niedziela, 29 grudnia 2013

Red eyes and tears.

Większość osób pisze/pisało o świętach, świątecznej magii, nastroju, objadaniu się smakołykami i cudownych prezentach. Mnie święta przyniosły jedynie tytułowe spuchnięte i czerwone oczy od dwóch dni płaczu. W tym jeden dzień wypadł akurat w moje urodziny (urodzić się 26 grudnia to jest niezły ponury żart). A zapowiadało się całkiem niewinnie i nic nie wskazywało na to, że akurat w te święta rodzina postanowi rzucić mi wyzwanie cierpliwości, którego nie wytrzymałam. 
Było trochę rozmów, dużo hejtu na mnie, nie wytrzymałam psychicznie (nie wytrzymuję już od dłuższego czasu, ale są takie momenty, gdy już kompletnie nie daję rady). Jak się rozpłakałam, to nie byłam w stanie skleić jednego zdania. A miałam dużo odpowiedzi i ripost, ale przez łzy ciężko się wysłowić. I tak siedziałam całkowicie rozbita, trzęsąca się i sama, bo jak mi źle, to muszę być sama. Ale rodzina odebrała to jako jakąś tanią zagrywkę i brak zrozumienia/szacunku. Jak wcześniej próbowali mnie pocieszać, tak później zaczęli mnie atakować, nazywać królową dramatu i życiową ofiarą. Najwidoczniej nią jestem. No cóż, przepraszam. Z depresji nie da się wyjść w jeden wieczór. Tym bardziej jeżeli jej przyczyną są ludzie, z którymi musiałam wtedy przebywać pod jednym dachem. 


Co to za święta bez kwasów przy wigilijnym stole. Zawsze tak było odkąd pamiętam. I pewnie zawsze będzie, jak to w dysfunkcyjnej rodzinie. Mam nadzieję, że reszta ludzi miała lepsze święta ode mnie. Urodziny minęły mi cicho i szybko. Pogrążyłam się w lekturze książek, które dostałam w prezencie, w milczeniu zniosłam odśpiewane 'sto lat' i nieszczere życzenia. W głowie miałam ciągle frazę "I hate myself and I want to die". Nadal tak mam. Codziennie, czasem jedynie zagłuszam ten głos robiąc głupoty lub znajdując sobie jakieś ambitne zajęcie. Tak czy inaczej, wróciłam na chwilę na mieszkanie, wyrwałam się z tych toksyn. Ostatnie 2 dni przepracowałam u mojego brata w knajpce z lokalnym świętokrzyskim żarciem. Byłam typowym przynieś, wynieś, pozamiataj, najwięcej się narobiłam pomagając w kuchni i na zmywaku. Niby tylko 2 dni roboty, ale padam na twarz, bo od 10 do 20, plus 2 godziny sprzątania sali, to jednak jest trochę i więcej. Są jednak plusy, zarobiłam trochę monet. Przydadzą się na organizację sylwestra. Może chociaż sylwester będzie udany i okaże się dobrym wstępem do nowego roku. Będzie 5 osób na mieszkaniu, robimy party w stylu lat 80, będą przebieranki i dużo śmiechu. Tego mi trzeba. Jak wszystko się uda, to zdam relację. Jak odpocznę jeszcze jakieś parę dni po tym wszystkim, bo brak snu i pożywnego jedzenia poczynił spustoszenie w moim życiu. Miałam zrobić podsumowanie roku 2013, ale nie ma co tu dużo podsumowywać. Były wzloty i upadki, więcej upadków. Ogólnie rzecz biorąc było słabo. 

A dzisiejszego posta sponsoruje Sam Winchester, bo idealnie odzwierciedla mój stan:

 
 

sobota, 7 grudnia 2013

Brothers&Sisters.

