niedziela, 26 sierpnia 2012

Coffee&Cigarettes


Nikt nie jest idealny. I w sumie to nawet dobrze, przynajmniej życie jest trochę ciekawsze. A jeżeli o mnie chodzi i moje nałogi, to trochę tego jest. Najważniejszy to kawa i papierosy. Tak jak w tym filmie Jarmusha, który uwielbiam, chociaż w tym momencie większość zarzuci mi totalne hipsterstwo, bo to taki hipsterski film. Ale mam to gdzieś. 
Śniadanie mistrzów, kawa i papierosy. Zanim zabiorę się za rysowanie/pisanie muszę zapalić i wypić kawę. Na dobranoc też zigaret. Nałóg czy już styl życia, który kiedyś mnie zabije? Możliwe. Ale staram się o tym nie myśleć. 
Lubię, gdy trujący dym rozlewa mi się w płucach, lubię przepić tę gorycz jeszcze bardziej gorzką kawą. To mnie uspokaja w najgorszych sytuacjach. Zatrzymuję się, zbieram siły na kolejną ciężką przeprawę ze światem. To chwile samotności, które tak bardzo cenię. Tylko ja, moja kawa i mój papieros. 
Ale w towarzystwie też lubię zapalić. W kawiarni. Też kawa. Też papierosy. Ludzie, których już trochę znam. Czasami się wymieniamy, ja częstuję swoimi, oni swoimi. Czasem ktoś skręci szluga z waniliowym tytoniem, który jest świetny. I tak możemy siedzieć i rozmawiać o wszystkim. Bez końca właściwie. 
Albo gdy stoję pod uczelnią, słuchawki w uszach, odpalam papierosa i próbuję zrozumieć co się dookoła dzieje. Czasem ktoś podejdzie i poprosi o ogień. Czasem wyjdę z ludźmi z filologii albo biznesu zapalić i wymienić się notatkami, wiadomościami, plotkami. Bywa i tak, że wbiję się w rozmowę zupełnie obcych ludzi, ale łączy nas tylko to, że razem stoimy i palimy po kątach. Masoneria papierosa. Tyle znajomości nabyłam tylko przez samo wychodzenie na szluga. Palacze zawsze mogą się dogadać. Niepalący nie zawsze to rozumieją. Czuję się tak bardzo nie z tego wieku. Odnalazłabym się w XX wieku, gdy nie było wszędzie zakazów palenia, gdy ludzie byli nieco bardziej prawdziwi, mniej cyfrowo mechaniczni.
Żeby nie było, nie namawiam nikogo do palenia, ale też nie zniechęcam. Po prostu dzielę się swoimi nałogowymi doświadczeniami. Czy żałuję, że zaczęłam palić? Nie. Czy będę tego żałować za kilkadziesiąt lat? Kto wie. Może tak, może nie. 
Taki mam dzisiaj dziwny, pochmurny, deszczowy dzień i za dużo myślę. Piję za dużo kawy. Słucham za dużo smutnych piosenek. To wszystko. A teraz idę zapalić. 

piątek, 24 sierpnia 2012

Dziwny kraj, dziwni ludzie.

Jestem człowiekiem, który połowę swego życia spędza w pociągach i autobusach. Trochę przesadzam, ale jednak sporo czasu marnuję w środkach transportu. I jak to zwykle bywa często spotykam się z różnymi, dziwnymi ludźmi. Tak więc parę historii z mojego życia.

- Historia numer jeden, absolutnie. Trochę naginam zasady, bo to jednak było poza autobusem, już zdążyłam wysiąść i z kuzynką idziemy przez ulicę, a tu nagle podbiega do nas gościu z telefonem w ręce i krzyczy "Dostałem SMSa! Ktoś na mnie czeka!". My kompletnie zaskoczone, nie mamy pojęcia o co mu chodzi, a wyglądał naprawdę dosyć groźnie i przerażająco. Jak złapał trochę oddechu to wyjaśnił, że szuka przystanku busów, bo ktoś na niego czeka. No i dostał SMSa. Śmieszne było to, że przystanek był dokładnie za nim. Ale jak to mówię dosyć często, dziwny kraj, dziwni ludzie. 

