niedziela, 5 stycznia 2014

2014 czy jakoś tak.

Zaczął się kolejny rok udręki i cierpienia. Chciałam być optymistycznie nastawiona do życia, ale się nie da. Nie wtedy, gdy jest się takim biedakiem jak ja. Dopijając resztki alkoholi z sylwestra, oglądając serial o innych biedakach ("2 broke girls" i chyba poświęcę temu któregoś posta, bo ten szoł na to zasługuje), mając zatargi z sąsiadem z dołu, problemy z rachunkami i ogólnie z pieniędzmi, o rodzinie to już nawet wolę nie wspominać... Gdy tak wygląda życie, to ciężko mieć optymistyczne myśli. Wiem, nadal mam lepiej niż większość ludzi na świecie, więc moje problemy życiowe można zakwalifikować jako 'white people problems' albo 'first world problems'. Ale nie o to chodzi. Bo dla każdego co innego jest końcem świata. A jak ja mówię, że jest słabo, to jest nawet jeszcze gorzej. 
 
Dlatego nie mam zamiaru robić żadnych postanowień na nowy rok 2014. Bo i tak się nie sprawdzają, bo to tylko takie miłe oszukiwanie samego siebie przez pierwszy miesiąc, góra dwa jak ktoś jest wytrwały. Mnie się nie udało nawet dwóch dni przetrwać w postanowieniach. Miałam odciąć się od nałogów. Dzisiaj jest pierwszy dzień od początku roku, gdy nie piję wieczorem żadnego drina/piwa. Można więc to nazwać jakimś postępem. Fajki skończę wraz z ostatnią zakupioną paczką, która ma cenę jeszcze z zeszłego roku. Potem już za bardzo będzie mnie boleć portfel, żeby palić. Akcyza uratuje mnie od nałogów i wypełni jeden cel w dalszym życiu. Właściwie nie wiem o czym miał być ten post, bo każdy bloger, którego śledzę i czytam zrobił jakąś listę postanowień/celów do realizacji. A ja? Nie będę robić żadnej listy i to wcale nie dlatego, że mam buntownicze, rokenrolowe serce. Po prostu brak mi motywacji nawet do tego. A życie jest zbyt nieprzewidywalne na plany. Tego się nauczyłam, jednego dnia kończysz ostatni egzamin maturalny, a drugiego potrąca cię samochód i lądujesz w szpitalu. Więc nie ma co się zbytnio do wszystkiego przywiązywać. 
 
Jednak, żeby nie było tak pesymistycznie, to powiem, że mam parę oczekiwań wobec siebie. I ten rok będzie dobrym momentem, by zacząć je spełniać, wypełniać, zmieniać co trzeba. Postaram się trzymać realistycznego scenariusza, bo wiem jak kończą się moje wymyślne fantazje. Dosyć słabo. Zacznę od treściwego sprzątnięcia swojego pokoju. Uporządkowania ogólnego mieszkania (ten czajnik i patelnię trzeba było wymienić już lata temu). Przestanę szukać usprawiedliwień i wymówek dla własnego ekstremalnego lenistwa. Matura sama się nie poprawi. Pieniądze magicznym sposobem same nie wpłyną na konto. Tak samo nadmiar tłuszczu nie zniknie od samego patrzenia na ćwiczenia z jutuba. Fajnie by było kiedyś pojechać na road trip z piosenkami BRMC na full głośnikach, ale do tego potrzeba prawa jazdy. Miło by było wreszcie wydać ten obiecany zbiór opowiadań, których jeszcze nawet nie zaczęłam pisać. To są te względnie realistyczne cele do zrealizowania. Bo z tym, że umrę sama i zostanę pożarta przez moje 42 przygarnięte koty już się pogodziłam. 
 
I to by było na tyle mojego noworocznego biadolenia. Mam nadzieję, że nie wpędziłam nikogo w taką samą otchłań, w której żyję już jakiś czas. Miejcie ambitne plany i marzenia, póki życie nie przypomni wam kim jesteście i gdzie się znajdujecie.
 
Może jutro będzie lepiej. 

niedziela, 29 grudnia 2013

Red eyes and tears.