Święta się zbliżają, a to oznacza zjazdy rodzinne i wiele innych mniej lub bardziej przyjemnych rzeczy. A skoro takie okazje, to postanowiłam napisać posta związanego pośrednio z tematem rodziny. A konkretnie kwestia posiadania rodzeństwa. Nikt mi nie wmówi, że nie ma różnic między ludźmi, którzy są jedynakami a tymi, co posiadają brata lub siostrę. Jest wiele różnic, które można wyczuć. 
Nie mówię, że ktoś jest lepszy czy gorszy, po prostu chciałam się podzielić swoimi doświadczeniami. Znam trochę jedynaków i nie ważne ile mają kuzynów/kuzynek i tak różnią się od ludzi z rodzeństwem. Może dla mnie jest to łatwiejsze do wyłapania, bo sama mam 2 braci i 2 siostry, jestem średnim dzieckiem, znam uroki bycia starszą siostrą i młodszą jednocześnie. Ale o tym później. Zacznę od jedynaków, których znam. Na swoje szczęście nie znam jedynaków, którzy są totalnie rozpieszczeni przez rodziców. Ale i tak jedynacy są dosyć kłopotliwi dla mnie. Nie mają takiego wyczucia do ludzi, nie łapią cichych tonów w rozmowach, są nieco egoistyczni (ale nie jest to do końca zdrowy oświecony egoizm). Czasem ciężko się z nimi dogadać, nie lubią iść na kompromisy. Chociaż podejrzewam, że bycie jedynakiem ma sporo zalet. Rodzice koncentrują na tobie całą uwagę i fundusze. Chociaż to potrafi być też destrukcyjne. 
A wady i zalety posiadania rodzeństwa? Tu się mogę rozpisać. Zaczynając od zalet. Bracia i siostry to przyjaciele na całe życie. Takie więzy, które ciężko przerwać, możemy się do siebie nie odzywać, możemy się kłócić, tłuc po łbach, wyjechać na różne krańce świata, ale jak się spotkamy, to i tak się pogodzimy i jest dobrze. Oczywiście jeżeli relacje między rodzeństwem są zdrowe, bo jak się chce kogoś znienawidzić, to i więzy krwi tego nie obronią. Ale ze swojej strony mogę powiedzieć, że starsze rodzeństwo było dla mnie źródłem wsparcia i miłości, więc nie mogę narzekać. W podstawówce nikt mi nie dokuczał, bo broniła mnie siostra. Brat nauczył mnie, że jak się przewrócę, to nie powinnam płakać, a jak ktoś mnie uderzy, to zwyczajnie mam mu oddać i się nie mazać. Wychowali mnie na twardziela. Za młodu byłam taką trochę irytującą młodszą siostrą. Ciągle łaziłam za starszym rodzeństwem i chciałam żeby spędzali ze mną czas. Ale wyszło mi to na dobre, bo jak brat już nie chciał mi czytać bajki, to sama nauczyłam się czytać zanim nawet poszłam do zerówki. Czasem dochodziło do rękoczynów, nigdy nie zapomnę jak rozbiłam bratu talerz na głowie, albo jak zaatakowałam siostrę łańcuszkiem