poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Medical update #2

Ostatnio trochę zaniedbuję bloga. Zbieram się do napisania czegoś mądrego i rzucam pomysł w trakcie realizacji. Albo inne randomowe sytuacje życiowe mnie odrywają od laptopa i nijak idzie cokolwiek napisać. A cóż takiego mi się przytrafiało w ostatnich tygodniach? 

- Koncert zespołu Beyond The Rules, gdzie mój kolega z liceum jest wokalistą. Było naprawdę fajnie, chociaż niektórzy ludzie chyba nie wiedzieli co się robi na koncertach. Trzeba skakać, zwłaszcza jak idą piękne solówki na gitarcach i basie, a psychodeliczne intra (jak to w progresywnym rocku) trzeba gustownie przebujać z zamkniętymi oczami, czując muzykę każdym skrawkiem skóry. Ja i moi ludzie poskakaliśmy za wszystkich, a po koncercie jeszcze się trochę pobujaliśmy z naszym rockmanem (nie ma nic lepszego niż łażenie po mieście w środku nocy, a cała ekipa w skórzanych kurtkach, so badass). Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie ukradła setlisty ze sceny. Liczę na to, że kiedyś będą sławni i zarobię miliony sprzedając tę setlistę.

-  Randomowe wypady do kina. Nie ważne, że na całonocny maraton, albo ostatni seans danego filmu. Jak nam odbije, to jesteśmy w stanie takie głupoty robić (na dokładkę po całonocnym maratonie filmowym pojechałyśmy do koleżanki na urodziny, zombie walk po prostu). I wreszcie obejrzałyśmy drugą część Kapitana Ameryki. I zakochałam się na nowo w Sebastianie Stanie (a znałam go już z 'Once upon a time', gdzie grał Szalonego Kapelusznika, więc miłość ma była bezwarunkowa i bezgraniczna). I teraz mam całą filmografię do obejrzenia. Poświęcenie moje jest takie, że zgodziłam się obejrzeć 'Gossip Girl', chociaż jeszcze miesiąc temu odgradzałabym się rękami i nogami, byleby tego nie oglądać. Ale czego się nie robi z miłości. 

- Ostatnie dwie niedziele z rzędu spędziłam w kościele. Do tej pory nie wiem jak dałam radę, moja wola przetrwania jest silna jak widać. Raz, bo byłam świadkiem na bierzmowaniu mojej młodszej siostry, a drugi, wczorajszy, bo był chrzest bratanicy. I wielki zjazd rodzinny, z którego szczęśliwie udało mi się uciec zanim atmosfera zrobiła się zbyt rodzinna. Już mi wystarczy hejtów i braku zrozumienia. I tak wykazałam się dużą tolerancją na wszystkie żarty, żarciki o wegetarianach oraz homofobiczne komentarze. Cóż mogę poradzić, że dalsza rodzina jest dosyć konserwatywna i uparta w swoich poglądach. Ale to już za mną, teraz mogę spokojnie odpocząć z dala od tego zgiełku i hałasu. Wprawdzie przede mną jest jeszcze egzamin państwowy na prawo jazdy (na który muszę się umówić) i poprawa matury, ale to już najmniejsze z problemów, które nie dają spać po nocach. 

I to był taki mój lajf apdejt, jak widać trochę się dzieje, niewiele się zmienia. Żyję jak jakiś cygan, przenoszę się z miejsca na miejsce, dzisiaj tu, jutro tam, ale dom jest tam, gdzie szczoteczka do zębów, a tę wożę zawsze ze sobą. 


Na zakończenie mój stary-nowy idol i sesja w wannie, każdy taką powinien mieć: 

 

wtorek, 11 marca 2014

Medical update #1

Nastały piękne, ciepłe i słoneczne dni. A mój pokój ma to do siebie, że pierwsze promienie wschodzącego słońca świecą mi prosto w oczy, co sprawia, że wstaję o 6 lub 7 rano. Mogłabym spać do południa nawet, ale nie potrafię. Z drugiej strony może to i lepiej, człowiek wstanie wcześniej to i więcej rzeczy ogarnie w ciągu dnia. Ten post będzie w sumie o niczym, taki mały update tego co się dzieje w moim życiu aktualnie.