- Historia numer dwa przydarzyła mi się w pociągu na trasie Kielce - Skarżysko Kamienna. Siedzę sobie spokojnie na miejscu, czytam książkę o Enneagramie (tak, wtedy miałam wielką fazę na to), nie zwracam uwagi na otoczenie. Kątem oka zauważyłam tylko jak jakiś gościu przeszedł przez korytarz, normalna sprawa. Ale nagle wrócił biegiem i z rozpędu usiadł naprzeciwko mnie i woła "Pani naprawdę TO czyta?!". Wystraszyłam się nie na żarty, bo nagle mnie wyrwał z lektury. Nie zdążyłam nawet zareagować oczywistą ironią "Nie, tylko obrazki przeglądam". Odpowiedziałam tylko krótko, że tak. A gościu nie ustępuje i dalej "Jest pani pierwszą osobą, którą znam, która też to czyta!". Uśmiechnęłam się, podziękowałam, powiedziałam, że mi miło i chyba byłam za bardzo zdenerwowana, bo ten człowiek wreszcie dał mi spokój, na odchodnym jeszcze spytał o mój numer Enneagramu. Powiedziałam, że Piątka. W odpowiedzi usłyszałam "To nic dziwnego, że pani to czyta". Nigdy więcej go nie spotkałam. 

- Historia numer trzy, czyli nawet słuchawki w uszach nie uchronią cię przed natrętnymi, podchmielonymi, troskliwymi ojcami. Jechałam z uczelni do domu, jak zwykle stojąc na środku autobusu przy oknie, gdy wsiadł taki jeden mocno podpity pan z koszem truskawek i zaczął nachalnie nawiązywać ze mną konwersację. A że ja jestem człowiek miły z natury i spokojny rocznik, to cierpliwie jednym uchem słuchałam o czym tam ględził. Dosyć ciekawa sprawa, najpierw mnie częstował tymi truskawkami, potem z dumą powiedział, że wiezie je do domu, żeby zrobić tort dla swojej osiemnastoletniej córki, która dziś ma urodziny. Gdy uznał, że moje milczenie mu nie odpowiada, dosiadł się do innego pana i miło im się rozmawiało o metodach uprawy truskawek, malin i innych takich.

I to były takie najbardziej zapadające w pamięć incydenty, ale jeśli mam być szczera, to niemal każde moje wyjście z domu kończy się jakimś dziwnym spotkaniem. I albo ja mam miłą twarz budzącą zaufanie, albo coś, ale zawsze na ulicy to mnie pytają ludzie o drogę, o godzinę i wszystko pozostałe. Inna sprawa, że w moim mieście można spotkać sobowtórów prawie wszystkich moich idoli serialowo filmowych. A także postaci, które wymyśliłam na potrzeby opowiadań. 
Mimo wszystko, lubię podróże pociągami i spacery po mieście. I lubię jak ktoś pamięta o mnie drobne szczegóły, nie dlatego, że ciągle mu przypominam, tylko po prostu zwracał uwagę. Tutaj wysyłam pozdrowienia i całusy dla koleżanki z filologii, która wczoraj do mnie zadzwoniła tylko po to, by powiedzieć, że w tivi leci film z moim idolem (czyli 'Gossip' z Normanem Reedusem). To było uroczo miłe. 

I tyle na dzisiaj. (no i mały fakt, który wyjaśniałby, czemu randomowi ludzie lubią ze mną rozmawiać.)