z koralików. Ale konflikty między rodzeństwem są potrzebne. Rozwiązywanie ich uczy trudnej sztuki kompromisu, która bardzo się przydaje w dorosłym życiu. Mam też młodszą siostrę, więc wiem jak czuło się moje starsze rodzeństwo. Na początku się nienawidzi tego, że przestało się być najmłodszym, nie zbiera się najwięcej uwagi rodziców i otoczenia. Ale z czasem człowiek zaczyna doceniać to, że staje się dla kogoś przykładem, wzorem do naśladowania, całkiem nieświadomie. I próbuje być lepszym człowiekiem. Staje się odpowiedzialny za młodszego w rodzinie. Szybciej się wtedy dorasta i mądrzeje. No i nic tak nie cieszy, jak te chwile, gdy cały świat zawodzi, siedzi człowiek i płacze, a tu przyjdzie młodsza siostra i cię uściska i powie, że będzie dobrze. Coś pięknego i magicznego. Rodzeństwo pomaga rozwijać inteligencję emocjonalną. Dorastając wśród braci i sióstr, nie ma się problemów ze zrozumieniem innych ludzi, jest się nieco bardziej tolerancyjnym wobec innych. Szybciej nabiera empatii i zrozumienia jak działają relacje międzyludzkie. 
Ale żeby nie było tak miło, posiadanie rodzeństwa to też sporo minusów. Przede wszystkim człowiek jest pozbawiony prywatności. Rodzeństwo, zwłaszcza młodsze, zawsze znajdzie sposób, żeby przegrzebać nasze prywatne rzeczy, dowiedzieć się wszystkiego i wykorzystać tę wiedzę. Przestrzeń osobista także przestaje mieć znaczenie. Z jednej strony to niby dobrze, ale z drugiej, nie każdy jest na to przygotowany, że ktoś może naruszyć granice jego przestrzeni osobistej i nie widzieć w tym żadnego problemu, bo żył w takim stanie od wielu lat. A już dzielenie łóżka z bratem/siostrą na wyjazdach czy innych okazjach. Nie ważne czy spałam ze starszą czy z młodszą siostrą, zawsze to ja zostawałam bez kołdry i na brzegu łóżka. Dlatego teraz uwielbiam spać sama na swoim wielkim łóżku i ogólnie trudno mi je z kimkolwiek dzielić (no ale jeżeli przyszłoby mi je dzielić z rodzeństwem, to bym się zgodziła tak czy siak). Inna sprawa to rywalizacja między rodzeństwem. Szczególnie, gdy jest się średnim dzieckiem. Najwięcej uwagi zawsze dostaje najmłodszy. Od najstarszego najwięcej się wymaga. A jak się jest pośrodku? To wtedy próbuje się odróżniać od reszty za wszelką cenę. Szuka się swojej ścieżki życiowej dwa razy intensywniej niż inni. Próbuje się wszystkiego, byle tylko odnaleźć siebie. No i jeżeli nie jest się dzieckiem możnych rodziców, to szuka się jakichkolwiek środków, by spełniać swoje pasje i marzenia. Idzie się pod prąd i swoją drogą. 