Większość osób pisze/pisało o świętach, świątecznej magii, nastroju, objadaniu się smakołykami i cudownych prezentach. Mnie święta przyniosły jedynie tytułowe spuchnięte i czerwone oczy od dwóch dni płaczu. W tym jeden dzień wypadł akurat w moje urodziny (urodzić się 26 grudnia to jest niezły ponury żart). A zapowiadało się całkiem niewinnie i nic nie wskazywało na to, że akurat w te święta rodzina postanowi rzucić mi wyzwanie cierpliwości, którego nie wytrzymałam. 
Było trochę rozmów, dużo hejtu na mnie, nie wytrzymałam psychicznie (nie wytrzymuję już od dłuższego czasu, ale są takie momenty, gdy już kompletnie nie daję rady). Jak się rozpłakałam, to nie byłam w stanie skleić jednego zdania. A miałam dużo odpowiedzi i ripost, ale przez łzy ciężko się wysłowić. I tak siedziałam całkowicie rozbita, trzęsąca się i sama, bo jak mi źle, to muszę być sama. Ale rodzina odebrała to jako jakąś tanią zagrywkę i brak zrozumienia/szacunku. Jak wcześniej próbowali mnie pocieszać, tak później zaczęli mnie atakować, nazywać królową dramatu i życiową ofiarą. Najwidoczniej nią jestem. No cóż, przepraszam. Z depresji nie da się wyjść w jeden wieczór. Tym bardziej jeżeli jej przyczyną są ludzie, z którymi musiałam wtedy przebywać pod jednym dachem. 


Co to za święta bez kwasów przy wigilijnym stole. Zawsze tak było odkąd pamiętam. I pewnie zawsze będzie, jak to w dysfunkcyjnej rodzinie. Mam nadzieję, że reszta ludzi miała lepsze święta ode mnie. Urodziny minęły mi cicho i szybko. Pogrążyłam się w lekturze książek, które dostałam w prezencie, w milczeniu zniosłam odśpiewane 'sto lat' i nieszczere życzenia. W głowie miałam ciągle frazę "I hate myself and I want to die". Nadal tak mam. Codziennie, czasem jedynie zagłuszam ten głos robiąc głupoty lub znajdując sobie jakieś ambitne zajęcie. Tak czy inaczej, wróciłam na chwilę na mieszkanie, wyrwałam się z tych toksyn. Ostatnie 2 dni przepracowałam u mojego brata w knajpce z lokalnym świętokrzyskim żarciem. Byłam typowym przynieś, wynieś, pozamiataj, najwięcej się narobiłam pomagając w kuchni i na zmywaku. Niby tylko 2 dni roboty, ale padam na twarz, bo od 10 do 20, plus 2 godziny sprzątania sali, to jednak jest trochę i więcej. Są jednak plusy, zarobiłam trochę monet. Przydadzą się na organizację sylwestra. Może chociaż sylwester będzie udany i okaże się dobrym wstępem do nowego roku. Będzie 5 osób na mieszkaniu, robimy party w stylu lat 80, będą przebieranki i dużo śmiechu. Tego mi trzeba. Jak wszystko się uda, to zdam relację. Jak odpocznę jeszcze jakieś parę dni po tym wszystkim, bo brak snu i pożywnego jedzenia poczynił spustoszenie w moim życiu. Miałam zrobić podsumowanie roku 2013, ale nie ma co tu dużo podsumowywać. Były wzloty i upadki, więcej upadków. Ogólnie rzecz biorąc było słabo. 

A dzisiejszego posta sponsoruje Sam Winchester, bo idealnie odzwierciedla mój stan:

 
 

sobota, 7 grudnia 2013

Brothers&Sisters.

