi ma niewiele wspólnego z pewnym niemieckim miastem - Berlin (ale za to w refrenie Pete tak cudnie śpiewa "uhhh somebody"). A skoro jestem przy temacie, to jedna z najseksowniejszych piosenek, jakie dane mi było usłyszeć. A ta wersja live jest mega mega mega! - 666 conducer (uwielbiam to "you're a sex sex sex conducer, how do you do the things you do sir?", no i Robert, który wlazł se na wzmacniacz i modli się do gitary). A teraz dwie piosenki, które potrafią wyrwać mnie z marazmu życiowego i wiecznych nawrotów depresji - Lien on your dreams i Conscience killer. Wspomniałam wcześniej kim był ojciec Roberta. Nie mówiłam jednak, że pomagał BRMC w trasach koncertowych i w czasie jednego koncertu zmarł, zawał serca, nie do uratowania. I jestem pełna podziwu, że BRMC postanowili nie odwoływać koncertu, zagrali, ale to był najsmutniejszy koncert jaki widziałam, a tyle rozpaczy w głosie Roberta podczas śpiewu sprawiało, że mnie samej chciało się płakać. Rzecz z całą historią związana, BRMC postanowili w ramach swoistego hołdu dla Michaela Beena nagrać cover jego piosenki. I wyszło im pięknie - Let the day begin. A jak już jestem przy piosenkach z ostatniej płyty (która ma trochę inne brzmienie, czuć tam smutek, czuć ból i wszystkie 7 etapów żałoby), to nie może zabraknąć Hate the taste i Rival. Mogłabym te piosenki wymieniać cały dzień. Ale rzucę jeszcze tylko kilka, jak ten utwór, który mnie hipnotyzuje i sprawia, że uśmiecham się złowieszczo, bo mam w głowie niecne plany - Shadow on the run. Albo Mercy, które zawsze powoduje u mnie melancholijny nastrój i sprawia, że myślę o sprawach z przeszłości, które mogłam rozwiązać inaczej.
I koniec mojej piosenkowej wyliczanki. To są moje ulubione kawałki, chociaż znając moją sklerozę, to pewnie i tak coś pominęłam. Dlaczego akurat ten zespół tak bardzo zgrywa się z moją duszą? Nie mam pojęcia. Może to zasługa ludzi w nim grających, ich historii, tego jak grają. A przelewają w swoje utwory całe swoje serca, dusze, wszystkie emocje. I odkryłam jak bardzo to wszystko pasuje i do mnie. Potrafią być buntowniczy, źli na cały świat, wkurzeni, albo smutni i depresyjni, ale to nie wyklucza poczucia humoru, dosyć przewrotnego, jak to wykonanie - Girls just want to have fun. Bywają też uroczy i słodcy do bólu zębów. Tak jak tu. W pewnym momencie zazdrościłam tej małej dziewczynce, że spotkała Roberta grającego na lotnisku. I to mi przypomina, że muszę się nauczyć grać 'Wild one' na gitarze. Kto wie. I ostatni już link, jaki podam. Ostatnia część z serii krótkich filmików nawiązujących do ich ostatniej płyty - this. Jak dla mnie kwintesencja zespołu. Są motóry, jest jazda w nieznane, wiatr we włosach, poczucie wolności i wiecznej wędrówki w poszukiwaniu sensu. I piękna recytacja równie pięknego wiersza. BRMC skradli mi serce i już żaden inny zespół nie będzie w stanie tego powtórzyć. Moja psychofaza na nich sprawia, że czytam każdy wywiad (także te po rosyjsku, a co, w końcu wmawiam sobie, że tak się uczę języka), oglądam niemalże każde video z koncertów i marzę o tym, by mieć ich wszystkie płyty (póki co mam jedną, ciężko je dostać). I marzy mi się pójście na ich koncert jak będą w Polsce. Będę stać pod barierkami, tego możecie być pewni. Na koniec jedno z moich ulubionych ich zdjęć (a jest ich sporo i gdybym chciała wstawić wszystkie, to ten post byłby dwa razy dłuższy). 