Może i bym mogła się bardziej rozpisać, ale na chwilę obecną nic więcej już mi nie przychodzi do głowy. Możecie opisać mi swoje historie związane z rodzeństwem tudzież jego brakiem. Ja wiem jedno, mimo wszystkich wad, nie zamieniłabym swojego obecnego życia na jakiekolwiek inne. Lubię swoje starsze i młodsze rodzeństwo. I nie wyobrażam sobie, żeby mogło być inaczej. 

Na koniec zdjęcie Ylvisowych braci, które świetnie opisuje jak wyglądają gorsze chwile między rodzeństwem (i zapowiedź, że w którymś z kolejnych postów zajmę się tematem norweskich komików.) 


sobota, 30 listopada 2013

Song to say goodbye.

Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że w życiu kieruję się kilkoma prostymi zasadami. Główną z nich będzie: nic nie jest na zawsze i nic na pewno. Dotyczy to zarówno rzeczy jak i ludzi. A o czym będzie dzisiejszy post? O tym jak sobie radziłam i radzę z życiem, co mnie denerwuje w innych ludziach i dlaczego po części jestem chyba robotem. Albo po prostu mam mózg socjopaty, ale nauczyłam się żyć i współgrać w społeczeństwie. 


Tak to czasem się nam wydaje, że ludzie, których poznaliśmy będą z nami na wieki. Też tak myślałam, ale dosyć szybko moje marzenia zderzyły się z brutalną rzeczywistością. Utrata pierwszej osoby, którą miałam za przyjaciółkę na całe życie uświadomiła mi, że nie ważne jak dobrze ktoś może mnie znać, na końcu i tak zostaję sama. Z różnych powodów. Ludzie się zmieniają. Albo inaczej. Nie zmieniają. My mamy o nich jakieś mylne wyobrażenia, które sprawiają, że nie widzimy ich prawdziwego 'ja'. Ludzie pozostają tacy sami, jedynie my zaczynamy dostrzegać prawdę, albo oni zaczynają pokazywać swoje oblicze. Nic nie jest na zawsze i nic na pewno. Nauczyłam się tej zasady i trzymam się jej do dzisiaj. Staram się nie przejmować i nie przywiązywać. Ludzie przychodzą i odchodzą. I nie ma w tym nic dziwnego ani strasznego. Takie jest życie. Ale co mnie osobiście irytuje, to jak niektórzy za wszelką cenę starają się utrzymać kogoś przy sobie. Nawet jeżeli takie rozwiązanie jest szkodliwe dla jednej lub obu stron. Nie rozumiem jak można pozwalać robić z siebie wycieraczkę dla kogoś. Niektórych bawi ranienie innych i wyżywanie się na kimś, kto jest do nich przywiązany. Ale od takich toksycznych ludzi trzeba się odciąć i nie pozwalać im rządzić każdą dziedziną naszego życia. Można być przyjaciółmi, ale gdy zaczynają się dziać takie rzeczy, to według mnie najbardziej rozsądnym rozwiązaniem jest rozejście się w dwie strony. Bo swoją drogą, co to za przyjaźń, w której ciągle ktoś cierpi i jest poniżany, kaleczony emocjonalnie i wyzyskiwany? Owszem, kłótnie i rzucanie krzesłami zdarza się nawet w najlepszych relacjach. Ale nie jest to ciągły stan. Przyjaźń wymaga zrozumienia i akceptacji, a gdy to się kończy, trudno mówić o przyjaźni. 
Inna zasada, której się trzymam, to że mówienie o sobie wszystkiego, uzewnętrznianie się jest jak podanie komuś naładowanego pistoletu i pozwolenie na to, by wymierzył go nam prosto w głowę. Kwestia zaufania i miłości do drugiej osoby polega na tym, że wierzymy, iż nie pociągnie ona za spust. Ale ludzie bywają różni. Dlatego staram się nie uzewnętrzniać przed innymi. Nawet przed najbliższymi. Nie umiałabym żyć ze świadomością jak ktoś mógłby taką wiedzę obrócić przeciwko mnie. Lubię mieć nad wszystkim kontrolę, nie lubię gdy ktoś ma ją nade mną. I jeżeli komuś mówię więcej niż powinnam, to znaczy, że naprawdę mu wierzę i ufam. Ale tak serio serio. Niewiele jest takich osób.
Mając takie przekonania i świadomość, że w życiu bywa różnie, nie boję się już ludzi, którzy znikają z mojego życia. Pozwalam im spokojnie odejść. Nie gonię za nikim. Nie płaczę i nie tęsknię po nocach. Zrozumiałam, że szczęście nie pochodzi od innych ludzi, tylko jest zależne od nas samych. Więc po co na siłę trzymać w swoim życiu kogokolwiek? Wzruszam ramionami, uśmiecham się i idę dalej. Nie ma sensu oglądać się za siebie. Co było między mną i innymi, to było. Staram się pamiętać te dobre chwile, nie zapominając o tych złych. Próbuję żyć każdym dniem, chwilą, jak umiem najlepiej. Doceniam ludzi, którzy są ze mną teraz, ale nie łudzę się, że będą na zawsze. Gdy przyjdzie dzień, gdy postanowią odejść, pozwolę im na to i podziękuję za wszystko czego mnie nauczyli. Bo każdy człowiek, który pojawia się w naszym życiu ma za zadanie czegoś nas nauczyć. Czy będzie to poprzez dobre czy złe doświadczenia, nie ważne. Ważne jakie my z tego wyciągniemy wnioski, jakie lekcje na przyszłość. 