Święta się zbliżają, a to oznacza zjazdy rodzinne i wiele innych mniej lub bardziej przyjemnych rzeczy. A skoro takie okazje, to postanowiłam napisać posta związanego pośrednio z tematem rodziny. A konkretnie kwestia posiadania rodzeństwa. Nikt mi nie wmówi, że nie ma różnic między ludźmi, którzy są jedynakami a tymi, co posiadają brata lub siostrę. Jest wiele różnic, które można wyczuć. 
Nie mówię, że ktoś jest lepszy czy gorszy, po prostu chciałam się podzielić swoimi doświadczeniami. Znam trochę jedynaków i nie ważne ile mają kuzynów/kuzynek i tak różnią się od ludzi z rodzeństwem. Może dla mnie jest to łatwiejsze do wyłapania, bo sama mam 2 braci i 2 siostry, jestem średnim dzieckiem, znam uroki bycia starszą siostrą i młodszą jednocześnie. Ale o tym później. Zacznę od jedynaków, których znam. Na swoje szczęście nie znam jedynaków, którzy są totalnie rozpieszczeni przez rodziców. Ale i tak jedynacy są dosyć kłopotliwi dla mnie. Nie mają takiego wyczucia do ludzi, nie łapią cichych tonów w rozmowach, są nieco egoistyczni (ale nie jest to do końca zdrowy oświecony egoizm). Czasem ciężko się z nimi dogadać, nie lubią iść na kompromisy. Chociaż podejrzewam, że bycie jedynakiem ma sporo zalet. Rodzice koncentrują na tobie całą uwagę i fundusze. Chociaż to potrafi być też destrukcyjne. 
A wady i zalety posiadania rodzeństwa? Tu się mogę rozpisać. Zaczynając od zalet. Bracia i siostry to przyjaciele na całe życie. Takie więzy, które ciężko przerwać, możemy się do siebie nie odzywać, możemy się kłócić, tłuc po łbach, wyjechać na różne krańce świata, ale jak się spotkamy, to i tak się pogodzimy i jest dobrze. Oczywiście jeżeli relacje między rodzeństwem są zdrowe, bo jak się chce kogoś znienawidzić, to i więzy krwi tego nie obronią. Ale ze swojej strony mogę powiedzieć, że starsze rodzeństwo było dla mnie źródłem wsparcia i miłości, więc nie mogę narzekać. W podstawówce nikt mi nie dokuczał, bo broniła mnie siostra. Brat nauczył mnie, że jak się przewrócę, to nie powinnam płakać, a jak ktoś mnie uderzy, to zwyczajnie mam mu oddać i się nie mazać. Wychowali mnie na twardziela. Za młodu byłam taką trochę irytującą młodszą siostrą. Ciągle łaziłam za starszym rodzeństwem i chciałam żeby spędzali ze mną czas. Ale wyszło mi to na dobre, bo jak brat już nie chciał mi czytać bajki, to sama nauczyłam się czytać zanim nawet poszłam do zerówki. Czasem dochodziło do rękoczynów, nigdy nie zapomnę jak rozbiłam bratu talerz na głowie, albo jak zaatakowałam siostrę łańcuszkiem z koralików. Ale konflikty między rodzeństwem są potrzebne. Rozwiązywanie ich uczy trudnej sztuki kompromisu, która bardzo się przydaje w dorosłym życiu. Mam też młodszą siostrę, więc wiem jak czuło się moje starsze rodzeństwo. Na początku się nienawidzi tego, że przestało się być najmłodszym, nie zbiera się najwięcej uwagi rodziców i otoczenia. Ale z czasem człowiek zaczyna doceniać to, że staje się dla kogoś przykładem, wzorem do naśladowania, całkiem nieświadomie. I próbuje być lepszym człowiekiem. Staje się odpowiedzialny za młodszego w rodzinie. Szybciej się wtedy dorasta i mądrzeje. No i nic tak nie cieszy, jak te chwile, gdy cały świat zawodzi, siedzi człowiek i płacze, a tu przyjdzie młodsza siostra i cię uściska i powie, że będzie dobrze. Coś pięknego i magicznego. Rodzeństwo pomaga rozwijać inteligencję emocjonalną. Dorastając wśród braci i sióstr, nie ma się problemów ze zrozumieniem innych ludzi, jest się nieco bardziej tolerancyjnym wobec innych. Szybciej nabiera empatii i zrozumienia jak działają relacje międzyludzkie. 
Ale żeby nie było tak miło, posiadanie rodzeństwa to też sporo minusów. Przede wszystkim człowiek jest pozbawiony prywatności. Rodzeństwo, zwłaszcza młodsze, zawsze znajdzie sposób, żeby przegrzebać nasze prywatne rzeczy, dowiedzieć się wszystkiego i wykorzystać tę wiedzę. Przestrzeń osobista także przestaje mieć znaczenie. Z jednej strony to niby dobrze, ale z drugiej, nie każdy jest na to przygotowany, że ktoś może naruszyć granice jego przestrzeni osobistej i nie widzieć w tym żadnego problemu, bo żył w takim stanie od wielu lat. A już dzielenie łóżka z bratem/siostrą na wyjazdach czy innych okazjach. Nie ważne czy spałam ze starszą czy z młodszą siostrą, zawsze to ja zostawałam bez kołdry i na brzegu łóżka. Dlatego teraz uwielbiam spać sama na swoim wielkim łóżku i ogólnie trudno mi je z kimkolwiek dzielić (no ale jeżeli przyszłoby mi je dzielić z rodzeństwem, to bym się zgodziła tak czy siak). Inna sprawa to rywalizacja między rodzeństwem. Szczególnie, gdy jest się średnim dzieckiem. Najwięcej uwagi zawsze dostaje najmłodszy. Od najstarszego najwięcej się wymaga. A jak się jest pośrodku? To wtedy próbuje się odróżniać od reszty za wszelką cenę. Szuka się swojej ścieżki życiowej dwa razy intensywniej niż inni. Próbuje się wszystkiego, byle tylko odnaleźć siebie. No i jeżeli nie jest się dzieckiem możnych rodziców, to szuka się jakichkolwiek środków, by spełniać swoje pasje i marzenia. Idzie się pod prąd i swoją drogą. 