 Photo credit:
www.katiedervin.com

wtorek, 17 września 2013

Music Box #2

Dziś będzie o zespole bardzo bliskim mej blues rockowej duszy. Są ludzie, którzy umieją grać na gitarze i jest Dan Auerbach. Są ludzie, którzy umieją grać na perkusji i jest Patrick Carney. Są zespoły, które są fajne, ale szybko się o nich zapomina. I jest też The Black Keys.


Ze śmieszniejszych rzeczy, jak kiedyś to zdjęcie w miniaturze zobaczyłam, to przeczytałam 'sexplosion!'. Też pasuje. Uwielbiam ich. Uwielbiam teksty piosenek, linię melodyczną, brzmienie gitary i perkusji, wokal Dana. I że pasują niemal na każdą okazję. Ich ostatnia płyta 'El Camino' jest nieco bardziej radosna i rozrywkowa niż te wcześniejsze. Na imprezach balkonowych świetnie się bawiliśmy przy Lonely Boy (pan z teledysku jest świetny, taki urzekająco pocieszny), Gold on the ceiling (uwielbiam takie montażowe teledyski, gdzie część jest materiałem z koncertów, zza kulis i takie tam cuda). Świetnie się do tych piosenek tańczy po całym pokoju, aż do momentu, gdy jakiś sąsiad paździoch zacznie gwizdać pod balkonem i później stoi pod drzwiami 15 minut wołając "Ziomek! Bajerę mam!". Wtedy już jest koniec imprezy. Ale moją ulubioną ich piosenką już na zawsze zostanie Little black submarines. Ma bardzo ciekawy klimat, dosyć smutno i ponuro, a solo na gitarze rozrywa duszę. Przynajmniej moją. I mniej więcej w wersji akustycznej ten song umiem zagrać na gitarze, z czego jestem dumna. (I czasem cicho się śmieję, bo w tym songu słyszę 'House of the rising sun' i 'Stairway to heaven'). Z kolei tutaj jest przykład świetnego zgrania piosenki z teledyskiem stylizowanym na trailer filmu, kino według Tarantino i pewnie dlatego mi się to wszystko podoba - Howlin' for you. Bez kitu, obejrzałabym taki film, jeżeli tylko The Black Keys mieliby ścieżkę dźwiękową. Ale i na koncertach chłopaki dają czadu. Jak tu z moim kolejnym ulubionym kawałkiem - Your touch. Albo też Tighten up. 
Ale oprócz imprez balkonowych, lubię ich posłuchać także w innych okolicznościach. Świetni są jako tło muzyczne, gdy się jest w czarnej rozpaczy i pije się do lustra (tutaj muszę wspomnieć o solowej płycie Dana, którą kiedyś przesłuchałam całą w trakcie takiego smutnego wieczoru przy piwie, oj ile płaczu było przy tym - bardzo dobra płyta). Tak więc, do piwa, wina, whiskey tudzież innego trunku polecam Sinister kid. Albo też Hell of a season. Ten utwór mi się szczególnie kojarzy z pewną osobą i dlatego jest dla mnie dwa razy bardziej ponury. Świetnie też się ich słucha przy takiej jesiennej pogodzie jak teraz. Deszcz cały dzień, zimno, kawa i papierosy. Things ain't like they used to be. I pewnie bym tak mogła wymieniać ich piosenki do jutra, co by mi się przypomniało, ale każdy album miał w sobie coś wyjątkowego. Tak czy inaczej, uwielbiam The Black Keys, pewnie każdy, kto urodził się z bluesem we krwi, ich polubi. 

 

środa, 11 września 2013

Żyjemy w trasie koncertowej.