I mniej więcej o tym wszystkim chciałam dzisiaj napisać. Pewnie niektórzy powiedzą, że ze mnie nieczuła osoba. Przyzwyczaiłam się do takich tekstów. Fakt, moje poglądy odbiegają nieco od tego co myślą inni ludzie. Ale będę się ich trzymać. Nie twierdzę, że moje metody są najlepsze, ale działają w moim przypadku i pozwalają uniknąć wiele bólu i cierpienia ze strony innych ludzi. A nie od dziś wiadomo, że 'piekło to inni ludzie'.   

poniedziałek, 18 listopada 2013

Hero of the story.




Rzuć wszystko. A potem się podnieś. I podnieś to, co najważniejsze dla ciebie. 

Tak właśnie zrobiłam. Rzucam studia na 3 roku, bo nie mogę się dłużej tak męczyć. Nie planuję wiązać swojej przyszłości z filologią rosyjską. Z byciem tłumaczem. Ja wiem, że to 3 rok i mogłabym dokończyć. Mogłabym, ale tego nie zrobię, bo tak naprawdę to bym nie mogła. Ludzie mówią swoje, ale nikt nie wie co się dzieje w mojej głowie i na mojej uczelni. Nie wiedzą jak to jest czuć każdego dnia, że marnuje się czas na pierdoły. Gdy otoczenie jest bardziej nieprzyjazne niż australijska dzicz (gdzie wszystko może cię zabić, ale jak to ktoś powiedział, aligatory są milsze od ludzi, nie udają przyjaciół, od razu cię zjadają). Już raz w życiu przechodziłam przez takie piekło, nie polecam i nie chcę robić tego drugi raz. Moja głupota w tym była, że dałam się wepchnąć na te studia, że postanowiłam zostać, zamiast od razu odejść. Ale lepiej późno niż wcale i nigdy nie jest za późno na zmiany na lepsze. 

Jeszcze parę formalności zostało mi do zrobienia. Złożyć podanie o urlop dziekański, bo chcę zachować na rok legitymację studencką. Głównie zniżki na wszystko. W szczególności na środki transportu. Pociągi i takie tam. Rodziców już poinformowałam o zmianie swoich planów na życie. Przyjęli to dosyć spokojnie. Bo powiedziałam, że mam plan. Rzucić w cholerę, to co mnie dołuje i sprowadza z powrotem niewyleczoną depresję. Teraz mam czas na kucie do poprawy matury. Znalezienie roboty, żeby zapłacić za 2 pierwsze lata studiowania w Wawie (kochane zmiany ustaw i zwłaszcza ta dotycząca punktów ECTS). Nie boję się przyznać do błędu. Zrypałam sprawę mocno i to już w liceum. Wszystko przez mój brak zdecydowania i bierność. Ale nigdy więcej. Potrzebowałam jedynie spaść w otchłań rozpaczy, stoczyć się na samo dno, by się przekonać co jest tak naprawdę dla mnie istotne. Co się liczy, ma znaczenie. I o co chcę walczyć. A co mam rzucić za siebie, zapomnieć, pogrzebać, spalić. 

Więc to taki plot twist w moim życiu. Zmieniłam scenarzystę, bo słaby scenariusz był jak do tej pory. Teraz będzie lepiej. I już nie przejmuję się tym co sądzą inni. Niektórzy mówią, że straciłam rozum. Ja sądzę, że dopiero teraz go zyskałam. Idealnym podsumowaniem mego odniesienia do ludzi, którzy mnie nie rozumieją jest ten gif:

 
PS: Jako, że teraz będę mieć trochę więcej czasu, spodziewajcie się więcej postów. Na różne tematy. Jak będzie postępować moja walka ze światem, co się czytało, co się oglądało, czego się słuchało i w ogóle. 

O jeszcze jedna mądrość. Jako, że jestem villainem. "Every villain is a hero in his own mind". 

poniedziałek, 14 października 2013

Don't you forget about me.

Dzisiaj trochę odmiany. Zamiast narzekać na marną jakość mojej egzystencji, napiszę trochę o filmie, który ostatnio obejrzałam i w którym się zakochałam bez pamięci. Mogę jedynie lekko ponarzekać, że chciałabym, żeby moje życie wyglądało jak film z lat 80. Ale niestety John Hughes nie reżyserował mojego życia. Tak czy inaczej, pora podzielić się wrażeniami z seansu "The breakfast club". 