- Gramy na gitarcach. Częściej lub rzadziej, zależy czy mamy na drugi dzień wstać wcześnie rano i rozbijać się po mieście cudzym samochodem. Jazdy idą raz lepiej, raz gorzej. Czasem miewam mental breakdown, ale da się przeżyć. Co nas wkurza, to, że nasz lokator nagle też uznał, że chce grać na gitarze. Okej. Ale zupełnie nie ma słuchu i tego muzycznego feelingu. Więc jego granie na antyku klasyku (gdzie założył metalowe struny, mimo moich ostrzeżeń, teraz czekam aż mi pierdyknie gryf albo struny chlasną po twarzy) jest jedną wielką traumą dla mnie do słuchania. I jestem zła, bo zanim zdobył własne wiosło, to pożyczał mojego klasyka i kompletnie go rozstroił (szczęście, że strun nie zerwał). Bywa tak, że mamy konkursy na to, kto głośniej zagra. Oczywiście wygrywam z moim elektrykiem na fulla. No cóż, są takie małe rzeczy, które inni olewają, ale ja odbieram bardzo osobiście i mnie wkurzają. Katowanie biednej gitary jest jedną z tych rzeczy. Niby grać każdy może, ale cóż jak się nie ma słuchu i feelingu, i się uczy gry na pamięć, zero improwizacji i zrozumienia. Są też inne kwestie tej sprawy, o których muszę powiedzieć, żeby nie było, że się niesłusznie czepiam. No ale jak mam się nie czepiać, jeżeli on dyskredytuje moją wiedzę na temat muzyki i nie tylko moją, w naszym sklepie muzycznym też mu powiedziano, że na tę gitarę strun metalowych się nie powinno zakładać. Ale co tam, poszedł do szkoły muzycznej i jakiś uczniak mu założył. Bo po co się słuchać kogoś kto siedzi w temacie albo jest profesjonalnym muzykiem.

- Od jakichś dwóch tygodni jesteśmy na diecie wegetariańskiej. Jak do tego doszło? W sumie zupełnie spontanicznie. Zawsze chciałyśmy spróbować i znalazłyśmy sporo motywacji. I muszę powiedzieć, że nigdy w życiu nie czułam się lepiej. Wegetariańskie jedzenie jest mega smaczne, wymaga dużo kreatywności i cierpliwości, więc wpasowuje się idealnie w moje kuchenne kanony. Ludzie z otoczenia nie zawsze rozumieją, że za przejściem na taki styl żywienia nie muszą koniecznie stać filmiki o katowanych zwierzętach, chociaż przyznam, to było kolejnym mocnym impulsem. Po prostu chciałam się zdrowiej odżywiać, a skoro mięso nie jest niezbędne do przeżycia (I know shit, aminokwasy egzogenne, które muszą być dostarczane organizmowi pochodzą w całości z roślin), to czemu by nie zostać wege. Co ciekawe, nasze zakupy teraz są znacznie tańsze niż kiedy jadłyśmy mięso. Mnóstwo uwagi zwracamy na etykiety i tabelki na opakowaniach. Stajemy się powoli takimi lekkimi świrami na punkcie zdrowego odżywiania. Ale to jest dobra obsesja. Jedyne czego nie rozumiem, to ludzie, którzy przepraszają za jedzenie mięsa w naszej obecności. Jakby mnie to obchodziło, chcesz to jedz. Nikt nikogo do niczego nie zmusza. A jak rodzina przyjęła mój wegetarianizm? Co najbardziej mnie zaskoczyło, to mój tata, który zupełnie lajtowo podszedł do sprawy, wzruszył ramionami, dał mi pomarańczę i się ucieszył, że więcej żarcia dla niego. I cieszy się, że dobrze się odżywiam. Za to moja mama nadal żyje w przekonaniu, że kurczak to nie mięso i czasem mogłabym sobie zjeść jakieś kotlety lub wątróbki. Nie powiem, mój 2 dniowy pobyt w rodzinnym domu był mięsną pokusą, ale silna wola pozwoliła mi wytrwać. No i po pierwszym tygodniu bez mięsa, już nie ciągnie mnie do kotletów. Serio, serio. 