 

niedziela, 19 sierpnia 2012

"I'm holding cereal, I can't"


Zastanawialiście się kiedyś co się stanie, gdy wrzucić do blendera głupotę 'Kac Vegas', psychodelę 'Las Vegas Parano', doprawić brytyjskim humorem i posypać promieniami słońca Majorki? Powstanie wtedy 'Mad Dogs', czyli znów zmarnowałam wakacyjne popołudnia na oglądanie brytyjskiego serialu.
Szczerze, zabrałam się za tę produkcję z jednego prostego powodu. John Simm i Philip Glenister znowu razem na planie. Po 'Life on Mars' uznałam, że czemu nie, lubię ich serialową chemię. Dobrze im się razem gra, więc kolejny krótki serial nie zaszkodzi. I się nie zawiodłam, chociaż na początku byłam dosyć sceptycznie nastawiona (jak do wszystkiego w sumie zawsze jestem). Ale 'Mad Dogs' okazało się być bardzo sympatyczną produkcją, idealny serial do spędzenia gorącego letniego popołudnia ze szklanką soku pomarańczowego. Tylko uważajcie, bo można się tym sokiem zakrztusić ze śmiechu. Dawno takiej maniany nie oglądałam. Ale po kolei. 
Fabuła na początku jest dosyć prosta. Czwórka kumpli ze szkolnych lat wybywa na Majorkę odwiedzić wspólnego znajomego, który jest dosyć dzianym facetem i lubi wyrzucać każdemu co spieprzył w swoim życiu. Bohaterowie spędzają miło wakacyjny czas, smażą się na słońcu, włóczą po klubach, piją nadmierne ilości alkoholu i zasadniczo nie zwracają zbytnio uwagi na dziwne zachowanie gospodarza willi. Aż tu pewnego wieczora przy wspólnym kolacyjnym piwie atmosfera robi się nieco zbyt napięta, trochę za dużo słów zostało powiedzianych. Zanim jednak doszło do rękoczynów, naszych bohaterów odwiedza Tiny Blair (czyli karzeł w potwornej masce Tonego Blaira) i robi się dosyć krwawo i groteskowo. A potem to już konkretna maniana i bajzel. Czterech wesołków zostaje rzuconych w sam środek wielkiej afery związanej z handlem narkotykami, morderstwami, serbską mafią, skorumpowaną policją i wakacyjnym kacem. Nie tylko moralnym. 
Serial ma dwa sezony po 4 odcinki, które trwają około godziny. Ale i tak zbyt szybko mija, ja nie nudziłam się nawet minutę. Uśmiałam się jak głupia na paru akcjach typu: jak szybko schować trupa do zamrażarki? Uciąć mu stopy! Obsada jest genialna i dobrze zgrana, fabuła rozkręca się powoli przez pierwszy odcinek, ale po kulminacyjnym momencie wszystko zmienia się w chaos i piekło, i maniana maniana. Jak macie chwilę, wolne popołudnie, jest zbyt gorąco by wyjść na miasto i ogólnie jedyne co chcecie, to kawał dobrej rozrywki - polecam. Na tym serialu nie da się nudzić. 

Na koniec trailer C: Bo tego się nie da opowiedzieć, to trzeba zobaczyć:

 
(A z innych spraw, to już moje zboczenie zawodowe - uwielbiam wyłapywać momenty, gdy John Simm ujawnia swój północny akcent. Przeurocza sprawa.)  

niedziela, 5 sierpnia 2012

I'm happy, hope you're happy too.