Może i bym mogła się bardziej rozpisać, ale na chwilę obecną nic więcej już mi nie przychodzi do głowy. Możecie opisać mi swoje historie związane z rodzeństwem tudzież jego brakiem. Ja wiem jedno, mimo wszystkich wad, nie zamieniłabym swojego obecnego życia na jakiekolwiek inne. Lubię swoje starsze i młodsze rodzeństwo. I nie wyobrażam sobie, żeby mogło być inaczej. 

Na koniec zdjęcie Ylvisowych braci, które świetnie opisuje jak wyglądają gorsze chwile między rodzeństwem (i zapowiedź, że w którymś z kolejnych postów zajmę się tematem norweskich komików.) 


sobota, 30 listopada 2013

Song to say goodbye.

Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że w życiu kieruję się kilkoma prostymi zasadami. Główną z nich będzie: nic nie jest na zawsze i nic na pewno. Dotyczy to zarówno rzeczy jak i ludzi. A o czym będzie dzisiejszy post? O tym jak sobie radziłam i radzę z życiem, co mnie denerwuje w innych ludziach i dlaczego po części jestem chyba robotem. Albo po prostu mam mózg socjopaty, ale nauczyłam się żyć i współgrać w społeczeństwie. 


Tak to czasem się nam wydaje, że ludzie, których poznaliśmy będą z nami na wieki. Też tak myślałam, ale dosyć szybko moje marzenia zderzyły się z brutalną rzeczywistością. Utrata pierwszej osoby, którą miałam za przyjaciółkę na całe życie uświadomiła mi, że nie ważne jak dobrze ktoś może mnie znać, na końcu i tak zostaję sama. Z różnych powodów. Ludzie się zmieniają. Albo inaczej. Nie zmieniają. My mamy o nich jakieś mylne wyobrażenia, które sprawiają, że nie widzimy ich prawdziwego 'ja'. Ludzie pozostają tacy sami, jedynie my zaczynamy dostrzegać prawdę, albo oni zaczynają pokazywać swoje oblicze. Nic nie jest na zawsze i nic na pewno. Nauczyłam się tej zasady i trzymam się jej do dzisiaj. Staram się nie przejmować i nie przywiązywać. Ludzie przychodzą i odchodzą. I nie ma w tym nic dziwnego ani strasznego. Takie jest życie. Ale co mnie osobiście irytuje, to jak niektórzy za wszelką cenę starają się utrzymać kogoś przy sobie. Nawet jeżeli takie rozwiązanie jest szkodliwe dla jednej lub obu stron. Nie rozumiem jak można pozwalać robić z siebie wycieraczkę dla kogoś. Niektórych bawi ranienie innych i wyżywanie się na kimś, kto jest do nich przywiązany. Ale od takich toksycznych ludzi trzeba się odciąć i nie pozwalać im rządzić każdą dziedziną naszego życia. Można być przyjaciółmi, ale gdy zaczynają się dziać takie rzeczy, to według mnie najbardziej rozsądnym rozwiązaniem jest rozejście się w dwie strony. Bo swoją drogą, co to za przyjaźń, w której ciągle ktoś cierpi i jest poniżany, kaleczony emocjonalnie i wyzyskiwany? Owszem, kłótnie i rzucanie krzesłami zdarza się nawet w najlepszych relacjach. Ale nie jest to ciągły stan. Przyjaźń wymaga zrozumienia i akceptacji, a gdy to się kończy, trudno mówić o przyjaźni. 