Jadę dziś pierwszy raz na nowy kampus uczelni. Ponad pół godziny jazdy autobusem, który krąży po takich dziwnych ulicach, wioząc tak dziwnych ludzi, że się czuję jakbym pierwszy raz była w Kielcach. I tak będzie teraz wyglądało moje życie. Gubienie się w plątaninie korytarzy i sal bez numeracji. Miałam szczęście dzisiaj. Udało mi się zdobyć zaliczenie z historii literatury rosyjskiej, chociaż powinnam jeszcze odpowiadać z "Wojny i pokoju" oraz paru nieobecności. Ale jak widać mój wampirzy urok zadziałał i tym razem, przyszłam, wyłożyłam indeks na stół i po krótkiej, lecz miłej pogawędce, dostałam wpis. Jeszcze tylko jutro zdać ustny egzamin z tegoż przedmiotu i wracamy do wakacji. Jesiennych wakacji do końca miesiąca. Jak rano wychodziłam z mieszkania, to nie padało. Jak wracałam, to udało mi się przemoknąć. No cóż, nie moja wina, że na ten koniec świata ciężko dojechać, jeszcze gorzej się stamtąd wydostać i na najbliższy sensowny dla mnie przystanek musiałam przejść spory kawałek. W deszczu. Bez parasolki albo nawet kaptura. Ale nie narzekam, takie jest życie. Życie w trasie koncertowej. Dzisiaj tu, jutro gdzie indziej. Mijamy się. Mijamy się cały czas, rano pijemy razem kawę, sypiemy żartami. Czasem uda nam się zobaczyć po południu, na krótką chwilę, a potem znowu każde idzie w swoją stronę, ma własny wszechświat do ogarnięcia. Czasem odwiedzi nas ktoś jeszcze. Jesteśmy razem przez chwilę, kto wie, czy się jeszcze spotkamy. Nigdy nic nie wiadomo. Nie wiadomo co będzie jutro. Ale radośnie mówimy sobie "Do zobaczenia!". Liczymy na to, że kiedyś jeszcze się spotkamy, że nasze trasy koncertowe się przetną. Czasem zespoły, które uformowaliśmy przez lata, rozpadają się nagle i niespodziewanie. Po prostu coś przestaje działać. Jedno koło zębate wypada i cały mechanizm się psuje. Zmieniamy zespoły tyle razy w ciągu życia. Nowe nie zawsze znaczy lepsze, jest po prostu inne. Ale nie wyklucza to paru wyjątków, gdy nowe rzeczywiście okazuje się lepsze. A czasem trudno zastąpić ludzi z zespołu, nie można znaleźć kogoś odpowiedniego. Wtedy koncertuje się solo. Każdego dnia z dumą wychodzi się na scenę i śpiewa od serca. Nie wszyscy to rozumieją. Wielu będzie wyszydzać i gnębić. Ale cóż z tego, ja wiem swoje. Czasem uśmiechnę się, gdy przypadek sprawi, że komuś spodoba się moja piosenka. Albo gdy natrafię na kogoś z kim kiedyś w przeszłości grałam tyle wariackich koncertów. Dopijam resztę kawy. Nigdy nie wiem z kim jutro przyjdzie mi ją pić i w jakich okolicznościach. Cichy optymizm nadal się mnie trzyma. Wmawiam sobie, że będzie dobrze, musi być. Albo, że przetrwam, przecież zawsze mi się udaje przetrwać, nawet najgorsze. Może nie mam innego wyboru. Może mam, ale wiem, że ktoś być może liczy na to, że moja trasa koncertowa obejmie także i jego miasto. 

 

niedziela, 1 września 2013

Vampire Smile.

Dzisiejszą historię napisałam pod wpływem osobistych doświadczeń, tej piosenki i pewnego serialu. Tak czy siak, wyszło jak wyszło.

Vampire Smile.

Hello, my friend. You seem to remember every detail of this crap but you’ve forgotten about me. And it would break my heart if I had one. Fortunately I am the reasonable part of your mind. Or soul. Or whatever you want to name this. I’m still here even if you keep telling yourself that I’m gone and everything will be normal. Well, it won’t ever be normal. So I guess you should just stop pretending and fooling yourself. But back to the main theme. You remember? Of course you do. But only the good bits. I know the whole story. You dream? Yes, but you should be careful what you really mean. I know. I know all yours ‘what ifs’ and ‘I don’t knows’. I know. And since you’re a bit of a mess it is my responsibility to make sure you know it too. Let’s start with this whole I remember thing. You felt good around people? Really? I don’t want to be mean but the last time you said that, I was the one who held you when all you wanted was to tear them apart. Limb by limb, take off the skin, make bloody smoothies out of brains and veins. Those was your thoughts, not mine. I only tried to stop you. I’m just the voice of reason. And remember the last time you was sleeping with a boy? You wasn’t asleep. You just lied there, next to him, your hands slowly reaching to his throat. Eye pupils all round and shiny. Trembling fingers couldn’t wait to squeeze this fragile skin. You wanted to strangle him in your own bed. And I stopped you. Told you to be quiet and go back to sleep. That’s who you really are. You’re a vampire smile. All your undisclosed desires and needs. You don’t lust for love. You lust for blood. You dream about lying your head on his chest, listening to his heartbeat. Yes. But you only want to listen the rush of blood through the veins. You like that pounding sound. You want to listen to it just before you dig your claws into, reach to the heart, tear it out and taste the sweet red blood. Taste the skin just before you sink your teeth. More blood. That’s what you really want. Even though you keep on telling yourself that you’re not a vicious predator. That you’re different. Normal. No, you’re not. And it’s not your fault. But you have to embrace it. Accept the facts. So you won’t hurt anyone. Well, I really don’t mind but just for the record, let’s keep us on the bright side. Be reasonable. Stop fighting it. It’s in your nature. It’s in you and me. In us. I know you want him. But you need to know that you don’t want him in that way. It’s all about blood. And your hunger. And he’s far away which I guess is good for him. Otherwise you would just tear him apart and drink to the last red drop. The best part of it you wouldn’t be aware of that. You would wake up next to the cold corpse and be frightened. That’s why you need me. To keep you in your chains. And it’s me telling you to let go. Stop thinking about it. About him. Or anyone else you could just hurt and call it love. Vampire smile. Just keep smiling. 

  

sobota, 31 sierpnia 2013

Street Cats.

Jedziemy dalej. Dzisiaj będzie krótki tekst, ale za to jak bardzo melancholijno-nostalgiczny. Będzie wspomnienie lat liceum, najlepszego okresu w moim życiu. Będą też (nie moje) zdjęcia mojej mieściny, która kiedyś była najlepszym punktem na świecie, teraz przez 2 lata zmieniła się w jakiś rodzaj więzienia, w którym odbywam karę za uniesienie się pychą. I za lenistwo. No cóż. Parafrazując tekst piosenki: "That's me, that's me, the girl with the broken halo". 



Street Cats.

I remember. 
Most of the time I’m busy with life, daily unimportant things. But there are those nights when I remember everything. We were the street cats, always trying to stay out of troubles but they would find us eventually. Sooner or later. So we were going out, embracing the night, the streets of our darkened town. We had this one special place, this café with room for smokers. Because we were smokers those days. Some of us still are. We used to sat there, drink a few pints, smoke a pack or two, laugh and talk for hours. We were strangers at first but after one beer we were instantly friends. Or something like that. I remember the first time I saw you. I remember how our eyes constantly crossed above the table. Maybe we were talking. Maybe not. It doesn’t matter now. What matters is that one night when we were drinking in that dirty alley. Indirect kisses by cigarettes and vodka bottle. How I fell in love with you. I always fall in love when I’m drunk. But this time was different. I remember you walking me on my bus station. I remember how I clinged onto your arm. I remember how I squeezed your body with that one last hug. I remember your smell on my clothes the next day. I remember all of that. But now we’ve changed. Everything’s changed. And I have to forget. The last time I saw you, you were walking down the street with your girlfriend. And my heart skipped a beat. Because I knew the very moment I’ve met you that we are never going to be together. But I still dreamed. Hoped. And it hurts every time. It hurts when I remember. And no matter how hard I try to forget I always end up remembering every detail. 
I remember. 
But I’m more than sure you’ve forgotten all of that. 

 ***
But we are still the street cats. Maybe we grow up a little. At least we're pretending to be adults but inside we're kids. Just learned how to drink alcohol. But we still walk on the kerbstones instead of pavements. We laugh at the starry sky, make blurry memories. Drunk walking to the store, saying hello to police officers, hiding vodka with a smugly faces. Good times. Maybe without love but still fun. Street cats. Roaming the streets in the middle of the night, when everyone is asleep. That's our time to shine.