Czas na kolejny serial. Obejrzałam 'Ashes to Ashes', bo chciałam się dowiedzieć co się stało z Samem Tylerem. No i się dowiedziałam. Chciałam też potwierdzić swoją teorię i wyszło, że miałam rację. Ale po kolei. Serial jest kontynuacją, spin-offem do 'Life on Mars' i jak każda kontynuacja ma swoje wady i zalety. Tym razem główną bohaterką zostaje Alex Drake, profiler z Londynu. Alex dostaje headshota i budzi się w roku 1981. Szalone lata osiemdziesiąte. Na początku nie podobało mi się przeniesienie akcji z Manchesteru do Londynu, potem jakoś się przyzwyczaiłam i nawet polubiłam ten Londyn. Bohaterka próbuje zrozumieć co się z nią stało, ale ma już trochę przetartą ścieżkę, bo studiowała przypadek Sama i jest świadoma, że otaczający ją świat jest wytworem jej umysłu (ale czy na pewno?). Walczy, żeby wrócić do swojego czasu, do swojej córki i ta walka całkiem nieźle jej idzie. Potem fabuła zbiega na nieco inne tory, których nawet ja nie rozumiałam, aż do ostatniego odcinka serii, gdzie wiele się wyjaśnia. 
Ciężko mi powiedzieć, czy podobało mi się to co oglądałam. Z jednej strony tak, bo miło znów zobaczyć starą ekipę, genialny Gene Hunt, Chris, Ray i nowa w ekipie Shaz, która od razu zdobyła moje serce. Ale z drugiej strony, to co się stało z postaciami... Jest inaczej, bardzo. Gene nie jest już taki sam, zrobił się trochę bardziej zgorzkniały (pewnie przez brak Sama). Chris przestał już mnie tak bawić, coraz bardziej irytował. Co mnie bawi i przeraża zarazem, to polubiłam Raymondo. Serio. Myślałam, że taka z niego menda nie do ogarnięcia, a tutaj zaczął mnie przekonywać i nawet mu współczułam. A moim faworytem został Jim Keats, pojawia się w trzecim sezonie i robi sporo zamieszania, i na dodatek jest czarnym charakterem. Ale ja zawsze mam słabość do tych złych, zwłaszcza jak są genialnie zagrani. Co do głównej bohaterki, zdobyła moją sympatię, chociaż nie umywa się do Sama Tylera. Wolę lata siedemdziesiąte niż osiemdziesiąte. Wolę 'Life on Mars' niż 'Ashes to Ashes'. Ale jak mówiłam, obejrzałam z ciekawości. Nie żałuję, bo serial jest dobry, wymaga znajomości poprzednika, by wszystko w pełni zrozumieć. Moim ulubionym zajęciem było wyłapywanie paraleli, momentów, w których Gene musiał przypominać sobie o Sammym. Trochę tego było. A zakończenie - genialne. Czułam od początku, że takie będzie rozwiązanie i się nie myliłam. Nie będę mówić co i jak, ktoś będzie chciał obejrzeć, to sam się dowie. Co jeszcze mogę napisać? Może to, że 'A2A' jest bardziej psychodeliczne niż 'LoM'. Zdecydowanie, więcej tutaj creepy, disturbing momentów. Jest trochę bardziej mrocznie i to mi się podobało. Za dużo napisać nie mogę, bo zepsułabym frajdę z oglądania. Także na sam koniec napiszę, jeżeli podobało się Wam 'Life on Mars' i chcecie się dowiedzieć co dalej z Samem i resztą ekipy - obejrzyjcie koniecznie 'Ashes to Ashes'. Możecie się trochę zdenerwować, ale wiedza zawsze jest lepsza od braku wiedzy. A co do mnie, to już nigdy nie posłucham piosenek Davida Bowie bez wspominania tych seriali. 

I już na sam koniec, bardzo fajne zdjęcia promocyjne: 


poniedziałek, 30 lipca 2012

Is there a life on Mars?