Inna zasada, której się trzymam, to że mówienie o sobie wszystkiego, uzewnętrznianie się jest jak podanie komuś naładowanego pistoletu i pozwolenie na to, by wymierzył go nam prosto w głowę. Kwestia zaufania i miłości do drugiej osoby polega na tym, że wierzymy, iż nie pociągnie ona za spust. Ale ludzie bywają różni. Dlatego staram się nie uzewnętrzniać przed innymi. Nawet przed najbliższymi. Nie umiałabym żyć ze świadomością jak ktoś mógłby taką wiedzę obrócić przeciwko mnie. Lubię mieć nad wszystkim kontrolę, nie lubię gdy ktoś ma ją nade mną. I jeżeli komuś mówię więcej niż powinnam, to znaczy, że naprawdę mu wierzę i ufam. Ale tak serio serio. Niewiele jest takich osób.
Mając takie przekonania i świadomość, że w życiu bywa różnie, nie boję się już ludzi, którzy znikają z mojego życia. Pozwalam im spokojnie odejść. Nie gonię za nikim. Nie płaczę i nie tęsknię po nocach. Zrozumiałam, że szczęście nie pochodzi od innych ludzi, tylko jest zależne od nas samych. Więc po co na siłę trzymać w swoim życiu kogokolwiek? Wzruszam ramionami, uśmiecham się i idę dalej. Nie ma sensu oglądać się za siebie. Co było między mną i innymi, to było. Staram się pamiętać te dobre chwile, nie zapominając o tych złych. Próbuję żyć każdym dniem, chwilą, jak umiem najlepiej. Doceniam ludzi, którzy są ze mną teraz, ale nie łudzę się, że będą na zawsze. Gdy przyjdzie dzień, gdy postanowią odejść, pozwolę im na to i podziękuję za wszystko czego mnie nauczyli. Bo każdy człowiek, który pojawia się w naszym życiu ma za zadanie czegoś nas nauczyć. Czy będzie to poprzez dobre czy złe doświadczenia, nie ważne. Ważne jakie my z tego wyciągniemy wnioski, jakie lekcje na przyszłość. 

I mniej więcej o tym wszystkim chciałam dzisiaj napisać. Pewnie niektórzy powiedzą, że ze mnie nieczuła osoba. Przyzwyczaiłam się do takich tekstów. Fakt, moje poglądy odbiegają nieco od tego co myślą inni ludzie. Ale będę się ich trzymać. Nie twierdzę, że moje metody są najlepsze, ale działają w moim przypadku i pozwalają uniknąć wiele bólu i cierpienia ze strony innych ludzi. A nie od dziś wiadomo, że 'piekło to inni ludzie'.   

poniedziałek, 18 listopada 2013

Hero of the story.




Rzuć wszystko. A potem się podnieś. I podnieś to, co najważniejsze dla ciebie. 

Tak właśnie zrobiłam. Rzucam studia na 3 roku, bo nie mogę się dłużej tak męczyć. Nie planuję wiązać swojej przyszłości z filologią rosyjską. Z byciem tłumaczem. Ja wiem, że to 3 rok i mogłabym dokończyć. Mogłabym, ale tego nie zrobię, bo tak naprawdę to bym nie mogła. Ludzie mówią swoje, ale nikt nie wie co się dzieje w mojej głowie i na mojej uczelni. Nie wiedzą jak to jest czuć każdego dnia, że marnuje się czas na pierdoły. Gdy otoczenie jest bardziej nieprzyjazne niż australijska dzicz (gdzie wszystko może cię zabić, ale jak to ktoś powiedział, aligatory są milsze od ludzi, nie udają przyjaciół, od razu cię zjadają). Już raz w życiu przechodziłam przez takie piekło, nie polecam i nie chcę robić tego drugi raz. Moja głupota w tym była, że dałam się wepchnąć na te studia, że postanowiłam zostać, zamiast od razu odejść. Ale lepiej późno niż wcale i nigdy nie jest za późno na zmiany na lepsze. 