O czym jest ten film? W wielkim skrócie o piątce dzieciaków z różnych światów, które muszą za karę spędzić sobotę w szkole. Wydaje się, że fabuła jest prosta jak konstrukcja cepa. Owszem, ale te różne światy zderzają się ze sobą w taki sposób, że film zyskał miano kultowego, jednego z najlepszych filmów młodzieżowych z lat 80. I po obejrzeniu muszę przyznać, że zasłużenie. Film rozkręca się powoli, ale wciąga. W każdym razie mnie wciągnął. Bo lubię takie historie z drugim dnem w tle. W tę pewną sobotę za karę w jednej sali spotyka się: popularna dziewczyna (księżniczka), dziewczyna z marginesu, kujonek, sportowa gwiazda i buntownik vel kryminalista. 


I tyle wystarczy, by zaczęło się robić ciekawie. No bo komu by się chciało pisać obowiązkowy referat? Może jedynie kujonowi. Reszta nie ma zamiaru siedzieć w sobotę w szkole. Mój ulubiony rebel rzuca takimi ciętymi ripostami i robi cudowne zamieszanie. Dziewczynka z marginesu rozbraja na całego żyjąc według zasady "mój świat, moje kredki". Księżniczka okazuje się nie być taka święta, a pan sportowiec przyznaje, że wcale nie jest łatwo być na szczycie listy popularności i spełniać wymagania otoczenia. Chociaż i tak największy plot twist, to kujon i jego powód, dla którego znalazł się za karę w szkole. Nie będę zdradzać, ale było zaskoczenie. Interakcje całej grupy są świetnie napisane i zagrane. Zaczyna się dosyć szorstko, ale kończy całkiem miło. A filmowy poniedziałkowy powrót do szkoły zostaje samemu zinterpretować. Tytułowa piosenka ma z nim wiele wspólnego. Przynajmniej takie są moje odczucia, że jednak było 'forget'. Ale każdy ma swoją wersję. 

Film dołączył do grona moich ulubionych, które mogę oglądać co tydzień i mi się nie znudzą, i zawsze znajdę w nich coś nowego. Urzekł mnie ten klimat, lata 80, lekki grunge, melancholia i świadomość, że problemy ówczesnej młodzieży właściwie niczym nie różnią się od problemów współczesnych ludzi w okresie sturm und drang. Gdybym miała się porównać z którymś z bohaterów, byłabym połączeniem rebela i dziewczyny z marginesu. Życie we własnym świecie i bunt przeciwko reszcie świata i jego reguł. Skomplikowane relacje z rodzicami, chociaż to w sumie mało powiedziane. Nic nie jest tu czarne lub białe, wszystko ma swoje smutne odcienie szarości. Czy film będzie bardziej komedią, czy dramatem, zależy od naszego postrzegania i wrażliwości. Dla mnie jednak był dosyć smutny, mimo wielu zabawnych akcentów. Jak na przykład ten taniec. Funny fact, tańczyłam tak jeszcze w liceum, kiedy w ogóle nie miałam pojęcia o istnieniu tego filmu. Na przerwach, gdy radiowęzeł puszczał naprawdę fajną muzykę, koleżanka nauczyła mnie kroków do sidewalka. Poza tym film jest pełen świetnych tekstów na temat społeczeństwa, ludzi, tego jak my się widzimy i jak widzą nas inni. Moje ulubione: 


I na tym kończę tego posta. Mogłabym napisać więcej, ale nie chcę spoilerować, bo może ktoś się skusi na oglądanie. Wtedy z chęcią przeczytam jego własną interpretację filmu. Ja wiem, że będę do niego wracać i to niejeden raz.

czwartek, 10 października 2013

I hate people when they're not polite.