 

piątek, 30 sierpnia 2013

For what I am (not)

Dzisiaj będzie historyczne wydarzenie na blogu. Otóż zamierzam się podzielić swoimi ostatnimi pisaninami. Oraz ujawnię swoją facjatę, bo będzie pasować do tematu historii. Haczyk jest taki, że story jest po angielsku, a zdjęcie jest zaraz po wyjściu od fryzjera. Tyle się zmieniło, że nie mam już tak ułożonych włosów, teraz żyją swoim własnym życiem. Ale to nic. Powinno dać jakieś wyobrażenie. A i z góry przepraszam za wszelakie błędy gramatyczno-ortograficzne, mimo tylu lat nauki tego języka, nadal mi się zdarzają.
Co mnie tak nagle naszło na takie coś? No cóż. Może nie chciałam być totalnym anonimem, a parę osób już mi pisało, że lubią czytać mojego bloga i czują się lepiej, bo zdarza mi się ubrać w słowa to, co oni mają w głowach, ale sami nie potrafią. Tak więc krótka historia na mój temat, żebyście lepiej mnie poznali.

For what I am (not).

I am that short girl who has to ask random people for help in order to get something from the top shelf. I’ve always been the shortest one in the group. I am a girl with short brown hair. I just don’t care about my looks. There are days when I don’t even brush them, just let them go whatever they want to be. Wind can be my hairdresser. My eyes are blue and people say they’re pretty. But how can I tell, they’re just eyes to me. I swear a lot when I’m angry. And I’m angry almost all the time. I guess I should have some anger management classes. I also can hit you. Doesn’t matter if you’re a boy or a girl, if you’re twice my height. I’m not afraid of possible wounds and bruises. Maybe because I know that flesh can heal a way faster than soul. And my soul has scars like no other. I like to be alone but I hate being lonely. And I feel lonely a lot. I have a few close friends. I’m not that shy I can go out at night and make blurry memories with strangers. But I’m constantly in need of someone really close, someone to hold me when I’m silently crying and shaking. And I cry a lot these days. I can cry when I hear a song that brings me back memories. Or when I stare at the sunset. Even sunrise. Or when I clean my room and find that one little thing which belongs to you. Or when I go to bed and instead of falling asleep I think about everything bad that ever happened to me. I make up the strangest scenarios in my head. But on the other hand I can laugh like crazy at the stupidest jokes. Or I can smile to myself in the middle of something just because I recall some thing that happened over a year ago. What else? My mind is full of song lyrics, books and movie quotes. My hands are used to holding a book, my fingertips are thicker from pushing the guitar strings. My voice can be shaking at the end of the day because I sing almost all the time. When I can’t sing I whistle. I feel more comfortable around boys. I’ve always been a tomboy hanging out with boys next door. Girls were boring to me. I preferred to climb the trees, bruise my knees and run wild instead of sitting at fake tea parties with lots of dolls.

There are many things that I am. And even more that I am not.
I am not a tall skinny girly girl. That type boys love. In fact I’ve never had a boyfriend. But I was in love. I was in love with a girl but she didn’t feel the same about me. I think I was in love with a boy too. I fell in love with people’s souls not gender or looks. And now I’m all alone. It can be good sometimes. I have all bed for myself. But on the other hand I want to belong with someone. I want a soul mate, a best friend, a lover. I crave for one thing I can’t have, I crave for love. And also I’m scared to make any first move. And I don’t have anyone on the horizon which I would date. There are days when it drives me insane. But most of the time I don’t think about it I just live my life. I’m both happy and sad I’m still trying to figure out how can it be.




I to tyle. Zdjęcie też jest super ucięte, ale jego pierwotnym celem było uwiecznić mój hairstyle. Tak czy inaczej, jak się spodoba pisańsko, to mam jeszcze trochę takich krótkich historii in inglisz, którymi mogę się podzielić.