 Dzisiaj będzie o jednym z lepszych seriali jakie ostatnio oglądałam. Wprawdzie 'Life on Mars' powstało w 2006 roku, ale dopiero w ten łikend miałam chwilę, by obejrzeć całość. I nie żałuję. Słowem wstępu, czyli o czym to jest, o co w ogóle chodzi? Jest to brytyjska produkcja (co zaznaczam i podkreślam, bo nie każdy lubi klimaty brytyjskich seriali, to specyficzne, absurdalne poczucie humoru) opowiadająca o losach policjanta Sama Tylera, który w pogoni za mordercą ulega wypadkowi samochodowemu i ku swojemu wielkiemu zdziwieniu ląduje w roku 1973. Dziwne nie? A to dopiero początek. Okazuje się bowiem, że jego przebudzenie w latach 70 (jedna z najlepszych serialowych scen, ta kolorystyka, piosenka Davida Bowie w tle, no magia) nie wyklucza tego, że gdzieś tam indziej jest nadal obecny. Jak sam opowiada w intro do odcinka "Am I mad, in a coma, or back in time? Whatever's happened, it's like I've landed on a different planet. Now, maybe if I can work out the reason, I can get home." 
I do końca serii właściwie nie wiadomo, co jest prawdą. Sam ma przewidzenia, rozmawia ze sprzętem RTV (czy raczej to sprzęt RTV przemawia do niego w najbardziej nieoczekiwanych momentach głosami rodziny i bliskich znajomych - zupełnie jakby siedzieli przy jego szpitalnym łóżku). Wszystko wskazywałoby na to, że jednak jest w roku 2006, ale w śpiączce i cały ten świat, który go otacza, cały rok 1973 jest jedynie wytworem jego umysłu. Jednak w ostatnim odcinku jest sporo niespodzianek i kolejna magicznie smutna scena, które burzą ten domysł. Jak jest naprawdę? Twórcy serialu zostawiają widzom pole do popisu. 
I tak krótko postarałam się streścić co jest główną osią serialu. 'Szaleństwo' Sama, który nie wie gdzie jest, kim jest i jak wrócić do domu (a później także, co właściwie jest dla niego domem). 
Może faktycznie na pierwszy rzut oka nie wydaje się to zbyt interesujące i warte obejrzenia, też miałam mieszane uczucia zaczynając ten serial, ale po dwóch odcinkach nie mogłam się oderwać od monitora. 
- po pierwsze, bohaterowie: są wyraziści, charakterni, da się ich polubić (albo znienawidzić). Byłam pełna podziwu dla Sama, rzucony brutalnie w całkowicie obcą mu rzeczywistość, nie poddawał się, walczył, stawiał na swoim, kłócił, próbował wyperswadować swój punkt widzenia (co nie było łatwe, spróbujcie wytłumaczyć komuś w latach 70 nowoczesne metody prowadzenia śledztwa, gdy wtedy normalne było przymknąć pierwszego lepszego zbója za krzywe spojrzenie, byle pozbyć się sprawy). Przy całym tym uporze, Sam był też ludzki, często widzimy go w momentach załamania, gdy płacze i tęskni za tymi, których zostawił w 2006 roku. Kolejną moją ulubioną personą był Gene Hunt, nadkomisarz w 1973 roku, typowy szeryf na posterunku. Nie lubi zbędnej gadaniny, a najlepszą metodą przesłuchiwania bandziora jest danie mu solidnie po gębie, aż zacznie skamleć i przyznawać się do winy. Jak łatwo się domyślić Gene i Sam byli tzw. dynamic duo tego serialu. Ich burzliwe relacje świetnie się oglądało. Od zwykłych złowrogich spojrzeń rzucanych przez posterunek, aż po szarpaniny, lanie po pyskach, szarpanie za fraki i ustawianie pod ścianą. I dużo naprawdę twórczych wyzwisk. Ale zawsze było widać, że się lubią, pomimo całkowicie różnych światopoglądów i podejścia do życia. I to były moje dwie ukochane postaci, chociaż reszta ekipy z posterunku też była warta zapamiętania. Jak Chris, który swoją pocieszną głupotą umiał rozładować każdą stresującą sytuację. Albo Ray, którego nie znosiłam od samego początku i zawsze życzyłam jak najgorzej. I na końcu Annie, która wprawdzie irytowała mnie swoim piskliwym głosem i niezdecydowaniem w niektórych momentach (siedziałam całe 2 sezony mrucząc pod nosem "Kiss him! Right now! Nooooo!"), ale ostatecznie była sympatyczną kobietą, która musiała ciężko zapracować na szacunek jako policjantka i detektyw w środowisku, gdzie kobiety, kolorowi i zagraniczni nie byli mile widziani.