Każdy kolejny dzień spędzony na uczelni sprawa, ze powoli budzi się we mnie psychopatyczny morderca. "Naród wspaniały, tylko ludzie kurwy". Myślałam, że najgorsze piekło mam już za sobą, gdy opuściłam mury gimnazjum, ale jak widać nagrzeszyłam wystarczająco dużo, by znowu znaleźć się w tym samym piekle. Dopiero drugi tydzień, a ja wypalam szluga za szlugiem z nerwów i powtarzam w kółko: otaczają mnie kretyni. Co gorsza ci debile będą mnie jeszcze otaczać przez pewien dłuższy czas, a ja już skreślam każdy dzień przybliżający mnie do upragnionej wolności. Codziennie po wstaniu z łóżka obiecuję sobie, że dzisiaj nikogo nie zabiję. Nie wiem jak długo jeszcze wytrzymam, ale muszę. Zawsze myślałam, że warto być miłym, dobrym i uczciwym człowiekiem. No cóż. Nie warto. W sytuacji, gdy ludzie to prawdziwe skurwysyny gotowe pożreć cię żywcem, nie warto. Przez ostatnie dwa lata nauczyłam się, że bycie miłym nie jest warte złamanego grosza. Nikt nie pamięta drobnych uprzejmości, są dla ciebie mili jedynie, gdy czegoś potrzebują. Gdy im to zapewnisz, to kończy się bajka. Żyją na zasadzie "daj, daj, daj!". Nie obchodzi ich czy ty masz jakieś uczucia, może masz coś lepszego do roboty, może zwyczajnie, po ludzku czegoś nie wiesz. 
Przestałam być miła dla ludzi. Teraz okazuję jedynie chłodną obojętność. Odcinam się od tej zbieraniny. Nie daję się wciągnąć w ich gierki. Jestem, ale jednocześnie mnie nie ma. Jeszcze tylko ten rok akademicki. Robić swoje. Nie przejmować się. Ludzie to kurwy. Przynajmniej tutaj. If you're going through hell, keep going. 
Samotność w tłumie to przykra rzecz, która znów mnie spotkała. Duszę się, jestem w klatce, z której nie mogę wyjść. Najgorsze, że właściwie sama wlazłam w tę klatkę. I sama muszę się z niej wydostać. Życzcie mi powodzenia. 

Może jutro nikogo nie zabiję.

 

czwartek, 3 października 2013

News from the front.

Chyba będę pisać ten post w myślnikach. Mam dużo w głowie i na głowie, i nie bardzo wiem jak to wszystko ogarnąć. Zaczął się rok akademicki, niektórzy dają poradniki jak studiować, ja bym mogła napisać jak NIE studiować. Moje dotychczasowe zmagania z uczelnią świetnie opisuje song, będący tytułem tego wpisu - bam!

- Dopiero dwa dni spędzone na uczelni, a ja już mam jej serdecznie dosyć. Po pierwsze, przenieśli mój wydział na koniec świata. Jedyne adekwatne nazwy na tę lokalizację to: kurwidołek, łagier, kołchoz. Taki dżołk dobry, jako że studiuję filologię rosyjską. Ale serio, żeby na korytarzach nie było ławek, nie było bufetu, ksero, nawet automatu z kawą. I na każdym winklu wieje jak to w kieleckim, tylko z 5 razy gorzej. Dojechać do tego łagru też jest ciężko, ode mnie trwa to jakieś 40 minut. Wrócić też nie jest prosto. I już widzę jak będzie mi się chciało tam gnać w zimę na zajęcia o 8 rano. Tak jest. Druga rzecz, ludzie z roku, o których nawet nie chce mi się pisać. 

- Words of wisdom dla tych, którzy dopiero się wybierają na studia: idźcie na to, co chcecie, a nie co wam wciskają rodzice, koledzy, znajomi itp. Gdybym była mądrzejsza i odważniejsza, to nie musiałabym teraz siedzieć w tym łagrze, robiłabym licencjat z psychologii i magistra z kryminologii zaczęła. 