Jeszcze parę formalności zostało mi do zrobienia. Złożyć podanie o urlop dziekański, bo chcę zachować na rok legitymację studencką. Głównie zniżki na wszystko. W szczególności na środki transportu. Pociągi i takie tam. Rodziców już poinformowałam o zmianie swoich planów na życie. Przyjęli to dosyć spokojnie. Bo powiedziałam, że mam plan. Rzucić w cholerę, to co mnie dołuje i sprowadza z powrotem niewyleczoną depresję. Teraz mam czas na kucie do poprawy matury. Znalezienie roboty, żeby zapłacić za 2 pierwsze lata studiowania w Wawie (kochane zmiany ustaw i zwłaszcza ta dotycząca punktów ECTS). Nie boję się przyznać do błędu. Zrypałam sprawę mocno i to już w liceum. Wszystko przez mój brak zdecydowania i bierność. Ale nigdy więcej. Potrzebowałam jedynie spaść w otchłań rozpaczy, stoczyć się na samo dno, by się przekonać co jest tak naprawdę dla mnie istotne. Co się liczy, ma znaczenie. I o co chcę walczyć. A co mam rzucić za siebie, zapomnieć, pogrzebać, spalić. 

Więc to taki plot twist w moim życiu. Zmieniłam scenarzystę, bo słaby scenariusz był jak do tej pory. Teraz będzie lepiej. I już nie przejmuję się tym co sądzą inni. Niektórzy mówią, że straciłam rozum. Ja sądzę, że dopiero teraz go zyskałam. Idealnym podsumowaniem mego odniesienia do ludzi, którzy mnie nie rozumieją jest ten gif:

 
PS: Jako, że teraz będę mieć trochę więcej czasu, spodziewajcie się więcej postów. Na różne tematy. Jak będzie postępować moja walka ze światem, co się czytało, co się oglądało, czego się słuchało i w ogóle. 

O jeszcze jedna mądrość. Jako, że jestem villainem. "Every villain is a hero in his own mind". 

poniedziałek, 14 października 2013

Don't you forget about me.

Dzisiaj trochę odmiany. Zamiast narzekać na marną jakość mojej egzystencji, napiszę trochę o filmie, który ostatnio obejrzałam i w którym się zakochałam bez pamięci. Mogę jedynie lekko ponarzekać, że chciałabym, żeby moje życie wyglądało jak film z lat 80. Ale niestety John Hughes nie reżyserował mojego życia. Tak czy inaczej, pora podzielić się wrażeniami z seansu "The breakfast club". 


O czym jest ten film? W wielkim skrócie o piątce dzieciaków z różnych światów, które muszą za karę spędzić sobotę w szkole. Wydaje się, że fabuła jest prosta jak konstrukcja cepa. Owszem, ale te różne światy zderzają się ze sobą w taki sposób, że film zyskał miano kultowego, jednego z najlepszych filmów młodzieżowych z lat 80. I po obejrzeniu muszę przyznać, że zasłużenie. Film rozkręca się powoli, ale wciąga. W każdym razie mnie wciągnął. Bo lubię takie historie z drugim dnem w tle. W tę pewną sobotę za karę w jednej sali spotyka się: popularna dziewczyna (księżniczka), dziewczyna z marginesu, kujonek, sportowa gwiazda i buntownik vel kryminalista. 


I tyle wystarczy, by zaczęło się robić ciekawie. No bo komu by się chciało pisać obowiązkowy referat? Może jedynie kujonowi. Reszta nie ma zamiaru siedzieć w sobotę w szkole. Mój ulubiony rebel rzuca takimi ciętymi ripostami i robi cudowne zamieszanie. Dziewczynka z marginesu rozbraja na całego żyjąc według zasady "mój świat, moje kredki". Księżniczka okazuje się nie być taka święta, a pan sportowiec przyznaje, że wcale nie jest łatwo być na szczycie listy popularności i spełniać wymagania otoczenia. Chociaż i tak największy plot twist, to kujon i jego powód, dla którego znalazł się za karę w szkole. Nie będę zdradzać, ale było zaskoczenie. Interakcje całej grupy są świetnie napisane i zagrane. Zaczyna się dosyć szorstko, ale kończy całkiem miło. A filmowy poniedziałkowy powrót do szkoły zostaje samemu zinterpretować. Tytułowa piosenka ma z nim wiele wspólnego. Przynajmniej takie są moje odczucia, że jednak było 'forget'. Ale każdy ma swoją wersję. 