- po drugie, klimat: i mam tu na myśli sposób w jaki wykreowano lata 70 w Manchesterze. Zakochałam się w akcencie z Manchesteru, w tym charczącym rrr, wymawianiu 'o' lub 'u' w miejsce 'a', w tej melodyjnej intonacji. Tak cudownie brytyjsko. Kolorystyka też jest miła. Miejsca kręcenia też ładnie wybrali, bardzo klimatyczne uliczki w tym mieście są. I ubiór bohaterów też fajny (bezbłędna stylówa Sammiego, te spodnie dzwony, czarna skórzana kurtka i buty C: ). I tamtejsze samochody! A no i muzyka oczywiście. Muzyka z lat 70 jest wspaniała. Warto też wspomnieć, jak w jednym odcinku, Sam spotyka wokalistę T.Rex w jednym z klubów i nie może się oprzeć przed małym fanboyowaniem. W końcu każdy by chciał cofnąć się w czasie i spotkać swoich idoli, prawda? Kończąc o klimacie, ciężko mi go konkretnie sprecyzować, ale serial jest przesycony brytyjskością, tym poczuciem humoru opartym na absurdzie i żartach językowych, które ciężko przetłumaczyć. To się albo kocha, albo nienawidzi. 
- po trzecie, psychodeliczność: ano właśnie. Bo miałam takie wrażenie, lekkiej psychodeli w tym serialu. Główny bohater nie wie czy zwariował, jest w śpiączce, czy też faktycznie podróżuje w czasie. I widz też nie ma najmniejszego pojęcia jak to wszystko wytłumaczyć. I to mi się właśnie podobało. Uwielbiam niedomówienia i miejsce na własną interpretację. I było kilka scen, które określiłabym miarą "disturbing as hell". Zwłaszcza dziewczynkę wychodzącą z telewizora i nie, to nie miało nic wspólnego z 'Ring'. Ta dziewczynka była o wiele bardziej przerażająca (i głowiłam się do końca, dlaczego Sammy dla świętego spokoju nie mógłby wyłączać TV przed pójściem spać, tyle nerwów by mu to oszczędziło).
- po czwarte, John Simm jako Sam Tyler. Uwielbiam tego aktora, pokochałam go w roli Mastera w 'Doctor Who'. Potrafi zagrać każdą emocję i nie widać w niej sztuczności. I jak płacze na ekranie, to ja mu współczuję, a nie mam chęć się roześmiać (tak, jestem potworem, ale większość scen z płaczącymi ludźmi jest tak fałszywa, że aż dla mnie śmieszna). 
- po piąte... nie wiem co jeszcze mogę napisać. To raczej nie jest serial dla kogoś oczekującego 'sensacyjnej rolady mięsnej' pełnej postrzałów, wyścigów i wybuchów. Akcja toczy się tu w miarę spokojnym tempem, wszystko jest bardzo oniryczne w pewnych momentach, niekiedy magiczne, albo do zastanowienia (tu sporo zasługi otrzymuje rastamański właściciel pubu, Nelson, który jak już coś powie - to powie). Mnie się to wszystko bardzo podobało i teraz będę oglądać kontynuację, czyli 'Ashes to Ashes'. Jednak jeżeli chcecie kawałek dobrego brytyjskiego kina, lekko ryjącego beret, przy którym możecie się uśmiać jak nigdy i nawet trochę popłakać (jeżeli jesteście tak emocjonalnie nastawieni jak ja, bo płakałam na ostatnim odcinku), to polecam. Warto obejrzeć, naprawdę warto. Nie jest to długi serial, ma 2 sezony po 8 odcinków, każdy odcinek trwa około godziny. 

Na zakończenie moi ulubieńcy i ukochany pojazd (który przeżył wjechanie w kartony)


sobota, 28 lipca 2012

The era of smart phones and stupid people.

Pierwszy w miarę ogarnięty post będzie moim hejtem na głupich ludzi z 'mądrymi' telefonami. Niektórzy nie znają szczegółów sprawy, więc krótko wyjaśniam. Ostatnio przytrafiła mi się podróż z kuzynkami. Nie chciałam jechać, no ale zabrakło mi asertywności i pojechałam. Do dzisiaj żałuję tych straconych dni. Okazało się, że miałam być jedynie psem przewodnikiem po zawiłościach PKP. I choróbsko mnie dopadło na wygwizdowie bez prądu i wody, nic dziwnego, że trochę ponarzekałam i wróciłam do domu. Ale o co mi chodzi, chodzi o to, że kuzynki cały czas siedziały ze swoimi 'mądrymi' telefonami. Jedna namiętnie tłiterowała, druga smsowała. I tak siedzimy we 3 w jednym pokoju, a one w telefonach, a ja nie wiedząc zbytnio co robić (bo próby konwersacji się nie udawały) sięgnęłam po książkę. Tak to właśnie wyglądało. 

Można by to jeszcze zignorować, gdyby to był jeden taki przypadek w roku. Ale nie. One cały czas, wszędzie gdzie się da łażą z telefonami. Może ja jestem dziwna, ale nie rozumiem wtedy celu przebywania z innymi ludźmi, skoro się pisze na telefonie czy cokolwiek tam robi. Trochę mi też to zakrawa na brak szacunku dla drugiej osoby, która próbuje porozmawiać, ale przegrywa z małym dotykowym ekranikiem. Ja jak już z kimś wychodzę, spotykamy się, gadamy i wygłupiamy, to telefon chowam do torebki i można do mnie wydzwaniać godzinami, ale odpowiem dopiero po powrocie. Bo wolę kontakt z drugą osobą, nie z telefonem. 

Nie lubię głupich ludzi z 'mądrymi' telefonami. Nie lubię przedkładania kontaktu telefonicznego nad prawdziwy. Ja muszę widzieć się z drugą osobą, móc spojrzeć jej w twarz, w oczy, dotknąć jej dłoni, usłyszeć jej szczery śmiech. Oczywiście są przypadki, gdy nie jest to możliwe i zostaje jedynie elektroniczny substytut bliskości. Ale nie można się od niego tak uzależniać i spędzać cały dzień przy telefonie/komputerze. 

And that's how I see it. I na zakończenie taki sobie obrazeczek: 

Ready, steady, go!

Do czego to doszło. Veri zabrała się za pisanie bloga. Chodził za mną ten pomysł już od jakiegoś czasu. I tak postanowiłam się sprawdzić w tej dziedzinie. Nie wiem o czym będę pisać, pewnie różne opowieści dziwnej treści na temat książek/filmów/seriali/życia codziennego. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Chcę też podziękować ludziom, którzy zainspirowali mnie do tego projektu: Natalce - za jej własnego bloga i ostatnie gadaniny. nanamo - za podsyłanie przydatnych linków i słowa zachęty. I całej reszcie, mam nadzieję, że moje pisańsko przypadnie Wam do gustu C:

I to by było na tyle w pierwszym poście. A nie! Powiem jeszcze skąd tytuł bloga. Po części przez piosenkę Davida Bowie, po części przez serial o tym samym tytule. A podróże w czasie to my favourite thing. I sama się czuję jak ktoś wyrwany ze swojego czasu. Ze swojej planety. 

"Sięgniemy gwiazd, wpadniemy na Marsa, a śniadanie zjemy na Plutonie."