- Uczcie się do matury i zdajcie ją jak najlepiej. Serio. Nie odpuszczajcie sobie. Inaczej będziecie musieli ją poprawiać tak jak ja. To nie jest fajne uczucie. 

- Jak już zaczniecie studiować, to nie dajcie się wrobić w profesję starosty na roku. Nie chcecie brać odpowiedzialności za bandę debili, uwierzcie mi na słowo.

- Historie z życia niskich ludzi. Ciężko jest utrzymać mroczny i złowrogi wizerunek, gdy ma się metr sześćdziesiąt i trzeba prosić ludzi w sklepie, żeby podali ci rzeczy z wysokiej półki. Wiem, że niby nic strasznego, ale czasami denerwuje mnie mój wzrost. 

- Mam problemy z zaufaniem do ludzi, którzy nie piją kawy. 

- Zaczęłam robić lyrics booka. Ot tak, wypisuję sobie słowa piosenek i rysuję do nich różne bazgroły. Idealne zajęcie, żeby się odstresować po dniu spędzonym w kurwidołku.

- Jestem z siebie dumna, bo nauczyłam się grać Complicated situation. Sąsiedzi mnie za to nie lubią. Jak usłyszą, że wyjmuję gitarę, to już z dołu lecą przekleństwa. Niech się cieszą, że nie mam harmonijki albo klawiszy. Wtedy byłabym jeszcze bardziej upierdliwa. I nauczyłabym się grać Feel it now. (Specjalnie linkuję ten wykon, połączony z katarynkową piosenką, bo Peter i Robert są tu cudownie uroczy.)

- Brakuje mi moich ludzi z liceum. Z nimi zawsze mogłam wyjść do knajpy i świetnie się bawić łażąc po mieście. Na studiach czuję się totalnym outlawem, ale w tym negatywnym sensie. Bo zawsze odstawałam od norm społecznych i byłam za marginesem, ale przynajmniej miałam obok siebie ludzi, którzy też się tak wyróżniali. Moja własna bohema artystyczna. 

- "People think being alone makes you lonely, but I don’t think that’s true. Being surrounded by the wrong people is the loneliest thing in the world."

Jeżeli miałabym określić mój żywot w jednym obrazku, to byłoby to coś w tym stylu:


(Czyli piję za dużo kawy i za dużo palę. Ale ciężko nie czynić inaczej, gdy otaczają mnie kretyni i uczelniany kurwidołek wykańcza psychicznie i fizycznie.)

- "The price of being a sheep is boredom. The price of being a wolf is loneliness" (Dopiero ostatnio w pełni zrozumiałam sens tego cytatu.)

- Znowu oglądam stanowczo zbyt wiele seriali. Zaczęłam w wakacje kilka nowych serii i teraz uświadomiłam sobie, że nie wiem kiedy będę mieć czas to wszystko obejrzeć.

- Dopadła mnie akademicka depresja i uznałam, że czas coś zrobić z włosami. Ścinać ich już nie będę, bo mają odpowiednią długość, żeby codziennie po wysuszeniu być odą do fryzu Petera Hayesa. Takie czesane halnym, free spirit, free bird, southern rock, shoegaze. Uznałam więc, że przefarbuję je szamponetą na czarno, żeby tribute był pełny. Like, seriously, po wyjściu z domu na kieleckie wichry, mój fryz nie różni się zbytnio od Peterowego, więc zostanę czarnym szatanem. 


(No i umiem zagrać 'Complicated situation'! Jeszcze innych songów się nauczę, jak czas pozwoli. Everyday a little bit more miss Hayes I will be. Depresja akademicka to straszna rzecz. Mówiłam, że zamówiłam sobie archiwalne numery Teraz Rock, gdzie były jakiekolwiek wzmianki o BRMC? No to mówię. I uwidziałam sobie takie fajne buty. I niedługo muszę doładować kartę wiejską. I tak właśnie przepadną moje ostatnie pieniądze.)