Film dołączył do grona moich ulubionych, które mogę oglądać co tydzień i mi się nie znudzą, i zawsze znajdę w nich coś nowego. Urzekł mnie ten klimat, lata 80, lekki grunge, melancholia i świadomość, że problemy ówczesnej młodzieży właściwie niczym nie różnią się od problemów współczesnych ludzi w okresie sturm und drang. Gdybym miała się porównać z którymś z bohaterów, byłabym połączeniem rebela i dziewczyny z marginesu. Życie we własnym świecie i bunt przeciwko reszcie świata i jego reguł. Skomplikowane relacje z rodzicami, chociaż to w sumie mało powiedziane. Nic nie jest tu czarne lub białe, wszystko ma swoje smutne odcienie szarości. Czy film będzie bardziej komedią, czy dramatem, zależy od naszego postrzegania i wrażliwości. Dla mnie jednak był dosyć smutny, mimo wielu zabawnych akcentów. Jak na przykład ten taniec. Funny fact, tańczyłam tak jeszcze w liceum, kiedy w ogóle nie miałam pojęcia o istnieniu tego filmu. Na przerwach, gdy radiowęzeł puszczał naprawdę fajną muzykę, koleżanka nauczyła mnie kroków do sidewalka. Poza tym film jest pełen świetnych tekstów na temat społeczeństwa, ludzi, tego jak my się widzimy i jak widzą nas inni. Moje ulubione: 


I na tym kończę tego posta. Mogłabym napisać więcej, ale nie chcę spoilerować, bo może ktoś się skusi na oglądanie. Wtedy z chęcią przeczytam jego własną interpretację filmu. Ja wiem, że będę do niego wracać i to niejeden raz.

czwartek, 10 października 2013

I hate people when they're not polite.

Każdy kolejny dzień spędzony na uczelni sprawa, ze powoli budzi się we mnie psychopatyczny morderca. "Naród wspaniały, tylko ludzie kurwy". Myślałam, że najgorsze piekło mam już za sobą, gdy opuściłam mury gimnazjum, ale jak widać nagrzeszyłam wystarczająco dużo, by znowu znaleźć się w tym samym piekle. Dopiero drugi tydzień, a ja wypalam szluga za szlugiem z nerwów i powtarzam w kółko: otaczają mnie kretyni. Co gorsza ci debile będą mnie jeszcze otaczać przez pewien dłuższy czas, a ja już skreślam każdy dzień przybliżający mnie do upragnionej wolności. Codziennie po wstaniu z łóżka obiecuję sobie, że dzisiaj nikogo nie zabiję. Nie wiem jak długo jeszcze wytrzymam, ale muszę. Zawsze myślałam, że warto być miłym, dobrym i uczciwym człowiekiem. No cóż. Nie warto. W sytuacji, gdy ludzie to prawdziwe skurwysyny gotowe pożreć cię żywcem, nie warto. Przez ostatnie dwa lata nauczyłam się, że bycie miłym nie jest warte złamanego grosza. Nikt nie pamięta drobnych uprzejmości, są dla ciebie mili jedynie, gdy czegoś potrzebują. Gdy im to zapewnisz, to kończy się bajka. Żyją na zasadzie "daj, daj, daj!". Nie obchodzi ich czy ty masz jakieś uczucia, może masz coś lepszego do roboty, może zwyczajnie, po ludzku czegoś nie wiesz. 
Przestałam być miła dla ludzi. Teraz okazuję jedynie chłodną obojętność. Odcinam się od tej zbieraniny. Nie daję się wciągnąć w ich gierki. Jestem, ale jednocześnie mnie nie ma. Jeszcze tylko ten rok akademicki. Robić swoje. Nie przejmować się. Ludzie to kurwy. Przynajmniej tutaj. If you're going through hell, keep going. 
Samotność w tłumie to przykra rzecz, która znów mnie spotkała. Duszę się, jestem w klatce, z której nie mogę wyjść. Najgorsze, że właściwie sama wlazłam w tę klatkę. I sama muszę się z niej wydostać. Życzcie mi powodzenia. 

Może jutro nikogo nie zabiję.