- Wiedziałam, że zakup czarnych spodni poprawi jakość mojego życia. Dwie pary już mam (w tym jedną iście Robertową, czarne szatany z wywietrznikami na kolana, nawet nie wiecie jak mnie radują te spodnie!). Poluję na dobre promocje i kupię sobie jeszcze tak ze trzy pary. Bo czemu by nie. A dzisiaj jak się uda to upoluję sobie jakąś skórzaną kurtkę na promocji. Wtedy moja rebelsowa stylówa będzie kompletna. Wprawdzie czarna szamponetka już się powoli całkiem zmyła z moich włosów (mam ombre srombre w reverse wersji, jaśniejsze na górze i ciemne na dole), ale co tam. Nie mogę też ich obciąć do maja, więc aktualnie moja dzika szopa na głowie zaczyna wymykać się spod kontroli. Ale tak to jest, jak się żyje wedle zasady "a po co się czesać". 

- Słoneczne popołudnia spędzane na balkonie w towarzystwie kawy, papierosów i muzyki wywołują u mnie różne mieszane uczucia. Jest radość, smutek, melancholia i tęsknota. Brakuje mi ludzi z liceum, których ciągle wspominam w rozmowach. Pamiętam jak o tej porze chodziliśmy do knajpy, omawialiśmy plany na przyszłość, piliśmy piwo w plenerze i żyliśmy pełnią życia. Sprawy nie ułatwiają ciągłe przypomnienia o tych czasach w postaci hintów do "The Breakfast Club" w co drugim filmie i serialu, albo takie piosenki. Wszyscy się wynieśli gdzieś daleko i żyją, a ja zostałam tutaj i żyję przeszłością. A co będzie w przyszłości, tego jeszcze nie wiem. Mam nadzieję, że też się wyniosę wreszcie i zacznę spełniać swoje marzenia. A zanim to nastąpi, to jeszcze gdzieś się spotkamy i powspominamy. Spędzimy popołudnie, wieczór i noc w starym stylu. Street cats.  

I na tym kończę ten mały update. Obejrzałam trochę fajnych rzeczy, którymi się podzielę w najbliższych postach. A nową tradycją blogową na koniec posta dam foto Rebelsów, które pasuje do okazji. W tym przypadku będzie to 'stare dzieje, słoneczna pogoda, wiosna/lato, plenery, gitary, trochę radości i melancholii'. Takie tam. 

 

sobota, 22 lutego 2014

Sezon na arafatki i gitary.

Znalazłam jedyny skuteczny antydepresant na smutne życie. Całość kosztowała mnie 280 zeta plus 3 złocisze za wymianę struny (i trochę awkward momentu w sklepie muzycznym, bo jak się okazało jeden pan mnie zapamiętał i myślał, że znowu przyszłam z jakimś wiosłem z czasów PRLu, ale nie tym razem). Nie żałuję ani jednej wydanej złotówki. Bo wreszcie mam swoją własną elektryczną gitarę z piecykiem (który mój ojciec nazwał 'kucharkiem', nie wiem skąd mu się to wzięło). A wygląda ona tak:


Zdjęcie mało artystyczne, ale nie jestem profesjonalnym fotografem. Jedynie wannabe pisarzem i początkującym, nazwijmy to, muzykiem. Kiedyś sądziłam, że dane mi będzie jedynie rozumieć artyzm słów i obrazów, ale od niedawna potrafię zrozumieć także i 3 minutową ścianę dźwięku (bez wokalu, samo gitarowo-basowo-perkusyjne brzmienie, psychedelic rock do mnie przemówił). I tak jak kiedyś zabrałam się za rysowanie i pisanie, tak teraz wzięłam się za grę na gitarze. Jedno wiosło już miałam w posiadaniu, klasyka, ale marzył mi się elektryk, więc mam co chciałam. Dodatkowo Magda pożyczyła akustyka, którego udało nam się nastroić, więc w sumie obecnie na mieszkaniu mamy 3 w pełni sprawne gitary. Nic tylko robić wieczorami jam sessions.

A mój elektryk może i nie jest niczym specjalnym, ale w pełni mi wystarcza. Gitara z duszą. Znalazłam ją w najdalszym zakątku mojego miasta, zapomniana, pełna zadrapań i siniaków, zupełnie jak ja. Poczułam z nią więź od pierwszego dotknięcia strun i rozcięcia sobie o nie palców. Wyleczyłam ją i uratowałam, teraz ona ratuje mnie każdego dnia. Gdy ciężar egzystencji przytłacza zbyt mocno, to siadam i gram to co znam, albo próbuję improwizować z lepszym lub gorszym skutkiem. 

To w kwestii gitar. A araszmaty? Cóż, trochę ich mam, a ostatnie zdjęcia z trasy koncertowej Rebelsów rozwiały moje wątpliwości czy je zakładać. Mój fashion sense idealnie wyraża Pete, więc araszmaty on. Dzisiaj wyjątkowo idę w miasto do naszej knajpy spotkać się po latach z paroma ludźmi, więc taka stylówa będzie jak znalazł. Na zakończenie piękne zdjęcie pięknego Petera. Sezon na araszmaty i gitary uważam za otwarty.

 

poniedziałek, 17 lutego 2014

Hell of a week.




Miniony tydzień należał do jednych z najgorszych w moim życiu. Jak nie do najgorszych. Wszystko zaczęło się od jednej totalnie bezsennej nocy, gdzie nic nie pomagało, więc razem z kuzynką (to była wspólna bezsenność) zaczęłyśmy oglądać seriale o 5 nad ranem. Kolejne dni upływały na epic failach w każdej dziedzinie życia. Ja z przeziębieniem walczyłam dodatkowo. Jakby tego było mało, dostałam informację, że moja babcia jest w ciężkim stanie w szpitalu. Akurat wtedy, gdy pasywnie-agresywnie unikałam odbierania telefonów z domu, bo rodzice odwiedzili mnie dzień wcześniej tylko po to, by wyładować na mnie swoje frustracje. Nie wiem ile razy płakałam w poduszkę w tym tygodniu, ale było tego naprawdę sporo. Chyba jakiś nawrót tej nieleczonej depresji mam aktualnie, bo brak sensu życia objawia się bardziej niż zwykle. Pół biedy jak człowiek ma jakieś emocje określone, jest mu radośnie albo smutno. Najgorzej jak nawet tego nie ma, jest jedna wielka pustka, czarna dziura, do której wpadają wszystkie uczucia i zostaje się absolutnie z niczym. Może jedynie z chęcią zniknięcia z tego świata, wcześniejszego wylogowania się z życia. Wiem, że miałam ograniczyć nałogi, ale jedyne ukojenie znajdowałam w tanim winiaczu z Biedry i oglądaniu koncertów na jutubie. A 11 lutego to tłumaczę swoje picie wina urodzinami mojego ukochanego Petera Hayesa z BRMC. Żałuję, że nie mieszkam teraz we Francji, bo Rebelsi mają tam swoją trasę koncertową i grają dużo songów ze starych płyt, które były so cool.

Tak czy inaczej, przetrwałam ten tydzień. Było mi niesamowicie ciężko, nic nie ułatwiało sprawy. Zwłaszcza rozpoczęcie jazd po mieście. Instruktora mam cierpliwego i spokojnego, ale czasem jakiś demon nade mną panował i robiłam takie błędy, że w kodeksie karnym nie ma na nie określenia. Wydawałoby się, że po 5 godzinach jazd dzisiaj powinno mi iść lepiej, ale nadal jakieś szatany we mnie siedzą, a samochód gaśnie i nie chce ruszyć z miejsca. Może będzie lepiej. Przynajmniej wreszcie zaczęłyśmy się uczyć do testu teoretycznego. Za całą resztę rzeczy do nauki także się zebrałyśmy mniej lub bardziej. Nawet wczoraj ćwiczyłyśmy z Mel B. (Wydaje mi się, że brzmię jak Gollum/Smeagol, więc wyjaśniam, że gdy używam liczby mnogiej, to chodzi mi o mnie i moją kuzynkę, która dzieli ciężkie trudy życia ze mną.)

Po trudnych rozmowach z rodzicami zastanawiam się poważnie nad pójściem do psychologa i psychiatry w celu wyzbycia się chociaż części swoich demonów. Wątpię, czy podziała jak należy, ale spróbować można. Może miłe antydepresanty, leki na uspokojenie i sen pozwolą mi lepiej zapomnieć o tym Weltschmerzu, który wciąż do mnie wraca. Póki co stosuję muzykoterapię i spełniam swoje małe randomowe marzenia. Jak kupienie męskiego antyperspirantu Old Spice Wolfthorn. Bo ma niesamowicie fajny zapach, jak żelki Haribo. I przymierzam się do kupienia używanego elektryka z piecykiem. Muszę umówić się na obejrzenie tej gitarki i zadecyduję. Wprawdzie moim cichym i większym marzeniem jest posiadanie Epiphona, ale takie przyjemności kosztują wiele. Najtańszego znalazłam za ponad 500 złotych, ale lepsze idą już w tysiącach. No nic, może kiedyś.

14 lutego nie obchodziłam walentynek, tylko jakieś święto wina. Gdzieś w internetach wyczytałam, że akurat tego dnia przypada, a że moje miłości wszystkie umarły nieodwzajemnione, to równie dobrze można było się napić. Ale żeby odciąć się już od tego piekielnego tygodnia smęcenia o życiu, w życiu i na temat życia, mam dla Was czytających małą zabawę. Wysilcie swoją wyobraźnię i jeżeli Wam się chce, to możecie mi napisać z kim mnie widzicie w parze. Jakiego partnera/partnerkę powinnam mieć, gdybym mogła. Z pewnością ktoś wpadnie na jakiś genialny pomysł. Tymczasem wybywam, niedługo może napiszę jak tam nowa gitara i nowe seriale. A na jutrzejszą jazdę po mieście zakładam na szyję różaniec.

niedziela, 19 stycznia 2014

Mister Spock, what do?

Kreatywnie spędzam styczniowe dni. Miałam maraton rozszerzonych wersji "Władcy Pierścieni", przypominam sobie też wersję książkową i zakochuję się na nowo w mitologii Tolkiena. Początkowo planowałam ten post uczynić postem o tytule 'dlaczego kocham fantasy', ale na to przyjdzie odpowiednia pora. Co innego mam w głowie aktualnie. Staram się każdego dnia przysiąść na trochę do biologii, nudniejsze tematy mam już prawie w całości za sobą i względnie opanowane, niedługo przejdę do mojej ukochanej anatomii, więc jest dobrze. Za matmę zbiorę się w lutym, żeby teraz sobie w głowie nie mieszać zbytnio. 

Ostatnio mój hejt do ludzkości rośnie z każdym dniem. Wszystko za sprawą pewnego gimbusa, który niestety pojawia się na mieszkaniu i psuje wszystkim krew. Ja wiem, że ludzie bywają i są głupi, ale że aż tak. Są dni, gdy lokatorzy powinni mi być wdzięczni za to, jak bardzo się powstrzymuję od bycia rozszalałym psychopatą. Oszczędzam się do wbijania noży w martwe przedmioty zamiast w żywych ludzi. Ale kto wie jak długo.

Inna kwestia, która obecnie nie daje mi spać po nocach, to studia. A właściwie, co i gdzie studiować. Potworek ostatnio u mnie będąc powiedziała o studiach w UK. I nie powiem, ta opcja zawładnęła moją wybujałą wyobraźnią. Uznałam, że to byłaby dla mnie idealna szansa na poprawę swojego marnego żywotu. Napisałam maila do tej zacnej uczelni, czekam na odpowiedź. W międzyczasie zastanawiam się jak to wszystko wyjdzie w praniu, czy gra jest warta świeczki i inne takie, takie. Ogólnie rzecz biorąc zamartwiam się i umartwiam. Spock, what do? What do? 

Dziś było krótko. Mam nadzieję, że na temat. Jakiś. Nie mam high lifestyle, więc mało się u mnie dzieje rzeczy wartych opisania. 

niedziela, 5 stycznia 2014

2014 czy jakoś tak.

Zaczął się kolejny rok udręki i cierpienia. Chciałam być optymistycznie nastawiona do życia, ale się nie da. Nie wtedy, gdy jest się takim biedakiem jak ja. Dopijając resztki alkoholi z sylwestra, oglądając serial o innych biedakach ("2 broke girls" i chyba poświęcę temu któregoś posta, bo ten szoł na to zasługuje), mając zatargi z sąsiadem z dołu, problemy z rachunkami i ogólnie z pieniędzmi, o rodzinie to już nawet wolę nie wspominać... Gdy tak wygląda życie, to ciężko mieć optymistyczne myśli. Wiem, nadal mam lepiej niż większość ludzi na świecie, więc moje problemy życiowe można zakwalifikować jako 'white people problems' albo 'first world problems'. Ale nie o to chodzi. Bo dla każdego co innego jest końcem świata. A jak ja mówię, że jest słabo, to jest nawet jeszcze gorzej. 
 
Dlatego nie mam zamiaru robić żadnych postanowień na nowy rok 2014. Bo i tak się nie sprawdzają, bo to tylko takie miłe oszukiwanie samego siebie przez pierwszy miesiąc, góra dwa jak ktoś jest wytrwały. Mnie się nie udało nawet dwóch dni przetrwać w postanowieniach. Miałam odciąć się od nałogów. Dzisiaj jest pierwszy dzień od początku roku, gdy nie piję wieczorem żadnego drina/piwa. Można więc to nazwać jakimś postępem. Fajki skończę wraz z ostatnią zakupioną paczką, która ma cenę jeszcze z zeszłego roku. Potem już za bardzo będzie mnie boleć portfel, żeby palić. Akcyza uratuje mnie od nałogów i wypełni jeden cel w dalszym życiu. Właściwie nie wiem o czym miał być ten post, bo każdy bloger, którego śledzę i czytam zrobił jakąś listę postanowień/celów do realizacji. A ja? Nie będę robić żadnej listy i to wcale nie dlatego, że mam buntownicze, rokenrolowe serce. Po prostu brak mi motywacji nawet do tego. A życie jest zbyt nieprzewidywalne na plany. Tego się nauczyłam, jednego dnia kończysz ostatni egzamin maturalny, a drugiego potrąca cię samochód i lądujesz w szpitalu. Więc nie ma co się zbytnio do wszystkiego przywiązywać. 
 
Jednak, żeby nie było tak pesymistycznie, to powiem, że mam parę oczekiwań wobec siebie. I ten rok będzie dobrym momentem, by zacząć je spełniać, wypełniać, zmieniać co trzeba. Postaram się trzymać realistycznego scenariusza, bo wiem jak kończą się moje wymyślne fantazje. Dosyć słabo. Zacznę od treściwego sprzątnięcia swojego pokoju. Uporządkowania ogólnego mieszkania (ten czajnik i patelnię trzeba było wymienić już lata temu). Przestanę szukać usprawiedliwień i wymówek dla własnego ekstremalnego lenistwa. Matura sama się nie poprawi. Pieniądze magicznym sposobem same nie wpłyną na konto. Tak samo nadmiar tłuszczu nie zniknie od samego patrzenia na ćwiczenia z jutuba. Fajnie by było kiedyś pojechać na road trip z piosenkami BRMC na full głośnikach, ale do tego potrzeba prawa jazdy. Miło by było wreszcie wydać ten obiecany zbiór opowiadań, których jeszcze nawet nie zaczęłam pisać. To są te względnie realistyczne cele do zrealizowania. Bo z tym, że umrę sama i zostanę pożarta przez moje 42 przygarnięte koty już się pogodziłam. 
 
I to by było na tyle mojego noworocznego biadolenia. Mam nadzieję, że nie wpędziłam nikogo w taką samą otchłań, w której żyję już jakiś czas. Miejcie ambitne plany i marzenia, póki życie nie przypomni wam kim jesteście i gdzie się znajdujecie.
 
Może jutro będzie lepiej. 

niedziela, 29 grudnia 2013

Red eyes and tears.

Większość osób pisze/pisało o świętach, świątecznej magii, nastroju, objadaniu się smakołykami i cudownych prezentach. Mnie święta przyniosły jedynie tytułowe spuchnięte i czerwone oczy od dwóch dni płaczu. W tym jeden dzień wypadł akurat w moje urodziny (urodzić się 26 grudnia to jest niezły ponury żart). A zapowiadało się całkiem niewinnie i nic nie wskazywało na to, że akurat w te święta rodzina postanowi rzucić mi wyzwanie cierpliwości, którego nie wytrzymałam. 
Było trochę rozmów, dużo hejtu na mnie, nie wytrzymałam psychicznie (nie wytrzymuję już od dłuższego czasu, ale są takie momenty, gdy już kompletnie nie daję rady). Jak się rozpłakałam, to nie byłam w stanie skleić jednego zdania. A miałam dużo odpowiedzi i ripost, ale przez łzy ciężko się wysłowić. I tak siedziałam całkowicie rozbita, trzęsąca się i sama, bo jak mi źle, to muszę być sama. Ale rodzina odebrała to jako jakąś tanią zagrywkę i brak zrozumienia/szacunku. Jak wcześniej próbowali mnie pocieszać, tak później zaczęli mnie atakować, nazywać królową dramatu i życiową ofiarą. Najwidoczniej nią jestem. No cóż, przepraszam. Z depresji nie da się wyjść w jeden wieczór. Tym bardziej jeżeli jej przyczyną są ludzie, z którymi musiałam wtedy przebywać pod jednym dachem. 


Co to za święta bez kwasów przy wigilijnym stole. Zawsze tak było odkąd pamiętam. I pewnie zawsze będzie, jak to w dysfunkcyjnej rodzinie. Mam nadzieję, że reszta ludzi miała lepsze święta ode mnie. Urodziny minęły mi cicho i szybko. Pogrążyłam się w lekturze książek, które dostałam w prezencie, w milczeniu zniosłam odśpiewane 'sto lat' i nieszczere życzenia. W głowie miałam ciągle frazę "I hate myself and I want to die". Nadal tak mam. Codziennie, czasem jedynie zagłuszam ten głos robiąc głupoty lub znajdując sobie jakieś ambitne zajęcie. Tak czy inaczej, wróciłam na chwilę na mieszkanie, wyrwałam się z tych toksyn. Ostatnie 2 dni przepracowałam u mojego brata w knajpce z lokalnym świętokrzyskim żarciem. Byłam typowym przynieś, wynieś, pozamiataj, najwięcej się narobiłam pomagając w kuchni i na zmywaku. Niby tylko 2 dni roboty, ale padam na twarz, bo od 10 do 20, plus 2 godziny sprzątania sali, to jednak jest trochę i więcej. Są jednak plusy, zarobiłam trochę monet. Przydadzą się na organizację sylwestra. Może chociaż sylwester będzie udany i okaże się dobrym wstępem do nowego roku. Będzie 5 osób na mieszkaniu, robimy party w stylu lat 80, będą przebieranki i dużo śmiechu. Tego mi trzeba. Jak wszystko się uda, to zdam relację. Jak odpocznę jeszcze jakieś parę dni po tym wszystkim, bo brak snu i pożywnego jedzenia poczynił spustoszenie w moim życiu. Miałam zrobić podsumowanie roku 2013, ale nie ma co tu dużo podsumowywać. Były wzloty i upadki, więcej upadków. Ogólnie rzecz biorąc było słabo. 

A dzisiejszego posta sponsoruje Sam Winchester, bo idealnie odzwierciedla mój stan: